odra.net.pl
 
> kronika > MEDIA-ANALFABETYZM CZYLI SYNDROM BIEGUNKI >
MEDIA-ANALFABETYZM CZYLI SYNDROM BIEGUNKI
Tomasz Kozłowski



Była to brutalna weryfikacja nie postawionej jeszcze wówczas tezy, że przekaźnik jest przekazem. Sformułował ją Marshall McLuhan, socjolog, wybitny badacz i znawca procesów komunikacji społecznej. Wynika z tego, że miedziany drut i zawrotna prędkość przesyłu pozytywnie wpływają na liczbę doniesień o biegunce. Owo „prawo biegunki” odbija się nam dzisiaj czkawką dotkliwiej niż kiedykolwiek wcześniej. Skutkiem czego jest niezbyt wysokiej jakości medialna papka, spreparowana z treści, przemielonych po wielokroć. Pozostaje zadać sobie pytanie, czy w czasach, gdy człowiek otoczony jest środkami przekazu cierpiącymi na „syndrom biegunki”, informujących z zastraszającą prędkością byle kogo o byle czym, umysł owego biedaka zdolny jest bronić się przed zalewem niebezpiecznie miałkich treści podawanych w mało wyrafinowanej formie. Obawiam się, że nie. A dlaczego? Ponieważ nie leży to w niczyim interesie.


NIE BĘDZIESZ KUPOWAŁ. UŻYTKUJ
Biegunka ta, choć na pierwszy rzut oka wydaje się to co najmniej dziwne, związana jest ściśle z przemianami rynkowymi. Być może zabrzmi to kontrowersyjnie, ale z punktu widzenia producentów przełomu XX i XXI wieków (nazwijmy ową erę ponowoczesną), jest to główne przykazanie, które niebezpośrednio objawili swym klientom. Zdaniem współczesnych ekonomistów, dyktat rynków opartych na tradycyjnej wymianie dóbr odchodzi do lamusa. Typowe relacje oparte o stosunki „sprzedawca-nabywca” to, według ekspertów, przeżytek. Przyszłość należy do układu „dostawca-użytkownik”. Przekładając to na język przeciętnego zjadacza chleba, praktycznie wszystko stanie się usługą, wszelkie zaś użytkowanie przypominać będzie korzystanie z abonamentu i wachlarza usług dostępnych „w pakiecie”.
Jeremy Rifkin, jeden z piewców tego rodzaju przemian, twierdzi, że są one rezultatem usieciowienia społeczeństwa. Tracą znaczenie stosunki zwierzchnictwa, bardziej zaś liczą się wzajemne relacje, nie tylko w ramach struktury jednego podmiotu, ale także pomiędzy nimi. Użytkowanie czegokolwiek rzadko kiedy sprowadza się do korzystania z jednej tylko usługi, zazwyczaj skojarzona jest ona z całą masą wszelkiego rodzaju gadżetów, dodatków, upominków, upgrade’ów, które pochodzą od całej gamy dostawców. Każdy z nich z biegiem czasu wprowadza kolejne udoskonalenia swojej oferty, co pociąga za sobą konieczność coraz szybszego dostosowywania użytkownika do wymogów narzucanych przez rynek. Najlepszym przykładem wzajemnie sprzężonych zmian jest komputer klasy PC. W przeciwieństwie do np. Macintoshów, składa się on z całej masy podzespołów wytwarzanych przez różnych producentów. Kto inny produkuje procesory, kto inny płyty główne, twarde dyski, karty graficzne, dźwiękowe, kto inny na koniec dostarcza oprogramowanie. Proces technologiczny idzie jednak naprzód, pojawia się coraz bardziej skomplikowane oprogramowanie, coraz szybsze procesory itd., które nie sprawdzają się przy starej konfiguracji. Producenci muszą się wzajemnie do siebie dostosowywać, wywierając tym samym presję na użytkowników, którzy chcąc korzystać z coraz to nowszych multimedialnych produktów, muszą kupować nowy, ewentualnie usprawniać stary sprzęt. Zmiany te są na tyle szybkie, że nie ma sensu mówić o kupowaniu komputera na dłuższy okres. Rynek przypomni nam, że pora zaopatrzyć się w coś nowszego.
Dobrem oferowanym przez rynek nie jest więc już konkretna wartość materialna, którą możemy nabyć i cieszyć się nią przez lata. Jest nią raczej dostęp do tego, co nowe i coraz nowsze. Proces ten – przekonuje Rifkin – pociąga za sobą ciekawe zjawisko. Obecnie, stając się użytkownikami, a nie nabywcami (jak miało to miejsce zupełnie niedawno) zaczynamy konsumować samo doświadczenie, które dany przedmiot/usługa zapewnia. Nowszy model samochodu to nie tyle sama możliwość przemieszczania, to przede wszystkim komfort, przyjemność jazdy nim; szybszy komputer to nie tyle podłączenie do sieci, ile lepsze wrażenia płynące z surfowania czy zabaw w cyberprzestrzeni; doskonalszy sprzęt rtv to nie tylko możliwość oglądania filmów na DVD, ale przede wszystkim coraz doskonalsza jakość obrazu, dźwięku. Rifkin przekonuje, że tym, co w dzisiejszym społeczeństwie uległo największemu rozrostowi, czy wręcz hipertrofii, jest właśnie… „przemysł dóbr kultury”. Zawierają się w nim takie działy jak film, radio, telewizja, nagrania, turystyka, centra handlowe i ośrodki rozrywki, moda, sport, gry, kuchnia, hazard, wesołe miasteczka, parki tematyczne itd. W tych sektorach zatrudnienie wzrosło w ostatnim czasie nieproporcjonalnie w stosunku do innych działów gospodarki, niezwiązanych w tzw. przemysłem emocjonalnym.


TELE-SALCESON, GDZIE OKIEM SIĘGNĄĆ
Dociekania Rifkina i jemu podobnych idą w stronę dość sceptycznej konkluzji, że mamy obecnie do czynienia z komercjalizacją wszystkich sfer kultury. Każda forma doświadczenia staje się dostępna na rynku. Tego rodzaju doświadczeniem jest również obcowanie z przemysłem medialnym, który dla społeczeństwa doby informacji ma znaczenie fundamentalne. Jeżeli zatem statystyczny Kowalski postrzegany jest przez producentów treści i form jako potencjalny konsument, sam zaś Kowalski każdą treść i formę postrzega jako potencjalne kulturalne danie, to zrozumiałe, że schlebianie jego gustom okaże się wręcz niezbywalnym paradygmatem, który nadawcy wyryją sobie złotymi literami w sercu. Im więcej takich Kowalskich, tym zadanie będzie łatwiejsze. Z pewnością nikt nie będzie łamał sobie głowy równaniem w górę i dostosowywaniem gustów większości do preferencji garstki wysublimowanych wykształciuchów, co po godzinach raczą się Bergmanem, Kubrickiem czy Kieślowskim. Tendencja będzie odwrotna. Całą rzeszę podciągnie się pod jeden mianownik, innymi słowy, poda się im na wspólnym półmisku, pod wspólnym przykryciem, potrawę, która być może do miana szczególnie wysublimowanej aspirować nie będzie, za to ucieszy prawie wszystkie podniebienia. Zamiast kawioru i szampana dla nielicznych, będą kanapki z salcesonem, za to do woli. Zagryzie się ogórkiem i basta.
Pociągnijmy ową gastronomiczną metaforę. Co stanie się z kanapkożercą, jeżeli od świtu do nocy serwować mu się będzie podobne specjały. Na okrągło. Prawdopodobne opcje to znudzenie (łagodniejsza) lub nudności (mniej łagodna). Jestem skłonny uwierzyć, że rozczarowanie i torsje pojawią się, gdy będzie się miało do czynienia z prawdziwym jedzeniem. Inaczej jednak ma się sprawa ze strawą dla umysłu, jaką jest tele-oferta. Umysł nie nudzi się na takich zasadach jak przewód pokarmowy. Jest przystosowany do tego, by zwracać uwagę na pewne bodźce i chłonąć je zapamiętale (telenowela zniewala, a nie przyprawia o mdłości, nawet po dwusetnym odcinku). W przypadku kanapek o rodowodzie medialnym bardziej prawdopodobna opcja to… przyzwyczajenie, wykreowanie medialnego nawyku. Innymi słowy, telewidz nie tyle dostanie mdłości na widok tele-salcesonu, ile zapomni, że cokolwiek poza nim istnieje. Spełnia się marzenie dystrybutorów, o których wspomina Rifkin. W dzisiejszych czasach nie daje się klientom czegoś na stałe. Lepiej na stałe ich do siebie przywiązać, podrzucając coraz to nowe kawałeczki tak, ażeby nigdy nie poczuli się syci. I taki właśnie salceson kiepskiego sortu zaczyna przebijać przez ekrany współczesnej telewizji. Przyobleczony w kolorowe, błyszczące opakowania i etykietki, zachwalany z uśmiechem i pieśnią na ustach, ale wciąż ten sam, niezmienny, marniutki, salceson. Tym, co scala jego mniejsze i większe drobiny w jedno, jest zaś pseudo-kontekst.
Tomasz Kozłowski





o odrze
kronika pocztówki literackie prenumerata lista mailingowa
archiwa 2001-2
archiwa 1996-8