odra.net.pl
 
> Publicystyka > PODWIECZOREK PRZY TELESERNICZKU (fragment) >
PODWIECZOREK PRZY TELESERNICZKU (fragment)
Tomasz Kozłowski
Na początku listopada otrzymałem od znajomego link do filmu z Krzysztofem Kononowiczem. Internetowy serwis YouTube przeżywał już wtedy oblężenie w związku z ową personą, ale chyba nikt jeszcze nie spodziewał się, że Kononowicz kilka dni później okrzyknięty zostanie mianem „twarzy kampanii”. Postać kandydata na prezydenta Białegostoku przetoczyła się przez media niczym kometa przez nieboskłon. Wraz z niezwykle cyniczną postawą członków partii, którzy za nim stali, wysunięcie kandydatury Kononowicza stanowi smutny punkt przełomowy w historii kształtowania się polskiego społeczeństwa obywatelskiego. Jest to zarazem marna cenzurka wystawiona polskiej władzy.

Przypadek Kononowicza, jakkolwiek śmieszny by był, stanowi skondensowaną odpowiedź na pytanie, co stało się z kulturą polityczną w Polsce. Kredyt zaufania, jaki rządzący zaciągają co kadencję, ustawicznie maleje i wyczerpuje się coraz szybciej, topnieje razem z frekwencją wyborczą. Polityk staje się synonimem osoby niegodnej zaufania. Ale winą za ten stan nie należy obarczać wyłącznie polityków. Sądzę, że mamy w Polsce do czynienia z sytuacją, która po części wynika z wątpliwych kompetencji wielu rządzących, po części zaś z czegoś, co trudno nazwać inaczej niż z brakiem chęci w budowaniu społeczeństwa obywatelskiego. Część winy za ten stan ponoszą, według mnie, media, a konkretnie ich oferta rozrywkowa.


CZY DA SIĘ USTALIC WINNYCH?
Z polską sceną polityczną stało się coś niedobrego. Nie jest wesoło, jeżeli działania polityków są świadectwem bezczelnej niekonsekwencji i chamstwa, jeżeli milionom telewidzów przy okazji katastrofalnych prowokacji, żenujących wpadek, paskudnych potknięć, wmawia się, że są wielbłądami, bo źle słyszą i źle widzą. Jeszcze gorsze jest to, że tempo, w jakim afery polityczne się mnożą, jest tak zastraszające, że każda z nich po dwóch tygodniach staje się dawną sprawą i z jątrzącej rany zamienia się w ładnie przysychający strupek, który lada chwila odpadnie i nie zostawi śladu. Kto pamięta dzisiaj o kupczeniu stołkami w pokoju Renaty Beger?

Polska kultura polityczna ma się ostatnio fatalnie. Szkoda czasu na wymienianie afer, jakie przetoczyły się ostatnio przez kraj. Kto ponosi winę? Politycy, których reputacja i kompetencja nazbyt często pozostawiają wiele do życzenia, czy też może aktywna politycznie część społeczeństwa, która takich oto przedstawicieli umieściła u sterów. Wina zapewne leży po obu stronach, choć za współodpowiedzialne należałoby uznać również polskie media, zarówno ich peerelowską spuściznę, jak i rewolucję, jaka dokonała się po 1989 roku. Zdawać by się mogło, że dzisiejsze oblicze polskiej telewizji krańcowo różni się od tego sprzed transformacji ustrojowej. Sądzę jednak, że rewolucja ta nie jest tak rozległa, jak wydaje się na pierwszy rzut oka i być może również tutaj należy poszukiwać przyczyn owej swoistej polskiej anomii.

Niczym nowym nie jest stwierdzenie, że polski naród ciemiężony totalitaryzmem musi uczyć się demokracji i samostanowienia. Często natknąć się można na tego rodzaju konkluzje: ludzie przyzwyczajeni do silnej władzy oczekują radykalnych posunięć, dzięki czemu posłuch zyskują populiści. Ludzie zniecierpliwieni widocznym brakiem rezultatów reform rezygnują z udziału w wyborach. Spada zaufanie do władzy, ponieważ jest ona głucha na problemy ogółu, a realizacja obietnic wyborczych to mrzonka.

Można przyjąć, że Polacy nie tyle korzystają z demokracji, co dopiero uczą się tej formy rządów. Zainteresowanie polityką spada, a przekonanie o bezsilności statystycznego Kowalskiego staje się niepokojąco powszechne. Ów katastrofalny stan tłumaczony jest na zasadzie błędnego koła: Polacy wybierają władze, których działania zniechęcają ich do siebie. W swoim tekście postaram się ukazać, że polskie społeczeństwo padło ofiarą jedynej w swoim rodzaju pułapki: składają się na nią nie tylko niezaspokojone apetyty na kiełbasę wyborczą, będące potencjalną katapultą do władzy każdego watażki, ale również wyjątkowa specyfika polskich mediów, które po roku 1989 przeszły interesującą przemianę.


OD CZCIONKI DO TELEGRAFU
Neil Postman, amerykański socjolog mediów, w swych dziełach bardzo sprawnie ilustruje tezy Marshalla McLuhana, z których jedną z najbardziej znanych jest ta, iż sam przekaźnik już stanowi przekaz. W książce Zabawić się na śmierć analizuje on różnice pomiędzy przekazem opartym na formie drukowanej a tym, któremu początek dał wynalazek telegrafu (radiowo-telewizyjnym). Zdaniem Postmana, telegraf stanowił prawdziwą rewolucję, której konsekwencje sięgały o wiele dalej i głębiej aniżeli sama szybkość transferu informacji. Łatwość nadania komunikatu z jednego wybrzeża kontynentu na drugi spowodowała, że waga przywiązywana do istotności wiadomości znacznie spadła. O ile w erze druku potrzeba było kilku dni czy nawet tygodni, by cały kraj obiegła wieść o zgonie monarchy lub wojnie toczącej się na kresach macierzystego imperium, o tyle w dobie telegrafu w kilka sekund można było dowiedzieć się o śmierci słonia w zoo oddalonym o kilka tysięcy kilometrów lub walkach toczonych przez młodociane gangi uliczne w miastach na drugim wybrzeżu.

Epoka druku, okres w dziejach wcześniejszy, którego apogeum przypadło na wiek XVIII, stanowi dla Postmana źródło tęsknoty, a wręcz ubolewania nad sposobem komunikowania się we współczesnym społeczeństwie. Informacja telewizyjna (radiowa w mniejszym stopniu) staje się wyrwana z kontekstu, a jej wartość jest znikoma lub żadna. Druk ze swej natury skłaniał człowieka do świadomej koncentracji nad napływającą treścią. Spotkaniu człowieka z tekstem sprzyjały cisza i spokój.

Pośród niezliczonych przykładów wpływu drukowanego medium na umysłowość ludzi, Postman poświęca miejsce również poziomowi debaty politycznej. W jego opinii, epoka druku była czymś na kształt „złotego wieku demokracji”, kiedy lud wybierając swoich reprezentantów był dalece bardziej świadomy racji zarówno swoich, jak i przeciwników niż dziś. Paradoksalnie, znaczna część narodu mogła nie mieć pojęcia, jak wygląda Abraham Lincoln, a mimo to doskonale orientować się w jego systemie wartości i politycznej strategii jego obozu. Doskonale ilustrowały to publiczne spory między politykami, urządzane przy okazji festynów czy zgromadzeń. Wywód każdego z nich odznaczał się kwiecistym stylem, jasnością, logiką oraz szacunkiem dla strony przeciwnej. Dziś z kolei do rangi symbolu urasta osoba „telepolityka”, który pojawił się wraz z rozwojem telewizji. Argumenty przestały być racjonalne, stały się domeną emocji, doskonale wpasowując się w specyfikę przekazu audiowizualnego, gdzie liczy się chwila, obraz, dźwięk, bodziec.

Stała się rzecz – w kategoriach typowych dla okresu druku – niebywała. Otóż mówca, miast zwracać uwagę na spójność swojej przemowy, zatrudnia speca od wizerunku. Zwycięstwo odnieść może ten, kto jest wyższy i szczuplejszy, kto głośniej krzyczy, kto na plakatach ma skuteczniejszy retusz. Polityka stała się przedmiotem działań marketingu, a nie idei.

Rezultat łatwo przewidzieć. Kampania wyborcza jest po prostu kampanią reklamową, a kartka wrzucana do urny czymś na kształt menu, z którego należy wybrać najatrakcyjniejsze danie. Niestety, reklamację można złożyć tylko raz na kilka lat... Z rozważań Teresy Boguckiej nad przemianami polskiej telewizji po roku 1989 można z kolei wysnuć smutny wniosek, że kryzys się pogłębia. Polacy nie tylko nie chcą wybierać, ale i wybierają coraz głupiej, coraz mniej kierując się rozsądkiem a coraz bardziej – wrażeniem i emocją.


AMERYKAŃSKI MIT I PEERELOWSKA SPUŚCIZNA
W zasadzie trudno się tym wnioskom dziwić. Prowadzenie rzeczowych, kilkugodzinnych sporów – tak chętnie opiewanych przez Postmana – jest dziś niemożliwe. Telewizja nie znosi mentorstwa. Rozmowa to mało wdzięczny temat do oglądania (z tego powodu radio uznać można za środek przekazu mniej poddający się dyktatowi emocji niż TV). Jeżeli przedmiotem programu jest rozmowa, forma musi być zbliżona do talk-shows, gdzie nacisk położony jest raczej na zarysowanie konfliktu niż na poszukiwanie rozwiązania czy rzetelne przedstawienie swoich racji. Środki, które służą eskalacji animozji są wręcz pożądane, przez co poziom dyskusji nieustannie spada. Programy, w których politycy mają szansę zaprezentować swoje poglądy są odbierane jako nudne i bez ikry. Polskie społeczeństwo obywatelskie znalazło się w szczególnie silnym potrzasku: z jednej strony napiera na nas nasza ewolucyjna spuścizna i naturalne ograniczenia (o których jeszcze będzie mowa), z drugiej zaś – mentalność, której korzenie sięgają PRL.

Mimo wszystko jednak, jak zauważą zapewne krytycznie nastawieni czytelnicy, w USA zdołało się wykształcić społeczeństwo obywatelskie, a u nas proces ten wciąż raczkuje. Wynikać to może m.in. właśnie z treści i formy rozrywki, z jaką społeczeństwo amerykańskie spotykało się niemal od początku upowszechnienia się telewizji. Amerykańska rozrywka, ba, amerykańska kultura przesiąknięte są mitem kariery „od zera do milionera” (ew. bohatera), czego echa odnaleźć możemy w scenariuszach wielu filmów, począwszy od Supermana na Forreście Gumpie kończąc. Motyw człowieka, który dzięki swym umiejętnościom, determinacji, silnej woli przestaje być zwykłym zjadaczem chleba i zaczyna być kowalem swojego losu, przewija się w amerykańskiej kulturze niezwykle często. Popularne są motywy pozornych straceńców, którzy do końca walczą o swoje i odnoszą sukces (Philadelphia, Skandalista Larry Flint), suberbohaterów na co dzień przebranych za przeciętniaków, a nierzadko za zwykłe fajtłapy (Superman, Spiderman, Maska), czy przedsiębiorczych indywidualistów osiągających życiowy cel lub ośmielających się porywać z motyką na słońce (Prison Break, Independence Day, Braveheart, Patriota czy nawet Ojciec chrzestny).
Warto zwrócić uwagę, że swoisty kult jednostki i jej siły sprawczej, nieograniczonego wręcz potencjału, rozpoczyna się bardzo wcześnie, na etapie kreskówek i filmów dla dzieci. Obrazy takie jak Król Lew, Gdzie jest Nemo? czy choćby Shrek to przekaz zaszczepiający w małym odbiorcy wiarę we własne możliwości. Krótko mówiąc, tak jak istotą fabuły jest konflikt interesów, tak w fabule amerykańskiej wyjątkową popularnością cieszy się motyw konfliktu interesów wszechmocnego giganta z – pozornie – nic nieznaczącym liliputem. Morał, który płynie z takich opowieści, jest jasny i często ubrany w refren piosenki ze ścieżki dźwiękowej, gdzie po prostu „wystarczy uwierzyć”, gdzie „każdy może być królem”, „wierzę, że mogę latać i dotykać nieba” itd. Banały? Może i banały. I bardzo dobrze! Jakkolwiek branie się za bary z życiem byłoby trudne, a wątki wyświechtane, wartości, zaszczepione w podobny sposób, z punktu widzenia społeczeństwa obywatelskiego stają się niezwykle cenne. Jednostka wierząca we własną siłę, uświadamiająca sobie swoją wartość to podstawa sprawnie funkcjonującej demokracji. (...)


Tomasz Kozłowski





o odrze
kronika pocztówki literackie prenumerata lista mailingowa
archiwa 2001-2
archiwa 1996-8