publicystyka
eseje
literatura
felietony
rozmowy
nad książkami
sygnały
sztuka
recenzje
> kronika >
Widziałem najlepszych hipisów mego pokolenia
>
Widziałem najlepszych hipisów mego pokolenia
Jacek Dobrowolski
KAMIL BYŁ MOIM MŁODSZYM KOLEGĄ w ruchu hipisowskim. Dołączył doń w fazie jego pełnego rozkwitu i był świadkiem jego degeneracji. Niemniej zdążył poznać wielu jego animatorów i po latach odważył zmierzyć się z całym fenomenem hipizmu, począwszy od jego genezy w USA. Przy okazji wplótł do książki nitki swego własnego mitu biograficznego w celach autopromocyjnych.
Polski ruch hipisowski ogarnął niepokorne młodzieżowe elity inteligenckie, a więc artystyczną bohemę i studenterię oraz
outsiderów
ze środowisk robotniczych i chłopo-robotniczych z prowincji, czyli tzw. hipisowski proletariat, wędrujący na wzór znanych w rzeczpospolitej szlacheckiej tzw. ludzi luźnych, ludzi gościńca. Być może ludźmi luźnymi należałoby nazwać polskich hipisów z racji umiłowania wolności, spontaniczności zachowań i radykalnego odrzucenia wszelkiego konformizmu, jako że słowo „luz” nabrało tu w owych czasach głębszych konotacji.
Hipisom chodziło o to by „być na luzie” w przeciwieństwie do znerwicowanego społeczeństwa i spiętej, psychopatycznej władzy. Mawiało się: „wyluzuj się” oraz „luz blues”. To było to samo, co amerykańskie:
cool, beat czy hip
. Byliśmy luzakami. Nasz język ciała był inny. Unikaliśmy wszelkich napięć. W kraju, w którym mało kto się uśmiechał, częstowaliśmy wszystkich uśmiechami. To rozbrajało, ale budziło czasem irytację. Na nasz widok ludzie stukali się w czoła. Czasem myślę o nas jako o białych Cyganach. Dla kołtunów byliśmy brudasami, wariatami, anarchistami, chuliganami, sekciarzami, Cyganami i Żydami. Pamiętam babę na Bazarze Różyckiego w Warszawie krzyczącą za hipisem brodaczem: „Mojżesz! Mojżesz!” – i nie był to okrzyk zachwytu.
W PRL-u wszyscy ukrywali, co naprawdę myślą, kombinując lub konspirując. Taką postawę adaptacyjną znakomicie wyrażała piosenka z lat 50.:
Cicha woda brzegi rwie, / Jak i kiedy, kto to wie? / To tylko powiem tobie na przestrogę, / Cicha woda brzegi rwie
. W Polsce Ludowej panowała zasada „nie wychylać się”, wypisana na na dolnym obrzeżu wszystkich okien wagonów PKP.
Nicht hinauslehen. Nie wysowywatsa
– widniało tam również w językach naszych przyjaciół z NRD i ZSRR, trzymających nas w obcęgach miłosnego uścisku. Podobny wydźwięk miało powiedzenie „Nie podskakuj, nie podskakuj, siedź na d… i wciąż przytakuj”.
My, zbuntowani hipisi, manifestacyjnie, choć na luzie, łamaliśmy te ograniczenia wbijane nam od dziecka do głów i ciał, by w imię wolności zarażać nią innych. Robiliśmy to w sposób serdeczny, często dowcipny i bez stosowania przemocy. Dodawaliśmy odwagi i kierowaliśmy się szlachetnymi wartościami spontanicznie i bez celebracji. Nasze działania były (trawestując Hemingwaya) „ruchomym świętem”.
HIPISI W PRL-u
rozpoczynają się od opisu ruchu
hippie
w USA. Są w nim, niestety, poważne luki i błędy historyczne. Autor całkowicie pominął utopijne komuny religijne w XVII-wiecznej Anglii, którego mutacje rozkwitły w Ameryce, a ze współczesnych komun w Stanach wymienił zaledwie kilka. Jedna z najstarszych
hippie
komun – The Hog Farm – trwa do dziś. Amerykę tworzyły wspólnoty religijne i ten duch jest nadal żywy. W połowie XIX wieku powstało ok. 40 komun fourierowskich, a w XX wieku wiele anarchistycznych – i to na tym podglebiu kiełkowały komuny hipisowskie. Kalifornijscy hipisi-anarchiści diggersi w roku 1966 przyjęli nazwę od XVII-wiecznych angielskich prekursorów tak jak oni odrzucając własność prywatną.
Przy wzmiankach o XIX-wiecznych prekursorach ruchu, Ralphie Waldo Emersonie i Henrym Davidzie Thoreau, brakuje mi w książce wyjaśnienia, że reprezentowali oni transcendentalizm amerykański. Emerson nie był romantycznym filozofem i poetą, niczym Goethe i Schiller, jak chciałby autor, lecz właśnie transcendentalistą, reprezentantem rodzimego, autentycznego ruchu filozoficzno-mistycznego, który przeciwstawiał się purytańskiej spuściźnie. Nawiasem mówiąc, nazywanie Schillera ,,protohipisem” to nieporozumienie, równie dobrze można by tak nazwać każdego poetę z długimi włosami, sięgając do samego Orfeusza.
Wypada wspomnieć, że Thoreau był autorem genialnego dzieła
Walden, albo życie w lesie
o życiu na łonie przyrody oraz że stworzył pojęcie „nieposłuszeństwa obywatelskiego”, które tak zainspirowało Gandhiego i Martina Luther Kinga. Choć pracę magisterską o
Waldenie
… napisałem ponad 30 lat temu, nadal sądzę, iż jest to tak mądra książka, że zaglądam do niej i dziś. Ruch transcendentalistów wraz z eksperymentem pierwszej komuny w Brook Farm, o której Sipowicz wspomina, to najważniejszy rodzimy ruch prekursorski dla beatników i hipisów. Nacisk transcendentalistów na bezpośrednie poznanie prawdy, a nie na studiowanie dogmatów czy rytuałów kościelnych, oraz na życie na łonie przyrody i na kontestację władzy zainspirowały ich w ogromnej mierze. Transcendentaliści także pierwsi inspirowali się duchowością Orientu, po nich dopiero teozofowie.
Dlatego wielkim przeoczeniem jest pominięcie w książce amerykańskiego Towarzystwa Teozoficznego Heleny Bławatskiej, które zwróciło się po inspirację ku Indiom, ustanawiając w Adyar swoją siedzibę pod koniec XIX wieku. Brakuje mi też trzech wybitnych Hindusów, którzy inspirowali beatników i hipisów: mistycznego poety Rabindranatha Tagorego, Gandhiego z jego filozofią niestosowania przemocy, która tak wpłynęła na hipisów, i Krishnamurtiego, wybitnego nauczyciela medytacji bez tradycji, surowego krytyka wszelkich Kościołów i religii zorganizowanych, mieszkającego przez większość życia w Kalifornii; brakuje też libańskiego poety Khalila Gibrana, autora
Proroka
.
Już w pierwszym akapicie rozdziału
Beatnicy
roi się od błędów:
Akcja sztandarowej powieści Kerouaca
W drodze
zaczyna się w roku 1947. Rok 1947 można uznać za rok narodzin – poprzedzającego hipisów – ruchu beatników. Beatnicy pojawili się zaraz po drugiej wojnie światowej. Był to mały liczebnie ruch ludzi, którzy uważali się za przegranych tej wojny. Słowo beat można rozumieć jako: pokonany, przegrany, nieudacznik. Zarazem jednak jako: ten, kto jest uderzony przez owo tajemne To. To czy też Tao wywodzi się z dalekowschodnich praktyk duchowych i ma związek z buddyjskim czy też taoistycznym oglądem świata poza sferą przyczyn i zjawisk
.
Uff. Z tego, że Kerouac umieścił akcję swej książki w 1947 roku, bynajmniej nie wynika, że jest to rok narodzin ruchu beatników. Co prawda określenia beat dla kręgu przyjaciół użył Kerouac po raz pierwszy w 1948 roku, a pojęcie
beat generation
stworzył pisarz John Clellon Holmes i posłużył się nim w swym artykule w „New York Times Magazine” w 1952 roku, ale ruch beat jako rewolucja poetów, która stworzyła pierwszy ruch kontrkultury, narodził się dopiero w połowie lat 50., gdy Ginsberg i Kerouac przenieśli się do San Francisco. Pierwsze publiczne, legendarne czytanie poezji przez pięciu poetów
beat
z Ginsbergiem na czele, który wówczas przedstawił publicznie pierwszą część
Skowytu
, miało miejsce w Six Gallery 7.10.1955 roku. Obecny tam Lawrence Ferlinghetti zaproponował Ginsbergowi wydanie poematu, który ukazał się w roku 1956, a jego księgarnia City Light Books przygarnęła grupkę literatów. Natomiast słowo beatnik powstało dopiero w 1958 roku! Stworzył je słynny dziennikarz Herb Caen, laureat Pulitzera, który połączył słowo
beat
ze słowem sputnik(!), by podkreślić lewicowe ciągoty liderów ruchu w swym artykule w „San Francisco Chronicle” (2.04.1958).
Twierdzenie autora, że słowo
beat
jest tożsame z
tao
jest niedorzeczne. Nie rozumiem, co to znaczy być „uderzonym przez tajemne To” , które ma być „
tao
, czyli Drogą”. Kładę to na karb figlarnej homofonii to/tao. I najważniejsze: buddyjska dharma czy taoistyczne tao nie jest jakimś absolutem poza światem zjawisk, ale jest z nim tożsama.
Forma jest pustką. Pustka jest formą
– głosi
Sutra serca
(por. „Odra” 6/2008).
Autor wyjaśnia znaczenie słowa beat jako „rytm w jazzie”, a nie jako „akcentowaną część taktu czy pulsację” i podaje też inne chybione tłumaczenia: „ścięty” i „święty”, podczas gdy właściwe to: „wykończony” i „błogi” (od
beatific
), dalej: „ktoś czujący puls rytmu”, „złodziej, żebrak” i „ktoś, kto kiwa system i nie płaci za bilety”,
Poważnym przeoczeniem
Hipisów w PRL-u
jest nieopisanie twórczości i działalności poetów
beat generation
poza Allenem Ginsbergiem. Nie ma prawie nic o Garym Snyderze – znakomitym poecie odznaczonym Pulitzerem, zachodnim pionierze medytacji zen w klasztorach w Japonii w latach 50. i propagatorze duchowych praktyk indiańskich i szamańskich oraz jednym z pierwszych ekologów na świecie. Snyder był wzorem bohatera książki Jacka Kerouaca
Włóczędzy Dharmy
” Japhy Rydera. Brak też wzmianki o znakomitym liryku Gregorym Corso, autorze poematu
The Bomb
, napisanego w kształcie atomowego grzyba. Allen Ginsberg w dokumentalnym filmie
Corso – the Last Beat
powiedział:
Gregory… to poeta, od którego nauczyłem się najwięcej. Myślę, że Gregory pod wieloma względami jest poetą lepszym ode mnie
. Nie ma informacji (poza wymienieniem) o wybitnym poecie Lawrensie Ferlinghettim, drugim ojcu chrzestnych ruchu
beat
po Kenneth Rexrocie, laureacie wielu międzynarodowych nagród literackich. Nie ma również mowy o takich poetach
beat
jak Michael McClure, Philip Whalen czy Philip Lamantia.
Jacek Dobrowolski
o odrze
kronika
pocztówki literackie
prenumerata
lista mailingowa
archiwa 2001-2
archiwa 1996-8
© odra.net.pl code by
konekto.com