publicystyka
eseje
literatura
felietony
rozmowy
nad książkami
sygnały
sztuka
recenzje
> kronika >
Manhattan z przypadku
>
Manhattan z przypadku
Jacek Ratajczak, Natalia Kopeć
Gurgaon od Delhi dzieli trzydzieści kilometrów. Dojeżdża się do niego wygodną, szeroką autostradą, z której widać ogromne biurowce. Tempo rozwoju miasta szokuje. Nawet Google Maps za nim nie nadąża. Na zdjęciach satelitarnych budynek, w którym Google ma swoją siedzibę, jeszcze nie istnieje.
–
Pamiętam, jak na początku do pracy chodziłem ścieżką przez łąkę, przecinając rozkopaną drogę. Dziś na tej samej trasie wyrosły dwa wieżowce i autostrada. A to było zaledwie dwa lata temu
– mówi Karol Krohmal, który trzy lata temu przyjechał tu na praktykę i został.
OD PUCYBUTA DO MILIONERA
–
Co widzicie?
– pyta Aditya, syn właściciela dużej firmy doradczej, spoglądając przez okno biura na ulicę, po której tłum w garniturach lawiruje między rikszami, traktorami, luksusowymi autami, placem budowy, slumsem i ludźmi śpiącymi na ulicach pospołu z krowami. –
To miejsce jest przepełnione życiem – chaotycznym, ale intensywnym jak nigdzie indziej na świecie. Wszędzie widać ogromny entuzjazm. Ludzie chodzą wyprostowani i dumni. Czują, że historia dzieje się na ich oczach.
Aditya miał rację. Amerykański sen najpełniej realizuje się dziś właśnie w Indiach. Ale to zarazem dziki kapitalizm w starym amerykańskim stylu. Prawo pracy, normy bezpieczeństwa, prawa konsumenta – to wszystko prawie nie istnieje. System socjalny też zbudowany jest na wzór amerykański – ubezpieczenia są dobrowolne, a za szkołę czy leczenie każdy płaci z własnej kieszeni. Jeśli cię nie stać, za darmo nie dostaniesz nic. Pucybuci, których tu można spotkać niemal na każdym rogu, mają małe szanse, by wskoczyć do tego pędzącego pociągu.
Cud gospodarczy Indii, oparty na sektorze IT i outsourcingu usług, to, po pierwsze, efekt niezłej (głównie prywatnej) edukacji, a po drugie – tego, że w kraju, w którym ludzie mówią kilkuset językami i dialektami, odziedziczony po kolonizatorach angielski siłą rzeczy stał się podstawowym sposobem komunikacji. Jeśli więc Chiny są fabryką świata, to Indie są jego zapleczem biurowym. To właśnie tu przenoszone są z całego świata mniej wymagające prace biurowe – informatyczne,
call centers
, analiza dokumentów.
Karol Krochmal: –
Wydajność pracy jest tu wprawdzie dużo niższa niż gdziekolwiek indziej, ale jak się płaci komuś dziesięć razy mniej, to jest to zrozumiałe.
Gurgaon to obok Mumbaju i Bangalore trzecie i najmłodsze centrum biznesu w Indiach. Millenium City – nazwali je Indusi, uwierzywszy, że stanie się dla Delhi tym, czym Pudong dla Szanghaju –wprowadzi je do grona metropolii o światowym znaczeniu. Swoje siedziby ma tu sto czterdzieści firm z listy
Fortune 500
– największych korporacji świata. Przez miasto przewija się każdego dnia ponad dwa i pół miliona osób, co oznacza, że ten „satelita Delhi” jest większa niż Warszawa.
Zaczęło się po 1991 roku, gdy Indie otworzyły swoją gospodarkę i nagle wszyscy zaczęli szukać tu biur. Znaleźli je w Gurgaonie, gdzie czekali już na nich trzej deweloperzy: DLF, Unitech i Vatica, którzy skorzystali z dobrodziejstw tzw. aktu HUDA, pozwalającego zabudowywać dawne grunty rolne w stanie Haryana. (Gurgaon, choć jest częścią NCR – National Capital Region od Delhi, administracyjnie podlega już pod sąsiedni stan). Prawdziwym gigantem stał się KP Singh, właściciel DLF, którego logo świeci na budynkach obok Oracle, Microsoftu czy Ericcsona. Wykupił niemal pół miasta i szybko stał się jednym z najbogatszych ludzi w Indiach.
Jacek Ratajczak, Natalia Kopeć
o odrze
kronika
pocztówki literackie
prenumerata
lista mailingowa
archiwa 2001-2
archiwa 1996-8
© odra.net.pl code by
konekto.com