odra.net.pl
 
> Eseje > SATURN I MELANCHOLIA >
SATURN I MELANCHOLIA
Pietro Citati
Przełożyła Joanna Ugniewska


Zdetronizowany starożytny bóg, odległa planeta kierują nadal losami wielu z nas, rzucają paradoksalne i mroczne światło na nasze życie. Saturn był architektem świata: wymyślił czas i uprawę roli, rządził na ziemi w złotym wieku – owym wieku bez praw, bez sędziów, bez trwogi, bez napisów wyrytych w brązie, kiedy nie było jeszcze statków ani handlu, fos wokół miast, trąb i rogów wojennych, mieczy i żołnierzy, a wieczna wiosna muskała ciepłymi podmuchami niesiane kwiaty. Ale ów wieczny bóg utopii był również bogiem “odrażającym, pysznym, bezbożnym, okrutnym”, pożerał własne dzieci i inne bóstwa. Jowisz go zdetronizował i wygnał na lodowate krańce ziemi i morza, być może do Tartaru albo jeszcze bardziej w głąb ziemi, gdzie Saturn żył zakuty w kajdany jak niewolnik. Kiedy zaczęto wiązać boskie imiona z ciałami niebieskimi, Starożytni przypisali taki sam sprzeczny los jego planecie. Saturn był najwyżej położoną planetą, zachowywał więc władzę i najlepszą pozycję w Układzie Słonecznym. Był jednak również czarny i ponury, wrogi ziemi i ludzkim istotom. Zimny, biały i wietrzny, odległy i zagadkowy, wysyłał w stronę ziemi słabe światło, powodował powstawanie lodu i śniegu, wywoływał pioruny i grzmoty.

Planety Starożytnych nie przemierzały nieba, nieświadome naszych losów, jak ciała niebieskie, które możemy obserwować dzisiaj w przestrzeni. Łańcuch wpływów, analogii, ech, podobieństw łączył gwiazdy z naszymi członkami, obejmował drzewa i kamienie; kształtował nasze namiętności i z ludzkich serc, i członków, z kamieni i drzew, wznosił się z powrotem ku gwiazdom, dając początek jednej i tej samej wiedzy o wzajemnych związkach, która była również kosmologią. Rozważając kosmiczne więzi, starożytny astrolog odkrywał wpływ odległej i lodowatej planety-boga na śledzionę, gdzie zbierały się płyny “czarnej żółci”: mroczna melancholia. Przychodził na świat ród dzieci Saturna.

Wiemy o nich wszystko. Z uporem i złośliwym upodobaniem starożytni astrologowie odmalowują ich wygląd: mają ciemne włosy i skórę, małe, wgłębione oczy, spojrzenie wbite w ziemię, ciało chude i drobne. Na pierwszy rzut oka należą do tego świata. “Czarna żółć” związana jest z ziemią: Saturn jest ziemską, powolną planetą. Również melancholicy mają charakter uparty, solidny, stały, który predysponuje ich do pracy z ziemią. Czy są zatem wieśniakami i murarzami? Czy mają swój współudział we wznoszeniu wielkiej budowli rzeczywistości, w której tkwimy niczym więźniowie? Lepiej nie antycypować wniosków starożytnych astrologów-psychologów. Z ziemskiej i kamienistej natury planety “saturnijczycy” wywodzą swój rozpaczliwy upór, bezwzględną zawziętość, sprawiającą, że dążą oni przez całe życie do celu, który niemal zawsze nie jest z tego świata.

Jeśli Saturn żyje pod znakiem antytezy, równie dręcząca antyteza zmusza melancholika, aby żywił się przeciwieństwami i kontrastami, popadał z jednej skrajności świata rzeczywistego w drugą, cierpiał z powodu sprzeczności, paradoksów, promieniał czarnymi agudezas. Inni ludzie prowadzą albo marzą, żeby prowadzić harmonijne życie, jednorodne lub przynajmniej spójne. Życie melancholika składa się na przemian z załamań i euforii, depresji i podniecenia, rozpaczy i ekstazy – i między tymi dwoma biegunami istnieje skryte powinowactwo.

Kiedy czarna żółć jest zimna, melancholik staje się “niemrawy, otępiały”, ogarnia go ociężałość i saturnijska bladość. Traci nagle zdolność widzenia. Jakby ktoś przekręcił jakiś gigantyczny wyłącznik, światło opuszcza świat widzialny. Na jakąkolwiek rzecz patrzy, pozostaje ona nieruchoma, sina i widmowa; pusta jak skorupa muszli albo jak dom wypalony od środka. Świat jest nieprzejrzysty, nieruchomy, w żałobie, straszliwie cichy: wydaje się, że nikt nigdy nie ośmielił się w nim wykonać najmniejszego ruchu, nigdy nie wybuchnął śmiechem ani nie zaznał nigdy chwili wesołości czy podniecenia. Życie zatrzymało się. Niebo przytłacza jak kamień nagrobny. Wszystko staje się nierealne: cienie i sylwetki próbują wykonywać sztuczne gesty na tle podobnym do tekturowych i gipsowych dekoracji w jakimś straszliwym spektaklu w peryferyjnym teatrzyku, pod księżycowym światłem. Wówczas melancholik traci wszelką chęć życia. Staje się apatyczny, obojętny na wszystko, przygnębiony: najdrobniejsza iskierka zgasła w jego przyćmionej duszy. Wszystko, co pociąga innych, nie interesuje go; wszystko, co inni kochają, go denerwuje: wiosna nudzi tak samo jak jesień, zima i lato nie różnią się w jego oczach. Jeśli czyta jakąś książkę, nie, nie potrafi się skupić na znakach: litery nie stają się słowami, słowa nie stają się obrazami, obrazy nie ożywają w jego oczach. Czyta nie angażując się, nie rozumiejąc, bez przyjemności, nie zapala się w nim wewnętrzne światło zapewniające go, że zrozumiał.

Otwarte przestrzenie, aleje wysadzane drzewami, radość, jaką budzą morza i rzeki, nie pociągają go. Zamyka się w domu, przesiaduje w fotelu, nic nie robiąc, nie myśląc o niczym innym poza swoją niekończącą się chorobą, otulony mrokiem, który wciąż gęstnieje, otoczony przez zjawy dzienne i nocne koszmary, śni sny coraz bardziej niespokojne. Każda chwila to ukąszenie nudy. Żaden gest nie potrafi jej przegnać. Kiedy nuda znika, dręczą go podejrzenia, lęki, bezimienna trwoga: jego “ja” przeistacza się, mnoży, staje nieznanym wrogiem atakującym go ze wszystkich stron naraz: oblężenie trwa bez przerwy; melancholik zalewa się łzami, tak bardzo wróg wydaje się bezlitosny i bliski zwycięstwa. Każdego ranka, przed lustrem, ma ochotę poderżnąć sobie gardło; jeśli nie ulega pokusie samobójstwa, to jedynie dlatego, że jest pewien, iż po śmierci znalazłby się w jeszcze bardziej ponurym świecie. Idzie przez życie w towarzystwie czarnego cienia, którego obecność wyczuwa nawet w smaku potraw. Nie potrafi kochać siebie samego i ma wrażenie, że wszyscy inni go podejrzewają, nienawidzą, szykują na niego zasadzki i pułapki. Czasami poryw frywolnej euforii popycha go ku nim: chciałby ich przycisnąć do swego martwego serca; częściej żywi wobec nich jedynie lodowatą wrogość, gorzką urazę i śmieje się gorzkim śmiechem za ich plecami.

Za pomocą mitologicznego i astrologicznego języka starożytni psychologowie zdołali wspaniale przedstawić jałowe pustynie tego, co współcześni psychiatrzy nazywają “depresją”. Kiedy melancholik znajduje się w swojej fazie zimnej, czyli depresyjnej, nikt go nie kocha. Nikt nie może kochać kogoś, kto zamyka się w sobie, żyje we własnym kokonie, zimny, apatyczny, ze wzrokiem nieumiejącym dostrzec rzeczywistości ani innych ludzi. W ten sposób pisma uczonych i popularne kalendarze widzą w melancholiku sumę wad: fałszywy, skąpy, nieśmiały, zawistny, złośliwy, oszust, pełen pretensji, chciwy; przypisują mu wszelki rodzaj zmartwień i nieszczęść. Na podstawie fantazyjnej etymologii melancholia wyprowadzona zostaje od malus. Adam staje się melancholikiem po skosztowaniu jabłka w ziemskim Raju; czarna twarz Judasza jest twarzą śledziennika. Godzina Saturna jest godziną zła – głosi jeden z kalendarzy. – W owej godzinie Bóg został zdradzony i wydany na śmierć.

Drugim biegunem melancholii są zapał i barwy ognia. Kiedy żółć jest gorąca, saturnijczyk staje się “ożywiony i błyskotliwy”. Zdrowie zdaje się powracać. Czy chodzi jednak tylko o euforię, przeciwstawną i identyczną z fazą przygnębienia, jak twierdzi dziś medycyna? Bez wątpienia: ale jakie drogi szczęścia otwiera taka euforia! Kiedy ozdrowiały melancholik budzi się, zauważa promień słońca przeświecający przez okiennicę: wstaje, pełen radości, wygląda przez okno, z dala dochodzi szum tramwajów i dźwięk klaksonów; i oto cały świat, jak pisał Baudelaire, jawi się w wyraźnych zarysach, ostrych granicach, we wspaniałym bogactwie kolorów. Ani śladu melancholii, sztywności, chłodu. Wszystko jest pogodne, wesołe, żywe, pełne ruchu, rozedrgane; światło opromienia i rozpuszcza rzeczy; formy topnieją w bezkresnej płynności, a przecież rzeczy pozostają solidnie cielesne i realne; fala miłości popycha istoty jedne ku drugim. Melancholik nigdy nie był tak szczęśliwy. Wszystko go bawi, interesuje, pociąga. Jego zmysły są bardziej uważne i precyzyjne; uczucia odkrywają wszędzie sekretne analogie; myślom, wciąż aktywnym i w ruchu, towarzyszy nerwowy wstrząs, pozwalający im dotrzeć do serca rzeczywistości.

Często euforia nabiera rysów dionizyjskich. Namiętności, skute dotąd lodem, wybuchają; miłość i nienawiść rozpalają serce, erotyczne pożądanie ogarnia duszę, duma przemienia melancholika w tyrana, gadatliwość, gniew, wino, nierozważna zuchwałość, pod wpływem egzaltacji i podniecenia rodzą entuzjazm podobny do szału, który Platon przypisywał prawdziwym poetom. Z niepokojącą szybkością, rodzajem lirycznej ekstazy, melancholik reaguje na wszelkie wrażenia i doznania; z jego wyobraźni rodzą się kuszące i barwne fantazje, marzenia, halucynacje. Pamięć doznaje wstrząsu na skutek gwałtowności mimowolnych wspomnień; kiedy osobowość koncentruje się na sobie samej, umysł przepełniają wizje, łaska Boska, wyrocznie, które uszczęśliwiają duszę, myśli dążące do uchwycenia sedna i apogeum Bytu. W takich chwilach, jeśli jest artystą, melancholik dokonuje projekcji swojego “ja” na zewnątrz, przemienia własną narcystyczną energię we wspaniały świat obiektywny. Ale saturnijczyk nie cieszy się nigdy dostatecznie z tych darów. Wie dobrze, że będzie musiał zapłacić za nie wysoką cenę, że jego dionizyjsko-platoński furor może przemienić się w obsesję, lykantropię albo ponure szaleństwo herosów – Herkulesa, Ajaksa, Bellerofonta, przeklętych przez jakąś boską potęgę.

Ta przemienność zdaje się nie mieć nigdy końca. Z wyjątkiem nielicznych, którzy, mając pecha lub szczęście, wyzwalają się raz na zawsze z cyklu, melancholik zna tylko ten okresowy rytm przygnębienia i uniesień, nudy i euforii, jałowości i ekstazy. Z jednej strony, ma wrażenie, że wszystkie jego uczucia są sztuczne; nie są prawdziwe ani nuda, ani szczęście, ani światło, ani ciemność, która go ogarnia, lecz jedynie przemienne falowanie, nieustanna huśtawka powodująca chwilowe i przypadkowe stany psychiczne. Czasami jest skłonny uwierzyć, że niczym aktor mimo woli wkłada strój radości i bólu zgodnie z sugestiami tajemniczego wewnętrznego reżysera. Z drugiej strony, któż może wykluczyć, że owo falowanie nie odtwarza przemienności wszechświata nie znającego regularności linii prostej, lecz jedynie cykliczną sumienność? Rzadko melancholika cechuje brak skromności, ponieważ ma on świadomość, że zamieszkują w nim siły, które go przerastają i posługują się nim jak pretekstem do osiągnięcia nie wiedzieć jakiego celu. Czasami jednak czuje, że rozumie więcej. Podczas gdy inni kroczą po linii prostej swojej przyzwoitej egzystencji albo żyją w bezpiecznym kręgu, doświadczając wszystkiego z umiarem, on zna przesadę, brak równowagi, nadmiar: niekończące się cierpienie, nadludzkie szczęście, rozpaczliwy chłód, całkowitą ciemność, całkowitą jasność. Prawda potrzebuje takiego braku umiaru.

Człowiek tego rodzaju, tak skrajny i paradoksalny, tak lodowaty i rozpalony, tak otępiały i gwałtowny, tak powolny i szybki, nie znosi życia innych ludzi, odmierzanego przez wciąż te same uderzenia zegara. Nie potrafi mieszkać w czasie. Wśród starożytnych astrologów-psychologów rozpowszechnia się wkrótce przekonanie, że egzystencja na tym świecie, monotonia dni i prac, więź z naszymi bliźnimi, powtarzanie plemiennych słów nie są dla niego. Jego przeznaczenie jest inne. W jednym ze swoich Problematów Arystoteles twierdzi, że wszyscy niezwykli ludzie są melancholikami i utożsamia platoniczny furor z czarną żółcią. Marsilio Ficino powtarza, że Bóg ujawnia jedynie dzieciom Saturna tajemnice niebios i ziemi, przeznaczając im zajmowanie się religią, filozofią, magią, poezją, sztukami plastycznymi i matematyką. Największe umysły Grecji zaznały Melancholii. Aby je upamiętnić, Ficino i Wawrzyniec Wspaniały, Pico della Mirandola i Dürer, Rafael, Leonardo i Michał Anioł wznoszą ciemne sztandary Saturna, uroczyste i okazałe.

Renesansowa teoria geniuszu, łącząca w jedną całość mit, analizę astrologiczną i psychofizjologiczną, jest najbardziej subtelną teorią, na jaką odważył się człowiek w dziedzinie sztuki. Kto pisze wiersze albo tworzy obrazy i rzeźby, kierowany jest nieznośnym impulsem mającym na celu odrodzenie złotego wieku na ziemi: odradza się on w jego dziele, które staje się w ten sposób spełnionym marzeniem o złotym wieku. Przypomina jednak również podupadłe bóstwo, więźnia ciemności albo wygnańca zamieszkującego krańce ziemi, który zachowuje w pamięci wspomnienie utopii i jej nieodwołalnego końca; albo też jest podobny do oddalającej się planety, coraz bledszej i bardziej zagadkowej, umykającej przed bystrym ludzkim wzrokiem. Kto chce poznać światło formy, musi przebyć mrok i zatrzymać się na skraju przepaści albo iść pomiędzy dwiema otchłaniami, między dwoma szaleństwami równie straszliwymi. Wszystkie skrajne namiętności mu zagrażają: fanatyczny upór, trwoga i tortura przeciwieństw, chłód dręczący kogoś, kto zamieszkuje wśród lodów polarnych i nie potrafi żywić żadnych ziemskich uczuć, furor boskiego “szału”, gorączkowy zapał bachantek, nieczyste pożądania czarnej żółci, apatia depresji, jałowość i odrętwienie nudy, strach, fantazjowanie bez granic, obłędna duma, demencja…

Przygoda saturnijskiego artysty odrodzenia jest tragiczna; miejsca, gdzie się pojawia, są być może bardziej przygnębiające od tych, gdzie kilka wieków później będą lubili przebywać Chateaubriand i Poe, Kierkegaard i Baudelaire. Według Marsilia Ficina jednak ma on szansę uratować się. Niebezpieczeństwa melancholii mogą być złagodzone rozsądną dietą, właściwym rozkładem godzin, podróżami i dźwiękami lutni lub harfy. Prawdziwe lekarstwo jest wewnątrz. Melancholik musi przyjąć bez zastrzeżeń własne astrologiczne przeznaczenie, poddać się “boskiej kontemplacji”, poświęcić się z wyłączną namiętnością papierowi, farbom, marmurowi, żyć “samotny i pogrążony w rozmyślaniach”, jakby żadna inna więź nie łączyła go ze światem, do którego wiodą nadal jego kroki. Jeśli przyjmie to, co zesłały mu gwiazdy, jeśli zamieszka naprawdę w swoim kryjącym tyle bogactw losie, otrzyma w darze odkupienie poprzez formę.

Wszystkie te wątki pojawiają się w Melencolia I Dürera. Jest późny wieczór, albo pierwsze godziny nocy, czas, który Melancholia sobie upodobała. Fruwa nietoperz, księżyc rozświetla niebo, kometa zapowiada powodzie, morze błyszczy dziwnym blaskiem: wydaje się nam, że już nigdy pełne światło słońca nie rozświetli świata, przepędzając koszmary i mrzonki. Wszędzie widać wspaniałe narzędzia miernicze: kulę, kompas, cyrkiel, młotek, wielościan, hebel, piłę, wagę i klepsydrę, a także tygiel alchemika. Ale gdzie spogląda skrzydlaty geniusz, urodzony pod znakiem Saturna? Opiera policzek na dłoni, w geście wskazującym na cierpienie, a zarazem nudę, twarz w mroku, ciemna jak u ofiar czarnej żółci, wzrok gubi się, wypatrując z bolesną intensywnością pustego królestwa niewidzialnego, gdzie Melancholia ma swoją siedzibę. Nic nie robi: jego umysł opanowały niejasne i nieokreślone wizje, znane tylko jemu. Piła leży nieużywana u jego stóp, kamień młyński opiera się bezużytecznie o mur, książka spoczywa mu na kolanach i ma zapięte klamry, wielościan jest zbędny, kula potoczyła się po ziemi, a kompas niszczeje, gdyż nikt go nie używa, torba ześlizgnęła się niedbale na ziemię, pęk kluczy zwisa bez ładu z kółka, a chudy, śpiący pies jest dzieckiem jałowości i chłodu. Czy nadejdzie kiedykolwiek dzień, w którym to lodowate i ponure odrętwienie zniknie? Czy nadejdzie kiedykolwiek chwila, w której, oderwawszy wzrok od niewidzialnego i żywiąc się płodną nudą, która go opanowała – artysta zacznie kreślić linie, poeta pisać wiersze, precyzyjne niczym geometryczne figury? Czy kiedykolwiek pojawi się na ziemi zapełnionej kometami, światło?





o odrze
kronika pocztówki literackie prenumerata lista mailingowa
archiwa 2001-2
archiwa 1996-8