publicystyka
eseje
literatura
felietony
rozmowy
nad książkami
sygnały
sztuka
recenzje
> Rozmowy > KIEDY MYŚLĘ POLSKA, MYŚLĘ „EUROPA" >
KIEDY MYŚLĘ POLSKA, MYŚLĘ „EUROPA"
rozmowa z Ewą Stachniak
Z EWĄ STACHNIAK W TORONTO ROZMAWIA AGATA TUSZYŃSKA
Wyjechała z Polski w 1981 roku. Z Wrocławia do Montrealu. Po magisterium z literatury angielskiej. Na studia z literatury porównawczej. W Kanadzie zastał ją stan wojenny i tam została. Dwadzieścia lat później, w 2001 roku, otrzymała jedną z ważniejszych kanadyjskich nagród literackich za debiutancką powieść. Nagroda nazywa się
The Amazon.com/Books In Canada First Novel Award
. Powieść nazywa się
Necessary Lies (Konieczne kłamstwa)
i opowiada historię emigrantki znad Odry.
–
Wydaje się, że było z panią, jak z innymi, którzy od dziecka chcieli pisać: wiedzieli, że zostaną pisarzami i odkąd pamiętają zapisywali słowami zeszyty w linię lub w kratkę. A przecież pani marzenie o literaturze zrealizowało się stosunkowo późno i nie w pani rodzinnym języku. Jak to się stało?
– Rzeczywiście od dziecka chciałam być pisarką. A jednocześnie zawsze obawiałam się, czy się sprawdzę, czy się uda. Długo nie próbowałam własnych sił. Poza szkolnymi wypracowaniami, niekończącymi się listami do przyjaciół i dwuletnim stażem w montrealskiej sekcji polskiej radia CBC, gdzie pisałam reportaże i robiłam wywiady radiowe, niewiele więcej napisałam po polsku.
–
Ale to po polsku czytała pani pierwsze wiersze Brzechwy i Tuwima, po polsku poznawała bajki o Królewnie Śnieżce i Kopciuszku, wychowała się pani w polskiej tradycji literackiej, prawda?
– Tak, tak. Książki, które połykałam jako dziecko, zachłannie, niemal bez wyboru, to były polskie książki. Cała dziecięca klasyka. Zaczynałam, jak prawie każde polskie dziecko mojego pokolenia, od Sienkiewicza. Następnie odkryłam Dickensa, Dostojewskiego i Tołstoja, oczywiście w polskich tłumaczeniach. Później przyszły gorączkowe okresy literackiej fascynacji Schulzem, Gombrowiczem, Lemem, Singerem, Hłaską. Tamte książki były dla mnie bramą do innych światów, bardziej pełnych, bardziej niezwykłych niż rzeczywistość wokół mnie. Pisanie pozostawało moim marzeniem. Długo niezrealizowanym marzeniem.
A jednocześnie i nierozłącznie stale był ze mną drugi język. Angielski znałam od dziecka. To była decyzja mojej mamy, która kochała języki, mówiła płynnie po niemiecku i po francusku. Sądziła, że znajomość języków otworzy jej dzieciom inne światy. To ona wyznaczyła strefy wpływów, bratu przypadł w udziale francuski, mnie angielski. Miałam wtedy siedem lat i nie w pełni rozumiałam decyzję mojej mamy. Jej wybór okazał się dla mnie ważniejszy, niż pewnie wtedy przypuszczała.
Moją nauczycielką angielskiego, nie tą pierwszą, ale tą najważniejszą, była Angielka, żona polskiego pilota, która dziwnym zrządzeniem losu wylądowała we Wrocławiu i uczyła angielskiego. Nie miała żadnego przygotowania dydaktycznego, ćwiczenia gramatyczne nudziły ją. Nie ufała podręcznikom do nauki angielskiego, twierdziła, że „tak to nikt w Anglii teraz nie mówi”. Po kilku pierwszych próbach czytania jakiegoś „kawałka” rzucała książkę w kąt i tak po prostu opowiadała mi o sobie, o swoim życiu w Anglii, o tym, jak przystojny polski pilot zawrócił jej w głowie. Jak tańczyła z nim w sobotnie wieczory, jak wyszła za mąż za tego „cudzoziemca”, jak pojechała z nim do stalinowskiej Polski, kraju, o którym nie wiedziała prawie nic. Opowiadała o swoich codziennych kłopotach Angielki w tym obcym dla niej, zburzonym mieście, a ja, chłonąc te historie, powoli zaczynałam przebijać się przez obce słowa. Pamiętam, że w jej ustach angielski wydawał mi się przepiękną muzyką. Stał się dla mnie ucieczką, takim moim miejscem, niedostępnym dla innych. Byłam dość samotną i nieśmiałą dziewczynką w okularach, a tu nagle dojrzała kobieta opowiada mi o sprawach niesłychanie „istotnych”.
–
Czy zaczęła pani wtedy eksperymentować z angielszczyzną?
– Jeśli już wtedy, to bardzo ostrożnie. Studiowałam anglistykę na Uniwersytecie Wrocławskim. Podczas przerwy w studiach mieszkałam przez rok w Londynie z angielską rodziną, nadrabiałam braki językowe, chodziłam do szkoły językowej. Ten rok w Anglii był dla mnie niezmiernie ważny. Od tego czasu angielski nigdy już nie był dla mnie obcym językiem. W 1975 roku skończyłam studia i zostałam na uczelni. Uczyłam literatury angielskiej, publikowałam po angielsku. Szkice o literaturze, tak bym je teraz nazwała. Pracowałam nad doktoratem. Uczelnia nie była jednak moją pasją. W Polsce angielski, nawet na anglistyce, był co najwyżej językowym ćwiczeniem, a nie materiałem, z którego można było tworzyć.
Kiedy znalazłam się w Kanadzie, angielski stał się ponownie językiem żywym, językiem nowych doświadczeń. Moje pierwsze lata emigracji były kontynuacją wrocławskiego życia: anglistyka na McGill, eseje, artykuły, wreszcie doktorat o Themersonie. Minęło pięć kolejnych lat, zanim na dobre pożegnałam się z akademickim pisaniem, i zanim zabrałam się za opowiadania po angielsku, bo świat wokół mnie toczył się już wtedy głównie w tym języku.
–
I po angielsku od razu pani myślała?
– Nie, nie od razu. Myślenie po angielsku przyszło samo, jeszcze podczas tego roku w Londynie. Pamiętam zdarzenie: ktoś na mnie wrzasnął, a ja poczułam nie tylko gniew i bunt, ale jednocześnie zdałam sobie sprawę, że po raz pierwszy nie muszę tłumaczyć sobie tego obraźliwego epitetu na polski, że obraźliwe słowa dotknęły mnie bezpośrednio, że między słowem a odczuciem nie było żadnej bariery. Żadnego dystansu. Nie pamiętam szczegółów tego zdarzenia, ale sam moment utkwił mi głęboko w pamięci. Po powrocie do Polski angielski usunął się nieco w cień i dopiero w Kanadzie znów powrócił jako język, w którym najłatwiej mogę się wysłowić. Wracając do pytania, jak to się stało, że zaczęłam pisać. Moje pisanie wyrosło z pytania, jakie w Kanadzie zadaje się każdemu przybyszowi:
Where are you from
? Skąd jesteś? – Z Wrocławia – odpowiadałam. Czyli jakby znikąd, z miasta, o którym nikt nie słyszał. Warszawa, Kraków istniały w świadomości moich rozmówców, ale Wrocław, wymawiany przez kanadyjskich spikerów telewizyjnych z okazji solidarnościowych rocznic jako „wroklo”, był białą plamą. Piastowski Wrocław lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych wydawał mi się miastem zwykłym, mało interesującym, pozbawionym znaczącej dla mnie historii. Dopiero kiedy szukałam odpowiedzi na to kanadyjskie pytanie, odpowiedzi na niemieckie gruzy, polskich pionierów, na Ziemie Odzyskane i utracone, wtedy dopiero Wrocław przestał być zwykły. Stał się miejscem, o którym myślałam coraz częściej. Miejscem coraz bardziej intrygującym i znaczącym.
–
Musiała pani wyjechać na inną półkulę, by ponownie do Wrocławia wrócić?
– Metaforycznie tak. Wielka to zasługa Kanady, która podkreśla potrzebę kulturowego samookreślenia. Wielokulturowość Montrealu obserwować mogłam na każdym kroku, stanowiła jego bogatą codzienność, o której w Polsce tylko czytałam. Przed wyjazdem do Kanady połykałam opowiadania Singera o świecie, który już przestał istnieć. Spacer ulicą Saint Laurent w Montrealu stał się wyprawą w przeszłość. Pamiętam małe sklepiki, w których właściciele zawijali solone śledzie w gazetę i mówili mieszaniną jidysz i polskiego. Wydawało mi się, że przeniosłam się w czasie. To tylko jeden przykład wielokulturowych fascynacji. Innym była obserwacja niełatwego współistnienia francuskiego i angielskiego Montrealu, czy jak tu się mówi, frankofonów i anglofonów, dzielących tę samą przestrzeń, ale rozdzielonych latami kulturowej i politycznej nieufności. To było tuż po „przegranym” referendum, gdy Quebec utracił nadzieję na separację i gdy emocje często brały górę nad ideologią kulturowego współistnienia. Gdy mieszkańcy Quebeku oskarżali imigrantów o kulturową stronniczość, o solidaryzowanie się z silniejszą stroną, o zdradę ich gościnności i dobrej woli. Tłumacząc, dlaczego nie mogę identyfikować się z ruchem separatystycznym, zaczynałam rozumieć, jak bardzo skomplikowane są nasze etniczne lojalności, jak łatwo dajemy się ponieść uproszczeniom i uprzedzeniom, i jak trudno jest wytłumaczyć siebie innym. Taka kanadyjska mieszanka: etniczna duma i pielęgnowanie odrębności z polityczną rzeczywistością etnicznych konfliktów, pretensji, żali o niezrozumienie. Trudno było nie wrócić myślą do Polski i nie przemyśleć starych wartości. Z tej nowej dla mnie perspektywy Wrocław wydał mi się miastem wypełnionym znaczeniami. Miastem prawdziwie europejskim, wieloetnicznym, „odpowiednio” zagmatwanym.
-
Jaki był Wrocław pani dzieciństwa?
- Moje wrocławskie dzieciństwo nie miało wiele wspólnego z wielokulturową przeszłością. Nieczęsto mówiło się o niemieckim obliczu Wrocławia, choć śladów Breslau trudno było nie zauważać. Dla nas, urodzonych po wojnie, Wrocław nie miał przeszłości, zaczął się wraz z pionierami i polskością tych terenów. Wyrastaliśmy w niemieckiej scenerii. Wychowałam się w poniemieckim mieszkaniu. Na ulicy poniemieckich akacji. Na podwórku ślady sadów, w parku przepiękne stare kasztany. Biegaliśmy pośród gruzów, szukając „skarbów”. Wykopywaliśmy niemieckie zabawki, kawałki niemieckiej porcelany. Niemieckie napisy na murach, na skrzynkach pocztowych. Na porcelanowych kurkach do wody napisy KALT i WARM. Pamiętam opowieści o tajemniczych tunelach pod miastem, o ukrytych gdzieś skarbach. Bunkry i schrony były naszą dziecinną rzeczywistością. Straszono nas minami i Wehrwolfem.
W powszednim wrocławskim języku słowo Breslau było wypowiadane ściszonym głosem, jak przekleństwo, z dużą dozą emocji, bo trochę zakazane i niebezpieczne albo wstydliwe. I jeszcze te niestworzone historie, anegdoty, zmyślenia. Opowiadano o szatniarce jakiejś wrocławskiej restauracji, której pijany Niemiec dał 100 marek napiwku, a ona, ogłupiała ze szczęścia, stanęła na baczność, wyciągnęła rękę i krzyknęła
Heil Hitler!
Pijany Niemiec podobno natychmiast wytrzeźwiał i uciekł. Pamiętam niemieckie samochody na naszej ulicy, wysiadające starsze osoby, długie przypatrywanie się domom, klatkom schodowym. Prośby, by móc choć na chwilę wejść do mieszkania, popatrzeć przez okno na podwórze. Dzieci opowiadały sobie szeptem, że nie ma się czego bać. Że jak Niemcy wrócą, będziemy mieli niemieckie obywatelstwo, bo urodziliśmy się na niemieckich ziemiach. Takie szepty-domysły. Pasowały wtedy świetnie do dziecięcej rzeczywistości.
–
Kilkoro pisarzy w kraju podjęło ostatnio wątki tożsamości Wrocławia. Jakby ożył jego genius loci. We wrocławskich dekoracjach toczą się
– EE
Olgi Tokarczuk
, Niskie łąki
Piotra Siemiona
, Śmierć w Breslau
Marka Krajewskiego. Czy sądzi pani, że to dzieło przypadku?
– Nie sądzę, by był to przypadek. Wrocławski wątek jest powrotem do esencji europejskości, jej wielokulturowej tożsamości, która przyniosła z sobą tak wiele i dobrego, i złego. Tożsamości, która po wojnie została zamazana, od której odgradzał nas niemiecki faszyzm i berliński mur.
–
Brak ciągłości, pustka kulturalna, przerwanie historii, wszyscy obcy, przesadzeni, nie stąd, skądinąd… Jakie wartości kultywowano w pani domu? Jaką tradycję?
– Ojciec pochodził z Sosnowca, mama wychowała się w Piotrkowie Trybunalskim. Oboje wybrali po wojnie Wrocław. Mama z konieczności, UB skonfiskowało piotrkowskie mieszkanie i sklep dziadków, bo ich dzieci należały do WiN-u. Na Zachodzie, jak wtedy mówiono, mogła ukryć swoją politycznie „niepożądaną” przeszłość, zacząć nowe życie. Ojciec przyjechał do Wrocławia na studia. Mama mojej mamy nigdy nie miała serca do Wrocławia. To było miasto jej wygnania. Nie chciała umierać na tej ziemi. Nie chciała tu grobów swoich najbliższych. Nie wiem, na ile moi rodzice odczuwali wrocławskie blizny, nie był to temat naszych obiadowych dyskusji. Mama jest paleontologiem, specjalistką od ryb kopalnych, profesorem Uniwersytetu Wrocławskiego, ojciec był geologiem, specjalistą od Sudetów, które znał jak rzadko kto. Pracował nad mapami geologicznymi, metalogenicznymi. Odkrył złoża barytu w Stanisławowie koło Jawora. Mama czytała w oryginale niemiecką poezję, ceniła Goethego. Współpracowała z niemieckimi naukowcami, jeździła do Niemiec na stypendia, konferencje naukowe, zawsze podkreślając, że mieszka we Wrocławiu, a nie w Breslau. Nigdy nie wskrzeszała pamięci niemieckiego Breslau, ale także nigdy nie mówiła o wojnie. Wybrała ciszę… Każda cisza jest intrygująca, bo spowodowana zwykle czymś boleśnie ważnym. Powtarzała dzieciom, mnie i bratu, że skoro jedna bomba może zniszczyć całe nasze mienie, jedyne, w co warto inwestować, to własny intelekt. Stąd latami prywatne lekcje języka, a nie kupowanie mebli. Dla moich rodziców Wrocław stał się z czasem miastem ich młodości, karier zawodowych, częścią Polski, miejscem gdzie wychowali dzieci i całe pokolenia studentów.
–
A dla pani?
– W dzieciństwie zazdrościłam dzieciom z Krakowa czy z Warszawy, że mieszkają w miastach, gdzie niemalże każdy kamień ma swoją udokumentowaną historię. We Wrocławiu nie było historii, poza piastowską, gdzieś tam w mroku dziejów. Przeszłość nie istniała. Niemal każdy kamień był kamieniem nieznanym. Ta historyczna amnezja sprawiła, że zawsze czułam się we Wrocławiu obco. To miasto wydawało mi się uboższe, niepełne, nie moje.
Wrocław odkryłam i zrozumiałam w Montrealu. To fascynujące miejsce, którego nie potrafiłam dostrzec będąc jego mieszkanką. A jak już odkryłam, musiałam się tym odkryciem podzielić z innymi.
–
Czy to był bezpośredni impuls do pisania?
– Może nie do pisania, ale z pewnością do napisania
Necessary Lies
. Tematy dojrzewają powoli, a jak już dojrzeją, niewiele trzeba, by zaczęły domagać się wyrazu. Wiem, że ważną częścią moich literackich zmagań jest próba odpowiedzi na pytanie, skąd przyjechałam. Mam tu na myśli nie tylko fizyczne miejsce, ale także świadomość uformowaną w pewnej tradycji kulturowej, jej specyfikę, jej uwarunkowania, jej siłę i słabości, i to, co zostaje z tej kuturowej tradycji, gdy spojrzy się na nią przez pryzmat innej kultury i innego języka.
W mieście Mississauga, w którym do niedawna mieszkałam, moją sąsiadką była Jutta, Niemka z Breslau. Jej matka z czterema córkami uciekła z płonącego Breslau w styczniu 1945 roku. Jutta opowiadała mi o swoim mieście, pokazywała fotografie, dzieliła się wspomnieniami. To ona naprowadziła mnie na myśl stworzenia postaci Wiliama, głównego męskiego bohatera
Necessary Lies
– Niemca z Breslau, który przyjechał do Kanady jako dziecko. Z czasem zaczęłam trafiać w Kanadzie na innych mieszkańców Breslau, słuchać ich wspomnień. Zaczęłam czytać pamiętniki wypędzonych, przesiedlonych, Polaków i Niemców. Zaczęłam studiować wrocławską historię, podwójną historię mojego miasta. Odkrywać kolejne warstwy przeszłości.
–
Czy ta książka powstałaby, gdyby nie wyjechała pani z Polski? I jakakolwiek inna?
– Prawdopodobnie we Wrocławiu pisałabym po polsku, być może też o Wrocławiu. Bardzo jestem ciekawa, dokąd by mnie taka polska książka zaprowadziła. Przypuszczam jednak, że to właśnie język angielski daje mi poczucie kulturowego dystansu i że właśnie to metaspojrzenie jest dla mnie prawdziwą, bezcenną inspiracją.
–
Robiła pani doktorat na temat Stefana Themersona, piszącego po polsku i po angielsku, i mieszkającego po wyjeździe z Polski w Londynie. Interesowała się pani także w Kanadzie prozą i poezją emigrantów, Włochów, Irlandczyków, Polaków. Próbowała pani rozwikłać zagadkę twórców odciętych od korzeni i źródeł rodzimej inspiracji. Z jakim skutkiem?
– Stefan Themerson był niezwykłym emigrantem, emigrantem, który nie starał się odtwarzać przeszłości, który czerpał siłę z samego faktu bycia po drugiej stronie. Bycia innym. Pisał po angielsku i po polsku. Themerson i jego żona Franciszka żyli życiem artystycznej awangardy, zawsze ponadnarodowym, zawsze na obrzeżach
establishmentu
. Themerson napisał kilka świetnych powieści, które do dziś zapewniają mu zainteresowanie czytelników, szczególnie w Holandii, gdzie ma wielu wielbicieli. Pisząc o Themersonie odkrywałam, jak bardzo jest mi ta pozytywna filozofia emigracji bliska. Po napisaniu doktoratu myślałam o kontynuowaniu pracy nad literatura emigracyjną, ale szybko zrezygnowałam. Nie chciałam więcej zajmować się twórczością innych. Chciałam pisać sama. Napisałam pierwsze opowiadanie,
Marble Heroes
. Rozesłałam je do kanadyjskich pism literackich. Było to tuż po 1991 roku, po moim pierwszym wyjeździe do Polski od momentu emigracji. Wróciłam wtedy z natłokiem wrażeń, pełna spostrzeżeń, inspiracji. Zaczęłam pisać na serio.
–
Pierwsze pani opowiadanie Marble Heroes opublikowano w „The Antigonish Review” w 1994 roku. Redaktor podkreślił jego unikalny, poetycki język. Potem drukowano kolejne w innych literackich magazynach.
– To były pierwsze kroki. Pierwsze prawdziwie ważne słowa zachęty. Pierwszy znak, że język angielski, mój drugi język, mnie zaadoptował. W 1994 roku zapisałam się w Toronto do letniej szkoły pisania w Humber College. Marzyłam, żeby się dostać do klasy Margaret Atwood, chyba najbardziej znanej kanadyjskiej pisarki, której twórczość wyjątkowo cenię. Wysłałam próbkę swojej prozy, właśnie to opowiadanie,
Marble Heroes
. Udało się. Atwood okazała się znakomitą nauczycielką. Powiedziała na wstępie, że talentu literackiego nikogo nie nauczy, ale może nauczyć techniki pisania i krytycznego spojrzenia na własne teksty. Zwracała uwagę na fizyczny aspekt tworzenia literackiej fikcji. Kiedy z krzesła wystaje gwóźdź, bohaterowi niewygodnie się siedzi. To była dla mnie świetna szkoła warsztatu. Pamiętam, że podzieliłam się z Atwood wątpliwością, czy można zaczynać pisać tak późno w życiu. W odpowiedzi zapytała: „Kiedy ostatnio czytałaś naprawdę dobrą powieść, która wyszła spod pióra zupełnie młodego człowieka?” Wtedy jeszcze nie odkryłam wspaniałej Penelope Fitzgerald, która opublikowała swoją pierwszą powieść mając 64 lata; ten późny start nie przeszkodził jej w owocnej dwudziestoletniej karierze literackiej.
–
Pani bohaterka, Anna, pochodzi z pani miasta, ma pani rysy, skończyła podobne studia i interesują ją podobne sprawy. Była stypendystką uniwersytetu McGill w Montrealu, gdzie, jak panią, zastał ją stan wojenny. Obie postanowiłyście zostać i szukać swojego miejsca w nowej ojczyźnie. Pani związki z Polską i Kanadą wydają się lustrzanym odbiciem postaw Anny. Różnią was wątki życia osobistego, ale nie emocjonalnego. Napisała pani książkę o wyborze nowego miejsca na świecie, o granicach wolności, o poczuciu winy i zdradzie. To fabularny zapis własnych doświadczeń. Czy nie wygodniej byłoby użyć formy wspomnień?
– Myślę, że mówimy tu o dwóch zupełnie innych formach i innych potrzebach twórczych. O prozie, która stara się zapisać rzeczywistość tak, jak ją zapamiętaliśmy, i o prozie, która traktuje pamięć jako pierwszy krok, inspirację do tworzenia, do przetwarzania rzeczywistości. Moja powieść jest literacką fikcją. Wydarzenia w niej opisane, za wyjątkiem tych historycznych, nie zaistniały w rzeczywistości. Wspomnienia mogą być początkiem fikcji, ale nigdy nie są jej celem. Dla mnie literacka fikcja jest zaproszeniem do szukania przyczyn i konsekwencji zaobserwowanych wydarzeń. Jest formą bardziej odpowiednią dla moich poszukiwań i przemyśleń. Powieść daje inne możliwości kształtowania materiału. Jest w niej magia tworzenia nowego świata, nadawania mu własnego kształtu. A także wspaniałe zaskoczenie, gdy ten świat zaczyna pulsować własnym życiem. Nabiera własnych znaczeń, innych niż te zamierzone. Dobra literatura powinna przerosnąć ten pierwotny punkt wyjścia, przekroczyć ograniczenia materiału, który ją zainspirował. Wspomnienia są skrępowane rzeczywistością i stopniem, jakim mogą ją przetworzyć bez utraty wiarygodności. Mnie interesuje, „co by było gdyby,” bardziej niż „a to było tak”.
–
Zadajecie sobie z Anną te same pytania: o sens emigracji, o przeszłość, którą trzeba odkłamać i której nie można się pozbyć, o poczucie winy wobec opuszczonej ojczyzny, o zdradę. Które z nich jest najważniejsze?
– Wszystkie. I jeszcze kilka innych, które mieszczą te poprzednie: jaki jest nasz fizyczny stosunek do historii, do pamięci? Jak żyje w nas przeszłość i historia kraju, w którym wyrastamy? Co robi z nami pamięć i pamiętanie? Fascynuje mnie pamięć i stymulowany przez nią mechanizm, ciągłe filtrowanie rzeczywistości, tak by te przefiltrowane wydarzenia i stany pasowały do jakiegoś wcześniej przyjętego systemu prawd o nas samych. Taka ciągła osobista i narodowa narracja o tym, o czym chcemy pamiętać, a o czym chcemy czy powinniśmy zapomnieć. Jakie krzywdy można wybaczyć i kiedy wybaczanie nie jest możliwe? Czy są kłamstwa konieczne? Czy wszystkie kłamstwa trzeba bezwarunkowo konfrontować z rzeczywistością? Co osiągniemy przez taką konfrontację, co stracimy?
–
Stara się pani opisać emigrację jako doświadczenie. Pani bohaterka drogo za nie płaci. Jak ocenia pani własną decyzję wyjazdu z Polski? Jak i na ile dzięki Kanadzie jest pani innym człowiekiem?
– Nie zgodziłabym się ze stwierdzeniem, że moja bohaterka drogo płaci za doświadczenia emigranckie. Moja bohaterka pozbyła się wielu złudzeń, które ją krępowały. To bardzo dużo na przyszłość.
Ja zawsze czułam się emigrantką. Zawsze z boku, na zewnątrz, od dzieciństwa. Zawsze zafascynowana innością. Taki idealny materiał na emigranta, z każdego kraju, w którym bym się urodziła. Gdybym mogła, zapisałabym porcję emigracji każdemu, choćby na chwilę, mimo iż zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób emigracja stałaby się usprawiedliwieniem do zamknięcia się w duchowym getcie, do oderwania i od nowego kraju, i od starego, do ukrycia przed sobą swoich słabości, do samousprawiedliwienia.
Dla mnie życie na co dzień w kulturze innej niż rodzima, nie na pograniczu, ale w samym centrum wielokulturowej mieszanki, jest wiecznie inspirującym doświadczeniem, najwspanialszą przygodą życia. Nie bardzo już potrafię sobie wyobrazić inne życie.
–
Jest pani pracownikiem naukowym i wykładowcą w Sheridan College w Ontario. Jest pani pisarką kanadyjską. Jest pani żoną i matką dorosłego syna. W czym inny jest pani los za oceanem od tego, który czekałby panią w Polsce? Jak wygląda zderzenie wiedzy o sobie samej z inną rzeczywistością? A potem nowe samookreślenie?
– W Polsce pewnie nadal mieszkałabym we Wrocławiu. Może nadal pracowałabym na anglistyce, może nawet uczyłabym literatury kanadyjskiej. Nie wiem, jakich lekcji dostarczyłby mi stan wojenny, a jakich pierwsze lata wolności. To była kolejna w polskiej historii Wielka Emigracja, tyle że całego narodu do nowej rzeczywistości. W Kanadzie nadal pochłania mnie obserwacja mechanizmu funkcjonowania społeczeństwa wielokulturowego, społeczeństwa północnoamerykańskiego, z jego etosem praw jednostki, kultem młodości, egalitaryzmem. Kanada ciągle zmusza do analizy kulturowej tożsamości, ale także do pokory wobec innych narodowych tradycji i ich przesłań.
W Kanadzie jestem bardziej odważna, bardziej gotowa do bycia w grupie, do przynależenia. Nie jest to wyłącznie moje własne odczucie. Podobne stwierdzenia padają w Kanadzie z ust przedstawicieli innych kultur. Kanada nie odbiera odwagi, wręcz przeciwnie: wyzwala, otwiera nowe horyzonty, dodaje skrzydeł.
–
Mam wrażenie, że wielokrotnie spotkała się pani z oskarżeniem, że uciekliście z Polski, że to była zdrada…
– W każdej kulturze kolektywnej akt emigracji będzie oceniany dwuznacznie. Wybór zakłada odrzucenie jednej grupy i akceptację jakiejś innej, a ta odrzucona nie czuje się z tego powodu najlepiej. Stąd oskarżenia o „zdradę”. Stąd może te „szczury z tonącego okrętu”. Kulturowy kodeks, który toleruje emigrację jedynie z powodów politycznych, oferuje emigrantom jedynie łzy i tęsknotę. Stąd i
Lord Jim
, i
Latarnik
, i
Pan Tadeusz
. Trudno tego nie zrozumieć. Ci, którzy pozostali, poświęcili jednostkowe szczęście dla nowej Polski. Byli więc lepsi, odważniejsi, silniejsi. Oni to właśnie nawiązali do sprawdzonych historycznych wzorów: walka, powstania, protesty, strajki. A ci, którzy wyjechali… Cóż, nasza kultura nie toleruje rozwodu. Na szczęście po odejściu od grupy świat się nie kończy, nigdy nie emigruje się w pustkę. Ulice Montrealu, Toronto, Vancouver, gdzie mieszają się imigranci z wszystkich zakątków świata, wydają się mówić: „nie daj się przytłoczyć historii, otrząśnij się z przeszłości i dokonaj czegoś wspaniałego”.
–
Pani powieść porusza się pomiędzy czterema miastami – Montreal, Wrocław, Berlin, Warszawa – i w kilku płaszczyznach czasowych: wojna z nazizmem, okres powojenny z komunizmem i sprzeciwem wobec niego, czasy „Solidarności”, czyli buntu. To historia nowej Europy i jej konfliktów, często nierozwiązywalnych. Jak przyjęto
Necessary Lies
w Kanadzie, kraju, dzięki któremu powstały i któremu były w pewnym sensie dedykowane?
–
Necessary Lies
została ogłoszona najlepszym debiutem powieściowym roku 2000 (Amazon.com/Books in Canada First Novel Award). Jestem oczywiście dumna, że znalazłam się w jednym szeregu z najlepszymi kanadyjskimi pisarzami, którzy tę nagrodę otrzymali w poprzednich latach lub byli do niej nominowani: Michael Ondaatje (autor
Angielskiego pacjenta
), Rohinton Mistry, Carol Shields, Nino Ricci, Anne Michaels, Janice Kulyk Keefer. Podczas spotkań z kanadyjskimi czytelnikami często słyszę, że udało mi się oddać doświadczenia pokolenia emigracji lat osiemdziesiątych, doświadczenia powrotów po latach, konfrontacji z przeszłością. I to nie tylko doświadczenie polskie. Pamiętam, jak podczas spotkania w jednej z torontońskich bibliotek młoda Rosjanka oświadczyła, że moja powieść dała jej klucz do zrozumienia jej własnych przeżyć. Że dzięki
jest w stanie głębiej spojrzeć na proces emigracji i na swoją własną kulturę.
Cieszy mnie, że moja powieść, wydana przez niewielką oficynę wydawniczą, zainteresowała kanadyjskiego czytelnika polską historią, historią Niemiec, zainteresowała Wrocławiem, miastem o podwójnej przeszłości.
–
Gdzie jest pani dom?
– Kanada jest moim domem: Montreal, a teraz Toronto. Miłość od pierwszego wejrzenia, od chwili, gdy jako stypendystka z Polski znalazłam sie na uniwersytecie McGill w Montrealu. Nigdy nie zapomnę gościnności Montrealu, ciepłego przyjęcia. Już w pierwszych dniach poznałam wspaniałych ludzi, z którymi przyjaźnie przetrwały do dzisiaj. Dzielą nas historie naszych rodzin i nasze dziedzictwa, ale łączy ciekawość sobą nawzajem. W takich ponadkulturowych relacjach nie można wiele zakładać. Wszystko może być zakwestionowane, wszystko trzeba wyjaśniać. A wyjaśniając raz jeszcze przeegzaminować i ocenić.
Nie czuję się w Kanadzie samotna. Wokół mnie jest grupa pisarzy przyjaciół, z którymi mogę dzielić pisarskie doświadczenia. To takie przyjacielskie warsztaty literackie, wzajemne lektury, rady, rozmowy i krytyczne czytanie naszych własnych tekstów. Zaprzyjaźniłam się z Janice Kulyk Keefer, Shaeną Lambert, Lilian Nattel, Joe Kertes, z polskim poetą Florianem Śmieją i kanadyjskim poetą Kenem Shermanem, który kocha polską poezją, szczególnie Miłosza i Herberta. Świadomość, że jest się częścią środowiska literackiego takiego miasta jak Toronto daje poczucie przynależności i domu.
–
Skończyła pani właśnie kolejną książkę, grubą powieść, kilkupokoleniową sagę. Czy nadal stara się pani tłumaczyć Polskę światu?
– Tym razem piszę o Polsce i Europie lat 1768-1822. Powieść rozpoczyna się od rzezi humańskiej, na Ukrainie, i prowadzi bohaterów przez Warszawę, Livorno, Santo Domingo, do Berlina. Bohaterami są polski patriota, chasydzka dziewczyna, francuski chirurg, który ma za sobą wielki marsz na Moskwę z Napoleonem, i hrabina Zofia Potocka, słynna piękna Bitynka, której barwne losy opisywał Jerzy Łojek. Lubię wracać do starych mitów, do historii, które czytałam w dzieciństwie, które czytam ponownie z dużym zainteresowaniem. Polskie Kresy, ukraińskie powstania, okres napoleoński. Przeszłość sztukuję wyobraźnią.
–
Proszę dokończyć te zdania: Kiedy myślę Polska…
– … myślę „Europa”, ze wszystkimi europejskimi obciążeniami i fascynacjami, z historycznym zagmatwaniem, kompleksami i ranami, z całym bogactwem kulturowych asocjacji.
–
Kiedy myślę Kanada…
– … myślę „Ameryka Północna”, ze swoim indywidualizmem, pragmatyzmem, historyczną amnezją, optymizmem. Obie koncepcje są pewnie nie do pogodzenia, mnie zawsze będzie interesować to, co mają sobie nawzajem do przekazania.
Toronto, 29 lipca 2002
o odrze
kronika
pocztówki literackie
prenumerata
lista mailingowa
archiwa 2001-2
archiwa 1996-8
© odra.net.pl code by
konekto.com