publicystyka
eseje
literatura
felietony
rozmowy
nad książkami
sygnały
sztuka
recenzje
> Eseje > NAGRODY, POWROTY >
NAGRODY, POWROTY
Jacek Łukasiewicz
1.
Patrzę na listę laureatów „Odry” i myślę: do jakiegoż to niezwyczajnego grona zostałem przed dwudziestu czterema laty wpisany? Są w nim głównie pisarze, ale też historycy oraz inni uczeni humaniści. Większość laureatów poznałem, z kilkorgiem byłem (czy jestem) po imieniu.
Czas narasta, nawarstwia się, rozlega i zagarnia. Pozostają twarze, pozostają słowa. Twarze ukryte za słowami. Nagrodzone słowa ukryte za twarzami. Jak tamte książki (tamte słowa) brzmią dzisiaj? Są w tym gronie laureatów bardzo znani i są mniej znani czy zapomniani. Pamięć bowiem jest kapryśna i niewierna. Pamięć to powroty iluzoryczne, do czegoś, czego już nie ma. Ale w wypadku nagród literackich zawsze można sięgnąć po to, co jednak pozo-stało – po książki.
2.
A są to książki bardzo różne, jedne wciąż sławne, inne jakby zapomniane, przycichłe. Niektórzy autorzy żyją, lecz wielu umarło, czasem zupełnie niedawno, a czasem od ich śmierci minęły JUŻ dziesięciolecia. Są też autorzy, co zamilkli, jak Tadeusz Mikołajek, który ostatnią swą powieść wydał na początku lat osiemdziesiątych. Przerywa milczenie w tym numerze „Odry”. Trzy jego nowe krótkie, pełne napięcia powieści, o wstrząsających finałach, czekają na wydawcę. Są inne od poprzednich, bo i autor ich jest już inny, starszy, jego perspektywa się zmieniła, ale wciąż mówią o tym samym pokoleniu młodych konspiratorów z lat wojny, potem boleśnie oszukiwanych, prześladowanych, pozbawianych szans.
Żegnajcie chłopcy
– tak zatytułował Mikołajek jedną z dawniejszych swych opowieści. Chłopców jednak nie można pożegnać. Jeśli umierają albo giną z pola widzenia, pozostawiają zadry w pamięci. Pamięta się o ich wypalonych lub gorących wciąż miłościach, o przed laty zakopanych naoliwionych pistoletach. O tym również, co potem robili, gdy ich młodość mijała, czasem szlachetni, odważni, nonkonformistyczni, a czasem wprost przeciwnie. Niektórzy z nich w stanie wojennym przypomnieli sobie o swej młodości. Z nadzieją w sercu, narażając się, znów podejmowali konspiracyjne działania. (Dla wielu jednak dzisiejszych czytelników stan wojenny to także już głęboka historia, jeśli nie prehistoria.)
3.
Inny laureat „Odry” Jan Józef Szczepański był od Mikołajka starszy. Zdążył przed wojną przejść podchorążówkę, walczyć we wrześniu 1939, potem służył w AK. Nie lubił wielkich słów, choć ważne dla niego pozostały pojęcia honoru, odpowiedzialności, wierności conradowskiej. Podejmował problemy moralne, nie oszczędzał towarzyszy broni. Napisał słynne
Buty
i z aprobatą komentował
Do piachu
, rozrachunkową sztukę napisaną przez innego laureata nagrody „Odry” – i wciąż świetnego jej autora – Tadeusza Różewicza. A po latach Jan Józef Szczepański (bo laureatem „Odry” był też słynny socjolog Jan Szczepański) napisał i wydał – poza cenzurą oczywiście –
Kadencję
, raport ostatniego prezesa Związku Literatów Polskich przed jego rozwiązaniem. Pozostawał wierny obowiązkowi w sytuacjach trudnych, wymagających jednoznacznej etycznej postawy. Jan Józef otrzymał Nagrodę „Odry” dawno, w 1974 roku, ale jej wtedy nie zatwierdzono – i uhonorowany został w redakcji ściśle prywatnie. Pamiętam obiad w „Monopolu” z naszym prywatnym laureatem i z ówczesnym naczelnym „Odry” Zbyszkiem Kubikowskim. Szczepański opowiadał wtedy, jak jeszcze sporo przed marcem 1968 zaciągnięto go na jakieś kombatanckie spotkanie z wódką, ogniskiem i kiełbaskami. Tam Wojciech Żukrowski zachwalał mu generała Moczara jako prawdziwego polskiego patriotę, którego trzeba poprzeć. Kiedy Szczepański odmówił, Żukrowski długo milczał, a potem, chcąc Szczepańskiemu dopiec, powiedział : „Czy ty wiesz, jaki ty jesteś brzydki”. Wręczano J. J. Szczepańskiemu nagrodę dopiero w roku 1981, razem z uhonorowanym wtedy Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość”. W tym samym dniu niespodziewanie gen. Wojciech Jaruzelski został premierem, będąc już pierwszym sekretarzem PZPR. Spóźniłem się na wręczanie, odbywające się w Muzeum Architektury, ale okazało się, że byłem jedynym, który wysłuchał przez telewizję pierwszego przemówienia generała jako premiera. Publicyści z DiP wypytywali mnie i spekulowali, jak to się skończy. Wiadomość o premierostwie Jaruzelskiego przyjęli raczej z optymizmem, jako niezłą wróżbę. A skończyło się to, jak się skończyło, bardzo fachowo przygotowanym stanem wojennym.
4.
Pisząc o nagrodach „Odry” zacząłem więc od tego końca, gdzie rozwijają się „polskie miesiące” (te czerwce, październiki, marce, sierpnie, grudnie, pisane kiedyś z dużej litery). Ogromnie kiedyś ważne dla nas żyjących w Polsce Ludowej (choć znaczenie ich blednie, jeśli spojrzeć z zewnątrz). I ważne dla instytucji, jaką jest „Odra”, i dla nagród „Odry”, będących też przecież długotrwałą instytucją, sprzed roku 1990 i sprzed roku 1981, i jeszcze wcześniej, sprzed roku 1968. „Odra” miała różnych redaktorów. Lawirowała czasem z konieczności. Jej dzieje opisać by trzeba osobno. Ale w różnych okresach miała łączyć i łączyła. Zachowywała jakość, co nie było łatwe, atrakcyjność, poziom i przyzwoitość. Lista laureatów, na którą patrzę, świadczy, że mylono się raczej rzadko. Kiedyś historyk obiektywnie na to spojrzy, wymierzy, oceni. Ale jeszcze warto z tym wymierzaniem chwilę poczekać.
5.
Z motywem polskich miesięcy wiąże się inny – polskości. Jeśli „polskie miesiące” stają się coraz bardziej archaiczne i mało zrozumiałe, to polskość nie.
Rzadko na moich wargach...
– pisał w związku z patriotyzmem Jan Kasprowicz. Patriotyzm to temat ogromny, złożony, różnorako uwikłany.
Notatki literackie
powstają w trakcie bieżącej lektury, niech mi więc wolno będzie zacytować autora świetnego, lecz spoza listy laureatów „Odry” – Sławomira Mrożka. Tak kończy on swoją ostatnio wydaną autobiografię (
Baltazar: Autobiografia
, Noir sur Blanc 2006), pisaną także w celach autoterapeutycznych, aby wyjść z afazji, która go dotknęła. Mrożek mówił pięcioma językami, został mu jeden:
Cokolwiek jeszcze napiszę, nie będzie wątpliwości, że przynależę do Polski. A jeszcze niedawno bywało różnie. Przyzwyczajony do swobody i będąc w pełni sił, nie mogłem się oswoić z myślą, że Polska jest moim przeznaczeniem. Ale teraz mogę mówić i pisać tylko po polsku i odczuwam ulgę jak ktoś, kto po długiej wędrówce zawitał do domu rodzinnego
.
6.
Polskość jako powrót. Bardzo mi się to podoba. Z niej wyrusza się, potem się wędruje, potem wraca. Dosłownie albo symbolicznie. Nie wszyscy wracają, niektórzy giną po drodze, z tym trzeba się liczyć. Ale wracają wzbogaceni, inni, ich (nasza) polskość też jest wzbogacona, inna. W świetnym leksykonie
Le petit Robert des noms propres
, z roku 1997, Sławomir Mrożek (pisownia jest bezbłędna, z polskimi znakami diakrytycznymi) określony został jako pisarz i autor teatralny francuski polskiego pochodzenia. Brzmi to zabawnie. Autor
Słonia, Postępowca, Policji
mnie i moim rówieśnikom zawsze kojarzyć się będzie z polskim październikiem 1956, tamtym fermentem, tamtymi nadziejami. Ale przecież wciąż gdzieś wędrujemy, podróżujemy, dłużej lub krócej, dalej lub bliżej, fizycznie lub tylko mentalnie, w lekturach, przy telewizorze, w internecie. Powroty mogą się dokonywać w różnych porach, miejscach, sytuacjach. Obce wtedy przestaje być obcym i staje się własnym, nie tylko przeze mnie przyswojonym i dla mnie egoistycznie własnym, ale także staje się własnością wspólną. A co inni z tym wniesionym przeze mnie własnym zrobią? Na to już na ogół nie mam wpływu, lub mam bardzo niewielki. Przychodzi na myśl Czesław Miłosz. Był wielkim polskim i religijnym (katolickim) wędrowcem, choć mu tego uparcie starano się odmówić. Do samego końca i jeszcze po końcu (po zgonie). Nie chciał być Polakiem-katolikiem w rozumieniu endeckim. Tego nie znosił. To zwalczał, więc i jego zwalczano jako obce nasienie. A budował naszą polszczyznę, „ustawiał jej głos”, w czym upatrywał cel (może jeden z głównych celów) własnej i przez siebie tłumaczonej poezji. Otrzymał Nagrodę „Odry”. jako człowiek bardzo stary i bardzo sławny, za wielki tom To. Cieszę się, że troszkę się do tego nagrodzenia przyczyniłem.
7.
Autor
Ikara
, powieści o Polaku dokonującym w Paryżu zamachu na rosyjskiego cara, Jan Józef Szczepański, a także Zbigniew Zielonka – to powieściopisarze historyczni. Szczepański pisał o samotnym bohaterstwie dla jednych, o zbrodniczym akcie terroru dla innych. I o dalszym losie Polaka we francuskiej kolonii karnej. Zielonka, już jako laureat „Odry”, wydał obszerną, ciekawą, kompletnie dziś zapomnianą powieść o pogrzebie Władysława Łokietka. Na kilkuset stronach przedstawił kondukt żałobny, idący z krakowskiego rynku na Wawel; uczestnicy tego pochodu rozmyślają o różnych faktach, które ich, obcych sobie lub wrogich, doprowadziły do tej żałobnej wspólnoty, okazały się częścią Łokietkowego zamysłu zjednoczenia Polski. To jest powieść znów aktualizująca się – o budowaniu pomostów, o historycznym przedsięwzięciu, o którym nigdy nie można powiedzieć, iż zostało dokończone, że nie jest zagrożone.
Powieściopisarzem historycznym był też laureat „Odry” z roku 1977 Władysław Terlecki. I on, po śmierci (w maju 1999), wszedł do literackiego czyśćca. Pozostaje tam i rzadko po niego sięgają. A przecież pisarz, którego połowa bohaterów była straceńczymi powstańcami, a druga połowa należała do wysokokwalifikowanych obcych służb specjalnych – powinien budzić zainteresowanie. Nie budzi jednak. Straceńczymi powstańcami i służbami specjalnymi zajmują się teraz politycy kulturalni państwowi i samorządowi bardzo gorliwie, lecz pracują na innych falach. Chcę więc zwrócić uwagę na coś innego, na nowoczesność prozy Terleckiego, na fantastyczną
Drabinę Jakubową
, na
Cierń i laur
– powieść o Kraszewskim, na postać Wielopolskiego jako przegranego polityka, na studium zła w opowieści o zaprzedanym złemu szpiegu Boszniaku i studium dobra w książce o Walerym Łukasińskim... Na wnikliwość analizy psychologicznej. Książki Terleckiego, dość podobne do siebie stylistycznie, z niezbyt zindywidualizowanym językiem postaci, z latami zawierały coraz głębsze, by tak rzec, niespodzianki, coraz bardziej gorzką prawdę o człowieku. Coraz więcej w nich było doświadczenia i zarazem coraz wnikliwszej sztuki, coraz ważniejsza też stawała się atrakcyjność opowiadanej historii. Jest w nich jasność, także moralna, ale nie ma moralnej jasności bez moralnego mroku i ten mrok psychologiczny był obecny nie tylko na poziomie bohatera, ale także – i to należało do literackiej roboty – na poziomie instancji wyższych, właśnie narratora oraz obrazu autora.
8.
Nie piszę o poezji, a byli laureatami „Odry” poeci: Jastrun, Szymborska, Jachimowicz, Karpowicz, Lipska, Rymkiewicz, Sosnowski – oczywiście Różewicz, oczywiście Miłosz. Ale to nie ta nić. Chciałbym wspomnieć o krytykach-uczonych, krytykach-pisarzach, zanim przejdę do książki jednego z nich, którą ostatnio przeczytałem. Ludwik Flaszen, Ryszard Przybylski, Edward Balcerzan, Michał Głowiński. Znakomite towarzystwo. Flaszen we wciąż dopełnianym
Cyrografie
łączy publicystykę, felieton, esej i poematy prozą. Balcerzan zaczął od powieści
Pobyt
i wierszy. Michał Głowiński jako prozaik beletrysta objawił się w ostatnim dziesięcioleciu, pisząc opowiadania autobiograficzne. Zaczął wielką książką
Czarne sezony
o swym dzieciństwie w warszawskim getcie i potem o ukrywaniu się poza jego murami. Później przyszły następne, także ta – o możliwościach epickiego powrotu.
9.
Wydana ostatnio jego
Kładka nad czasem
(Wydawnictwo Literackie 2006) to opowieść o rodzinnym Miasteczku. Właśnie Miasteczku, ani razu nie pada nazwa Pruszków, choć nawet nie znając Pruszkowa, dość dokładnie tu opisanego, wiemy, z lektury poprzednich książek autora, iż to o tę miejscowość chodzi. Książka składa się z opowiadań, poprzedzielanych kolejnymi
Promenadami
, opisami tras wiodącymi przez Miasteczko.
A mnie zostaje piękna sztuka wspominania
– czytamy. Lecz wspominanie nie jest tu celem, ale środkiem do tworzenia opowieści, w której prawda miesza się z fikcją. Narrator raz jest naiwnym narratorem ballady, kiedy indziej spersonalizowanym, autobiograficznym narratorem, nieśmiałym chłopcem. Raz jego horyzont wyznaczają ramy okna, przez które patrzy na pruszkowską ulicę. A znów kiedy indziej przyzywa na pomoc uchylającego dachy domów Asmodeusza z osiemnastowiecznego
Diabła kulawego
Lesage’a. Bardziej naturalne jest tu jednak patrzenie przez okno albo proustowskie z głębi pamięci przywoływanie ważącego na życiu szczegółu. Miasteczko w
Kładce nad czasem
chce być ujęte w całość, zaistnieć, jak istnieje mityczny powiat u Faulknera. Lecz to tylko projekt – szkice, tło uspójniające wspomnienia. Czy to Pruszków za blisko jest Warszawy, by zachować konieczną osobność, czy to gwałtowna historia poznana zbyt z bliska nie pozwala na połączenie epickim mostem kilku okresów życia, czy z innych jeszcze przyczyn – wiemy, że taki autonomiczny a nie heteronomiczny powiat nie powstanie.
Dawny świat wczesnego dzieciństwa, przedwojennego, sprzed Zagłady, budowany jest tu w dużej mierze z dźwięków, konstruowany jakby muzycznie.
O umówionej porze nadjechała dorożka, nie pamiętam, czy zaprzężona w jednego konia, czy w dwa, wspomnę jednak, że to chyba wtedy właśnie utrwalił się we mnie dźwięk końskich kopyt, uderzających o nawierzchnie ulicy, którą w tamtych czasach tworzyły w miasteczku kocie łby, wydaje mi się wszakże, że konie biegną nie po rzadkich już obecnie archaicznych kamiennych drogach, ale po asfalcie. Poezji tej konkretnej muzyki wytwarzanej przez końskie kopyta nic nie może dorównać, inne środki lokomocji nie mogą z nią konkurować, pociągi i samochody (by nie wspominać o samolotach) są zdolne wyłącznie do produkowania hałasów
– tu autor nie postawił kropki, ale przecinek i kontynuował następująco:
nie wykluczam zresztą, ze i one mają dane, by znaleźć entuzjastów
.
Ten stuk kopyt podający ton wspominaniu jest tu ważny i charakterystyczny. Odsyła do czasów sprzed co najmniej półwiecza, gdy dorożki pełniły jeszcze funkcje użytkowe, a nie wyłącznie rekreacyjno-reprezentacyjne. Stuk kopyt nadaje rytm życiu, dany i wybrany przez nas jednocześnie rytm naszego dzieciństwa.
Wśród dotychczasowych laureatów Nagrody „Odry” mało jest takich, dla których byłby ten stuk czymś nieznanym. Rosną ci, którzy rytm swego życia i swej twórczości odnajdują w szumie autostrad, przemierzanych w bezpiecznym foteliku dla niemowląt, zamontowanym na tylnym siedzeniu samochodu rodziców. I taki rytm ogarnia ich dzieła, które będą kontynu-ować w ciągu życia.
o odrze
kronika
pocztówki literackie
prenumerata
lista mailingowa
archiwa 2001-2
archiwa 1996-8
© odra.net.pl code by
konekto.com