publicystyka
eseje
literatura
felietony
rozmowy
nad książkami
sygnały
sztuka
recenzje
> kronika >
NIE WIERZĘ HISTORYKOM, KTÓRZY TWIERDZĄ, ŻE SĄ OBIEKTYWNI
>
NIE WIERZĘ HISTORYKOM, KTÓRZY TWIERDZĄ, ŻE SĄ OBIEKTYWNI
–
Utarło się przekonanie, że po upływie dwudziestu pięciu lat od jakiegoś zdarzenia historycy są już w stanie dokładnie ustalić jego przebieg. Wtedy znika presja, by interpretować fakty w zależności od zaangażowania po którejś ze stron…
– Myślę, że dystans czasowy jest nieistotny. Oczywiście, podczas badania wydarzeń z czasów starożytnych czy średniowiecza mamy do czynienia z głównie niedoborem źródeł. Odwrotny problem pojawia się przy badaniu czasów współczesnych – tu z kolei mamy nadmierną ilość źródeł. W dodatku inflacji informacji nie zawsze towarzyszy jakość przekazu. Mimo istnienia różnych „poetyk” prowadzenia badań historycznych są jednak pewne ograniczenia: po pierwsze, żyją świadkowie tych zdarzeń i należy liczyć się z odmiennymi ich wersjami, a nawet sprostowaniami. Przed wojną Adam Próchnik pisał historię dwudziestolecia niejako na bieżąco i – choć jego praca ocierała się o publicystykę – było to opracowanie historyczne. To, co próbują robić dziś niektórzy historycy, jest działaniem podobnym – z pogranicza nauki i publicystyki. Nie zmienia to jednak faktu, że każde pokolenie pisze i będzie pisało historię niejako od początku, uwzględniając w niej zarówno własne doświadczenia, jak i katalog pytań formułowanych przez daną epokę. Stąd cezury dwudziestu pięciu czy iluś tam lat – jako znaczącej w badaniach historycznych – bym nie stawiał.
–
Mija siedemdziesiąt lat od wybuchu II wojny światowej. Mogłoby się wydawać, że wiemy o niej praktycznie wszystko. Tymczasem w prasie zachodniej – najczęściej niemieckiej, ale także angielskiej, izraelskiej oraz w Stanach Zjednoczonych – w publicystyce historycznej co jakiś czas pojawiają się doniesienia o „polskich obozach koncentracyjnych” czy „polskim Holocauście”...
– To manipulacja. Użyłbym nawet mocniejszego sformułowania: polityka historyczna uprawiana przez niektóre kraje, a raczej ich rządy. Coś takiego istnieje, mimo że próbuje się temu zaprzeczać. Relatywizacja czasów drugiej wojny światowej jest dziś potrzebna choćby Niemcom – nie mówiąc już o drugim naszym wielkim sąsiedzie, Rosji – stąd rodzą się problemy należące do sfery bieżącej polityki. Rzutuje to na sposób prowadzenia badań historycznych. Oczywiście, nie zmieni to faktów, które zostały już ustalone, ale jeśli chodzi o ich interpretację, to ciągle będziemy mieli do czynienia z próbami pokazywania czegoś od nowa albo powracania do wydarzeń, które dawno przeminęły.
–
Jedna z zasad propagandy mówi, że kłamstwo wielokrotnie powtarzane staje się prawdą. Świadomość przeciętnego obywatela oparta jest właśnie na prawdach obiegowych, czerpanych z mediów, a nie z opracowań historyków. Trudno zakładać, że niemieckie czy amerykańskie gazety piszące o „polskich obozach zagłady” nie znają faktów.
– Mam wątpliwości, czy część dziennikarzy zabierających głos na temat II wojny światowej rzeczywiście zna fakty.
–
Te publikacje pojawiały się w tak znanych tytułach, jak „Stern” czy „Der Spiegel”, a nawet w „New York Timesie”.
– W poważnych pismach ktoś jednak powinien historię znać. Chociażby redaktor kierujący danym działem. Ale nie wykluczam sytuacji, że gazety posługują się przejętymi z zewnątrz kalkami. Oczywiście, wszystko to czemuś służy. Wskazywanie na innych, oprócz Niemców, winnych Holocaustu to relatywizacja odpowiedzialności za wojnę, w Niemczech pożądana. Niektóre środowiska żydowskie – głównie w Stanach Zjednoczonych, bo w Izraelu raczej takich głosów się nie spotyka – próbują robić z Polaków nie tyle współsprawców, co wręcz sprawców zagłady Żydów. Tzw. bieżące zapotrzebowanie polityczne staje się ważniejsze niż fakty.
–
W amerykańskim filmie Holocaust wyroki w getcie wykonują żołnierze ubrani w polskie mundury. To mnie nawet specjalnie nie dziwi: wiedza Amerykanów o historii Europy stoi na wyjątkowo niskim poziomie. Ale publikacji w pismach niemieckich o polskich obozach zagłady niewiedzą wytłumaczyć się nie da.
– Robią to przede wszystkim dlatego, żeby zrelatywizować coś, co było kiedyś uznawane za ich wyłączną winę. Także projekt budowy muzeum wypędzeń służy przede wszystkim celom współczesnym. Poprawieniu miejsca Niemiec w dzisiejszej polityce europejskiej oraz – co też nie bez znaczenia – samopoczucia społeczeństwa.
–
Gdy te niby-pomyłki zaczęły się pojawiać w zachodnich mediach, politycy i historycy w Polsce nie kryli oburzenia. Wiceminister spraw zagranicznych Ryszard Schnepf zapowiedział nawet wytaczanie procesów sądowych pismom, które będą zrzucały winę za Holocaust czy obozy koncentracyjne na Polskę. Jak dotąd o żadnym takim pozwie sądowym nie słyszałem, chociaż publikacje o antypolskim wydźwięku wręcz się nasiliły.
– Nie chcę tego oceniać…
–
Mamy nie reagować na świadome fałszowanie historii?
– Powinniśmy podejmować wszelkie skuteczne kroki, również prawne. Także na Zachodzie istnieje przecież pojęcie „kłamstwa oświęcimskiego”. Łatwiej jednak ścigać jakiegoś lokalnego historyka niż dziennikarza, za którym stoi bardzo bogaty medialny koncern. Problem polega na tym, że to na razie swoista partyzantka, prowadzona głównie przez środowiska polonijne, które na własną rękę reagują w tego typu sytuacjach. Pierwszą rzeczą, jaką należałoby zrobić, jest skrupulatne monitorowanie tego typu przypadków. Należy też reagować na nie od razu, a nie dopiero wtedy, kiedy cała sprawa popada w zapomnienie. Dobrze byłoby również, gdyby udało się połączyć te działania z sensowną polityką historyczną, prowadzoną przez wyspecjalizowane instytucje czy komórki, chociażby w MSZ. Problem prawdopodobnie nie zniknąłby od razu, ale mielibyśmy większe możliwości przeciwdziałania. Pokazując naszą determinację w sytuacjach, gdy nasza przeszłość jest fałszowana.
Rozmawiał Stanisław Lejda
o odrze
kronika
pocztówki literackie
prenumerata
lista mailingowa
archiwa 2001-2
archiwa 1996-8
© odra.net.pl code by
konekto.com