odra.net.pl
 
> kronika > WSZECHDZIECINADA, KALEJDOSKOP I PRZEWIDYWALNA NIEPOWTARZALNOŚĆ >
WSZECHDZIECINADA, KALEJDOSKOP I PRZEWIDYWALNA NIEPOWTARZALNOŚĆ
Tomasz Kozłowski
Chyba nie ma nic złego w tym, że każdy z nas raz na jakiś czas poczuje się dzieckiem. Ale – wypada zadać sobie pytanie – czy nie jest przypadkiem tak, że Dzień Dziecka wcale nie kończy się, jak w bajkach (sic!), wraz z wybiciem północy? Czy nie jest tak, że nasza kultura kultywuje w pewien szczególny sposób nie tylko dzieciństwo, ale i cechy dziecinne? Jeżeli tak jest, to czy cechy te przejawiają się tylko w gustach, zachowaniach, czy może idą dalej – w sposobie myślenia, w uczestnictwie w kulturze? Jeżeli zaś faktycznie stykamy się z czymś, co określić można mianem dziecinnienia kultury, to dokąd ów proces może nas doprowadzić?


URODZONY ZABAWOWICZ
Zacznę od twierdzenia, że człowiek to gatunek neoteniczny. Ten biologiczny termin – neotenia – określa zespół cech, dzięki którym rozród możliwy jest już na etapie larwalnym. Oczywiście stadium larwalne nie dotyczy nas bezpośrednio, jednak porównania, jakie czynią między gatunkiem Homo sapiens sapiens a resztą naczelnych prymatolodzy, sugerują, że w przypadku dorosłego człowieka występuje nietypowe nagromadzenie cech charakterystycznych dla osobników bardzo młodych. Mówiąc wprost – bardziej przypominamy małpie potomstwo niż osobniki w pełni dojrzałe, co najlepiej widać na przykładzie małych szympansiątek i ich rodziców. Na pierwszy rzut oka widać, że ludzkie i małpie dzieci podobne są do siebie bardziej niż analogiczne formy dorosłe. Co ciekawe, wielu z tych dziecinnych cech nie tracimy w ciągu życia, przez co trochę przypominamy wyrośnięte małpiątka. Jesteśmy o wiele słabiej owłosieni niż reszta dorosłego małpiego świata, nasze stopy nie przekształcają się w chwytne kończyny (stopy szympansiątka podobne są do stóp ludzkich, dopiero z wiekiem zaczynają przypominać drugą parę dłoni), a twarz, jak u małpiego niemowlęcia, pozostaje cofnięta, i to do końca życia. Pytanie jednak, czy przekłada się to bezpośrednio na nasze zachowania?
Otóż tak. Podobnie jak szympansie dzieci, jesteśmy o wiele bardziej skłonni do zabawy. Zabawa jest w naszym życiu sferą niezwykle ważną, to, co żartobliwe, niedosłowne i „na niby”, szczególnie silnie fascynuje i przyciąga naszą uwagę. Z tego też względu zabawa towarzyszyła nam od zawsze, sfera żartów, dowcipów i szeroko pojętej rozrywki wymieniana jest w pracach antropologów i socjobiologów jako jeden z „ponadkulturowych powszechników”, a zatem jest kandydatem do zestawu cechy wchodzących w skład ludzkiej natury. Z pewnością więc dużo racji miał Johan Huizinga, kiedy ukuł pojęcie Homo ludens – człowiek bawiący się i jednocześnie tworzący kulturę opartą na zabawie, w której każde społeczne działanie jest określoną grą toczącą się wedle ustalonych reguł, prowadzących do określonego końca – zupełnie jak ma to miejsce w zabawie.
Zabawa była jednak dla Huizingi pewną metaforą. Z pewnością nie traktował on wszystkich czynności kulturowych w kategoriach rozrywki czy czegoś, co ma wprawić nas w dobre samopoczucie, przepełnić sympatią w stosunku do innych ludzi uczestniczących w tym samym rytuale – albowiem te właśnie czynniki uznać możemy za charakterystyczne dla zabawy. Dowodził jedynie, że podobnymi regułami, co zabawa, rządzić się może każda sfera życia we wspólnocie – od kościelnego chrztu aż po pogrzeb.
Dzisiaj jednak ów Homo ludens zaczyna nabierać nowego znaczenia, jak sądzę – zdecydowanie bardziej dosłownego. Wiele bowiem przemawia za tym, iż w istocie człowiek przełomu wieków staje się zapamiętałym czcicielem zabawy, dorosłym dzieckiem nowej ery, zdziecinniałym konsumentem doby postkapitalistycznej. Zabawa staje się nie tylko elementem jego natury czy metaforą jego życia – więcej, staje się jego treścią i formą. O ile niektórzy socjologowie, krytycy i obserwatorzy wieszczą nadchodzący koniec dzieciństwa – jako że młody członek społeczeństwa informacyjnego po podłączeniu się do infostrady staje się tak samo pełnoprawnym uczestnikiem życia, jak dorosły, a często radzi sobie o wiele lepiej – o tyle inni, w tym i ja, zwracają uwagę nie na koniec dzieciństwa, a wręcz przeciwnie: na jego hegemonię (na użytek tego tekstu nazwaną przeze mnie wszechdziecinadą). Warto zwrócić uwagę na to, w jaki sposób wszechdziecinada przejawia się w dwóch potężnych i chyba nierozłącznych gałęziach współczesnej kultury – konsumpcjonizmie i sferze rozrywki.


KONSUMUJ, BOŚ MŁODY
Stosunkowo często spotkać się można z opiniami komentatorów, artystów, uczonych i innych autorytetów, który stan dzisiejszej kultury oceniają niezwykle krytycznie, w kategoriach totalnej degrengolady, upadku, degeneracji i rozkładu. Jednym z jej elementów jest właśnie zdziecinnienie kultury. Antropolog Bryan Page mówi wprost, że fakt, iż to zabawa stała się głównym celem dorosłych, świadczy o cofaniu się ludzkiej umysłowości w rozwoju. Do pewnego stopnia mogliby mu, jak sądzę, przyklasnąć Zygmunt Bauman, Marshall McLuhan czy Neil Postman.
Zdziecinnienie kultury wydaje się konsekwencją nastawienia na kult takich wartości, jak młodość, witalność, energia, przyjemność. Pociągnęło to za sobą szereg niekorzystnych skojarzeń, jakie budzić może dorosłość, czy wręcz starość – często nawet traktowane zamiennie. Młodość to otwartość, liberalizm, tolerancja, awangarda, radość. Dorosłość i starość to zamknięcie na świat, konserwatyzm, nietolerancja, zaściankowość i nuda. Takie stawianie sprawy mogłoby wydać się czymś negatywnym i krzywdzącym, gdyby nie fakt, że w parze z kultem młodości podąża szacunek dla „wieku subiektywnego”. Coraz mniejsze znaczenie ma wiek metrykalny, coraz większe natomiast – faktycznie odczuwany. W związku z czym – jak na łamach „Przekroju” pisała niegdyś Paulina Kozłowska – zamiast pytać, „ile masz lat?”, właściwszym pytaniem będzie „na ile lat się czujesz?”.
Kult młodości z kolei okazał się znakomitym narzędziem napędzającym rynek. Ponieważ dominujący system wartości nakierowany jest na czerpanie wszelkich uciech z życia, odsuwanie myśli o dorosłości, odpowiedzialności i innych niewygodach kojarzonych z gderliwą, leciwą generacją zstępującą, całkiem logiczna wydaje się odpowiedź producentów wielu branż, którzy wypuszczają na rynek szereg artykułów skierowanych do młodych duchem. Prężnie odpowiada na tę potrzebę Internet – witryny przesycone są grafikami przedstawiającymi młodych ludzi, zaś portale ogólnoinformacyjne coraz bardziej koncentrują się na tym, co może sprawić przyjemność i co nie kojarzy się ze światem starości. Dominuje tymczasowość, nacisk na ulotność, chwilę. Każda wiadomość istnieje parę minut, następnie się dezaktualizuje, jeżeli nie nadążasz – widocznie jesteś za stary…
Pojawia się nie tylko specjalna odzież czy kosmetyki, ale także sprzęt gospodarstwa domowego czy samochody, takie jak chociażby Renault Twingo, Ford Ka czy nowa wersja VW Garbusa, kojarzące się raczej z nakręcaną zabawką niż z typowym samochodem. Obłe, lśniące, oszklone wehikuły o futurystycznej stylistyce w reklamach prowadzone są zazwyczaj przez roześmianą, kolorową młodzież, cieszącą się czasem wolnym bądź jadącą właśnie do – jakże by inaczej – dobrze płatnej pracy. Oto model współczesnego życia. Zero trosk, zero zobowiązań, maksimum wygody i radości – czyli typowe cechy dzieciństwa sielskiego i anielskiego. Niestety, model ów pociąga ze sobą – jak zawsze, kiedy pojawia się możliwość przesady – patologie. Wypaczenia te najlepiej obserwować tam, gdzie o nie dziś najłatwiej, a więc w czasie rozpasanej konsumpcji, czytaj: na wakacjach. Przyjrzyjmy się zatem nowemu typowi człowieka – konsumentowi optymalnemu – w jego środowisku naturalnym, czyli w nieograniczonym czasie wolnym.
W tym miejscu nie mogę się oprzeć przed krótkim sprawozdaniem z mojego niedawnego pobytu w Zakopanem. Miłość do Tatr, póki co, wygrywa z przestrachem, jaki wywołuje we mnie co roku wspomnienie o mekce konsumeryzmu, w jaką zamieniono Zakopane i do której niezawodnie ściągają tłumy zdziecinniałych konsumentów. Skupmy się przez chwilę na kilku rodzajach zachowań, jakie, z podziwu godną pieczołowitością, realizują oni.

PODJEŚĆ...
Skłamałbym, gdybym nie powiedział, że nie mam sentymentu do pewnych knajpek czy kafejek. Są miejsca, w których pstrąg przyrządzany jest jak nigdzie indziej, a zupa pieczarkowa powinna być serwowana zawczasu z dokładką. Mam jednak nieodparte wrażenie, że dla wielu turystów podobne pokusy nad wyraz często stają się atrakcjami z gatunku „zamiast”. W końcu zjeść szaszłyk w cieniu Giewontu to prawie jak na Giewont się wdrapać... Do Zakopanego coraz rzadziej przyjeżdża się w góry, a coraz częściej, by sobie „pokonsumować”. Doskonałe lokale pękają w szwach od równie pękatej klienteli, od przepoconych tłustych tatusiów, których wysiłek w walce z żeberkami skrapla się tuż za kołnierzem, od mamuś oblizujących paluszki i rodzeństw – zawsze od stóp do głów w lodach i zawsze pokłóconych.
Być może, przy odrobinie szczęścia, mniej wymagające atrakcje parku narodowego wcisną się w ich kalendarz, być może wejdą dwa razy na szlak, zajrzą do Kościeliskiej i nad Morskie Oko. Ale pewniejsze jest, że Krupówki za ich sprawą spłyną potokiem roztopionej bitej śmietany spadającej z gofrów, że na ich zdjęciach znajdą się nie Rysy, a raczej dmuchany juhas przechadzający się między sklepikami, że wrócą do domu nie pełni wrażeń, ale mięsiwa, piwa i żelków Haribo. Co znamienne – w owej ludzkiej masie nie sposób dostrzec społecznych różnic wynikających z wieku. Zarówno dzieci, jak i ich rodzice konsumują tak samo zapamiętale. Atrakcje dla nich przygotowane również są te same – od przejażdżek wszelkiego rodzaju wehikułami, aż po zdjęcia w towarzystwie nietypowych stworów.


KUPIĆ...
To samo rzecz jasna dotyczy gadżetów, jakie w Zakopanem można zakupić. Trudno jednoznacznie określić, gdzie wypada dolna, a gdzie górna granica wieku ich użytkownika. Wszystko dla wszystkich. Ostatecznie, każdy ma prawo wydawać pieniądze tak, jak mu się podoba. Każdy ma prawo do pamiątek, oscypków, kożuszków, dzierganych skarpet, swetrów i ciepłych papci. Gorzej jest – choć bynajmniej nie dla kupców – gdy turystów traktuje się jak dzieci, robiąc z nich automaty do kupowania, i serwuje towary z górami związane nie bardzo. Przykłady można mnożyć: od koszulek wszelakiej maści (informujących wszem i wobec, że mam w środku piwo, że jestem kosiarzem na zielonych pastwiskach Jamajki, że skład zespołu Ich Troje ewoluował w stadium premiera i dwóch nie-PiSowych wicepremierów, że mogę dostać w papę...), poprzez odznaki i ordery (opiewające kaca i brać studencką znaczącą okoliczne tereny wymiotami), aż po niewybredne pocztówki pociągnięte kreską tak mizerną i amatorską, że aż rozczulającą. Jeden wielki sklep z zabawkami. Jak zwykle pojawia się pytanie: co było pierwsze, jajko czy kura? Czy to górale rozkręcili tego typu biznes, czy też to ceprowski popyt wykreował taką kuriozalną podaż? Poczucie przyzwoitości na rynku rządzonym zasadami liberalizmu jest pustym postulatem, jednak miejsca takie jak te przywodzą na myśl tęsknotę za odrobiną sensu, adekwatności, logiki. A może – szacunku dla majestatu przyrody? Wszystko jedno, albowiem każdej z tych rzeczy brak tam po równo.
Panoramy megakonsumpcji stają się jeszcze bardziej ponure, kiedy zziajani całodniowym marszem, ostatkiem sił wdrapujemy się na Kasprowy Wierch tylko po to, by czekać na kolejkę linową zwożącą na dół… w kolejce złożonej z setek (nie przesadzam) niedzielnych turystów, którzy nie uraziwszy stopy o kamień i nie uroniwszy kropli potu, wjechali wcześniej tylko po to, by na szczycie zjeść pizzę. Pokaźna część rzecz jasna w sandałkach i szpilkach.


UBOBASOWIENIE KONSUMENTA
Ta nieco rozbudowana dygresja miała za zadanie ukazanie drugiego oblicza Homo ludens. Zabawa nie jest już tylko formą, jak miało to miejsce u Huizingi. Jest także, a może przede wszystkim, treścią, racją bytu wszelakiej oferty. W całym tym szaleństwie, jak zwykle ma to miejsce w społeczeństwie konsumpcyjnym, chodzi o to, by wyprodukować konsumenta optymalnego. Zwróćmy jednak uwagę na fakt, że cechy owego indywiduum niebezpiecznie często pokrywają się ze stereotypem „rozpieszczonego bachora”. Czy oznacza to, że w dzisiejszej kulturze dorosły staje się na nowo dzieckiem?
W rozważaniach na temat stanu kultury zachodniej, poczynionych choćby przez Zygmunta Baumana czy Neila Postmana, zaznacza się ton dość krytyczny, wskazujący na płynny, mało wyraźny charakter dzisiejszego społeczeństwa, na nieuchronny i niepokojący charakter niektórych zmian. Jedną z nich jest zanik dzieciństwa. Myśliciele ci wskazują, że obecnie kategoria dzieciństwa przestaje mieć tak duże znaczenie, jak niegdyś. Pojęcie dzieciństwa zaczęło powoli zadomawiać się w umysłowości zachodniej dzięki poglądom J.J. Rousseau. To on niestrudzenie wskazywał na dziewiczy, nieskalany charakter człowieczej natury. Społeczeństwo natomiast miało – według niego – czynić owej delikatnej i bezcennej tkance wielkie szkody. Dlatego też, argumentował, należało rozważnie pokierować procesem wchodzenia młodego człowieka w kulturę, tak aby szkód było jak najmniej, a on sam okazał się wartościowym elementem wspólnoty społeczno-kulturowo-historycznej. Od tego czasu zaczęto zwracać zdecydowanie większą uwagę na to, co małemu człowiekowi zostaje w głowie, jakie zachowania nagradzać, które natomiast wykorzeniać. Właściwe wychowanie stało się jednym z dogmatów porządku społecznego i dogmatem tym pozostawało aż do czasów narodzin społeczeństwa informacyjnego i konsumpcyjnego, kiedy to – jak można mniemać – przyszedł jego zmierzch.
W społeczeństwie informacyjnym rola jednostki jest bowiem definiowana przez szereg innych czynników aniżeli w społeczeństwie ery industrialnej. O ile tam zestaw ról w dużej mierze determinowany był przez wiek, o tyle w dobie mediów interaktywnych i Internetu sytuacja nie przedstawia się już tak jasno. Malec zasiadający przed komputerem staje się bowiem takim samym potencjalnym konsumentem informacji, jak jego rodzice. Mało tego, to właśnie młoda generacja porusza się w informacyjnym oceanie bieglej i swobodniej niż pokolenia starsze. W reklamach szybkich łącz internetowych pojawia się od pewnego czasu chłopiec w wieku ok. 10 lat, wrzeszczący na całe gardło, że żąda Internetu. Jest to zarazem i swoiste signum temporis, i niepokojące memento. Oto znak rozpoznawczy dzisiejszej technologii, Internet, zaczyna być kojarzony z jej najmłodszymi użytkownikami, przy czym nic nie stoi na przeszkodzie, by przekaz ten trafiał również do starszych odbiorców. Socjologowie wyżej wspomniani nie mieliby pewnie nic przeciwko uznaniu, że kategoria dziecka albo traci na znaczeniu, albo konsekwentnie, z każdym rokiem, znika. Myślę, że warto na ów problem spojrzeć jeszcze inaczej: być może jest wręcz odwrotnie – być może to kategoria dziecka zaczyna zakreślać coraz szersze kręgi, połykając na swojej drodze całe zastępy nie tylko młodzieży czy młodych dorosłych, ale także ludzi zupełnie dojrzałych, a nawet jeszcze starszych?





o odrze
kronika pocztówki literackie prenumerata lista mailingowa
archiwa 2001-2
archiwa 1996-8