publicystyka
eseje
literatura
felietony
rozmowy
nad książkami
sygnały
sztuka
recenzje
> Pocztówki literackie > POCZTÓWKI LITERACKIE czerwiec 2006 >
POCZTÓWKI LITERACKIE czerwiec 2006
Karol Maliszewski
Tomasz I.
W bardzo dobrej szkole poetyckiej pan terminuje. Wzruszyłem się nawet, bo zaczynałem dokładnie w tej samej i tak wyglądały moje wiersze, gdy miałem 19 lat. Tego nie da się podrobić, to jest dykcja z daleka słyszalna: Wojaczek. Przysyłają mi tu o wiele bardziej nieudolne podróbki tego stylu. Panu wychodzą doskonale. Poczekajmy na coś rzeczywiście własnego. Myślę, że w ciągu roku pan do tego dojrzeje. Będę czekał.
Krzysztof.
Zupełnie nie trafia mi do przekonania wypracowana przez pana poetyka. Wprawdzie nawołuję w tej rubryce o umiar i powściągliwość, walczę z wodolejstwem, cenię lapidarność, cieszy mnie dyskretny urok metafory i elipsy, ale jeśli chodzi o pana styl zapisu, to już jest jednak przesada. Powtarzam do znudzenia „To, co masz do powiedzenia w ośmiu wersach, zapisz w czterech”, ale nie kosztem sensu i bez zakłócania procesu pełnej komunikacji poetyckiej. Pan uruchomił jakiś telegraf poetycki, maszynkę do skrótów, wyrzutnię oderwanych słów i nie potrafi tego zatrzymać. W efekcie: połowy się nie rozumie, a druga połowa wydaje się bezbarwna. Pozdrawiam i życzę wiele dobrego w trudnej pracy nad tekstem.
Cezary.
Do własnego języka dochodzi się bardzo długo. W poezji jest to droga szczególnie ciernista. Po latach dopiero coś z tego laboratorium zaczyna nam wychodzić. Pan chce to wszystko ominąć, uważając, że poezja to tylko notatnik pokryty byle jakimi zapiskami. Pisze pan wiersze językiem publicystyki, tworzy małe felietony z wyrazami ułożonymi w rządki. I są one ciekawe (bo wiedzy, zaangażowania, wrażliwości dużo) jako felietony, nie wiersze. Nie wiem, co mogę poradzić. Człowieka się nie zmieni. Proszę rzucić się w wir poetyckich lektur, to może mieć jakiś wpływ.
Robert.
Minął rok i chyba jest już coś czytać. Wolno to jakoś przebiega... spokojnie, to nie piekarnia. Coś w tych wierszach zaczyna się dziać, coś drgnęło i z krainy literackich konwencjonalności wymyka się pan w jakimś własnym kierunku, to na razie zaledwie mglisty zarys osobowości, ale już coś. Może więcej skreślać, więcej wyrzucać do kosza, nie być aż tak uległym natchnieniu.
Maria.
„Tutaj jesteś na zawsze bezpieczna./ W swej wymyślonej, fantastycznej krainie.” – ta pointa wiersza „Tańcząca” ma charakter poetyckiego skrótu dotyczącego pani pisania. Ono daje pani poczucie bezpieczeństwa, jest azylem, przestrzenią ucieczki, terapią. Natomiast czytelnika mało to wszystko obchodzi. Nie wydaje mu się to ciekawe. A rzecz polega na tym, żeby piec dwie pieczenie na jednym ogniu. Uspokajamy się, leczymy, zaszywamy w azylu, czyniąc to zajęcie atrakcyjnym dla innych zainteresowanych. „Pisząc, oszukuję siebie, że jeszcze umiem coś robić.” – pada w tekście „Wiersz i chusteczki”. Znowu pani potwierdza to, o co pani chodzi w poezji. To jednak jakiś program minimum. Skromna terapeutyczna poezja do szufladki. A szkoda. Bo ma pani wyczucie słowa i ten rodzaj zniechęcenia do świata i życia, który bywa w poezji bardzo płodny. Niech pani trochę poczyta i zobaczy, co się dzieje w poezji najnowszej, jakiego rodzaju energie psychiczne i językowe teraz wiodą prym.
I-bliss.
Teksty sprawiają wrażenie żywcem wyjętych z jakichś dziewiętnastowiecznych ram. Są urocze, mniejsza już o te gramatyczne rymy. Nie mam zastrzeżeń do poetyckiego rzemiosła, tylko do sensu takiego kopiowania. Czysta konwencja. Rodzaj szlachetnego hobby. Punkt wyjścia już pan zarysował, teraz można by coś z tym rytmem i rymami zrobić niekonwencjonalnego. Polecam lekturę wierszy Jarosława Marka Rymkiewicza. To jedna z dróg odnalezienia się wiersza metrycznego we współczesności. Może pana zainspirować.
Jakub.
Udane fragmenty obok pustych, retorycznych. Ambitne zamierzenie opisania miasteczka, stworzenia cyklu wierszy apostroficznie skierowanych do „miasteczka” rozbiło się o brak spostrzeżeń, faktów, informacji. Nic nie wiemy o tym miasteczku prócz paru ogólników. Nie wyczuwamy jego klimatu, nie poznajemy mieszkańców. Gdzie jakieś scenki, anegdoty, gdzie topografia, duch miejsca? Pozostaje czysta retoryka, sentymentalizm, westchnienia. A przecież jest potencjał. Ujawniony choćby w tym „lingwizującym” fragmencie: „Ile jeszcze razy mam podnosić na ciebie/język/zanim podniosę nogę”.
Tomasz II.
„Niech wyjdą z domów swoich ciasnych/poeci młodego pokolenia,/niech krzyczą ile sił mają w gardłach/że wierszem jest życie każdego z nas.” – ale niestety nie każdy wiersz jest życiem, niektóre z nich umierają od razu po napisaniu. Pańskim to z pozoru nie grozi, bo tyle pasji pan wkłada, własnej krwi. Jestem nimi urzeczony jako dokumentem bólu i buntu, ale literacko są do niczego. Myślę, że tutaj pomogłaby terapia wstrząsowa: odłożyć na razie tomiki Wojaczka i poczytać coś z innej półki. Panu jest potrzebny dystans, żeby przejść do następnej klasy w poetyckiej szkole życia.
o odrze
kronika
pocztówki literackie
prenumerata
lista mailingowa
archiwa 2001-2
archiwa 1996-8
© odra.net.pl code by
konekto.com