odra.net.pl
 
> kronika > Za garść papierosów, kilka paszportów lub mieszkanie >
Za garść papierosów, kilka paszportów lub mieszkanie
Marcin Adamczak




Tę rzadką jakość zafundował nam reżyser znakomitego Wesela przy scenariuszowym współudziale nieco zapomnianego Łukasza Kośmickiego – jednego z najbardziej obiecujących operatorów lat dziewięćdziesiątych, poświęcającego się potem pracy w reklamie i okazjonalnie, w duecie ze Smarzowskim (Sezon na leszcza), scenopisarstwu.
Autorzy zręcznie przeplatają dwa plany narracyjne – rok 1978, gdy do gospodarstwa Dziabasów, szukając schronienia w deszczową noc, przybywa zootechnik Środoń, mający znaleźć zatrudnienie w pobliskim PGR-ze, oraz mroźnej zimy 1982 roku, kiedy to grupa milicjantów kierowana przez porucznika Mroza oraz w sztok pijanego prokuratora Tomalę przeprowadza wizję lokalną, mającą wyjaśnić szczegóły tragedii, do jakiej doszło cztery lata wcześniej. W materiałach promocyjnych Dom zły nazywano „polskim Fargo”, zrealizowanym „w stylu Tarantino”. Tymczasem trudno o bardziej odległe pokrewieństwa niż to, które miałoby łączyć film Smarzowskiego z braćmi Coen czy autorem Pulp fiction. Porównania te są przy tym o tyle niezręczne, że jako istotnie pokrewne można tu wskazać zupełnie inne obrazy – Na wylot Królikiewicza czy Ładunek 200 Bałabanowa (z tym filmem, opowiadających o schyłkowym okresie innego komunistycznego kraju, łączy Dom zły również bardzo podobne zawiązanie intrygi). No, ale nazwiska Królikiewicz i Bałabanow nie wyglądają na plakacie nawet w połowie tak dobrze, jak Tarantino i Coen.
W Domu złym imponuje zwłaszcza część poświęcona milicyjnej wizji lokalnej z 1982 roku i niezwykle subtelnie przedstawiona tam intryga. Wszystko dzieje się poza kadrem lub w dalekim jego planie, niejako z boku, na marginesie, obok pozornie głównego biegu akcji rozgrywają się sprawy dla przedstawianych wydarzeń kluczowe. Mistrzowska dyskrecja kamery przywodzi tu na myśl Kontrakt rysownika i Nocną straż Greenawaya, poza tym, że kamera nie portretuje tu estetycznego świata angielskiej prowincji XVII wieku czy przestrzeni Rembrandtowskich malowideł, lecz polską prowincję okresu stanu wojennego.
To Polska okrutnie brzydka i kompletnie zapijaczona. Piją wszyscy, na potęgę, w domu i w pracy – milicjanci, prokurator, lokalny kacyk. Być może, by się znieczulić, a być może po prostu z nudy i przyzwyczajenia. Jedynym, który się wyłamuje (do czasu), jest porucznik Mróz. Nie dlatego, że nie lubi – przeszkadza mu esperal. To kraj upodlony i podzielony, choć bez klarownej linii dzielącej zdrajców i bohaterów. Kraj, w którym tłum zdegenerowanych, interesownych ludzi, gotowych zrobić wszystko za kilka papierosów, krzyczy: Solidarność, solidarność!!! (scena kilkanaście lat wcześniej mogąca mieć podobne znacznie jak Janek Wiśniewski padł… u Pasikowskiego), lokalny partyjny bonza słucha w czarnej wołdze piosenki Spytaj milicjanta Dezertera, a proboszcz handluje polonezami, bo ma dojścia w Polmozbycie. Kraj do bólu patriarchalny, w którym żona Dziabasa w czasie męskiej libacji może jedynie szybko rosołu nagotować i mocnej kawy zrobić, takiej, żeby gościowi smakowała. Celnie wykpiwający męską obyczajowość obraz fraternizowania się przy morzu wódki, jakie wypijają Dziabas i Środoń, kiedy to nieznający się wcześniej Zdzisław i Edward stają się „Zdzisieczkiem” i „Edziuchną”, by następnie połączyć siły i podzielić role w polowaniu na lisa panoszącego się po zagrodzie, należy zresztą do najlepszych komediowych elementów filmu, w którym groteska z ducha wcześniejszego Wesela znakomicie kontrapunktuje mroczny nastrój całości.
Dom zły jest filmem dwóch bohaterów – Środonia i Mroza; każdy z nich zdaje się w pośredni i niebanalny sposób symbolizować społeczny krajobraz właściwy owym dwóm przeplatającym się planom narracyjnym 1978 i 1982 roku. Zrekonstruowana w pierwszych scenach przeszłość zootechnika Środonia jawi się jako szczęśliwy żywot człowieka epoki gierkowskiej, mającego podobne marzenia, cele i wartości, jak Antek Gralak, bohater Spokoju Kieślowskiego, zwierzający się koledze: Kobieta, dzieci, własny kąt. Obiad zawsze w domu, żadne stołówy, żadne bary mleczne, nic (…) Ja więcej nie potrzebuję. Pieniądze oddaję żonie, sobie tylko na papierosy. Robota, po robocie do domu, dzieciaki do lekcji. Telewizja, pierwszy, drugi program, wszystko będę oglądał. W życie Środonia wkracza jednak przypadek: niespodziewana śmierć małżonki, a potem feralna wizyta w zagrodzie Dziabasów. Spokojna egzystencja w PGR-ze nad jeziorem, gdzie jest zapoznana wcześniej żona i jest chałupa, egzystencja okraszona odrobiną wódki, dwoma programami telewizyjnymi, ciepłą zupą i Malowanym dzbankiem Vondráčkovej staje się niemożliwa.
Podobnie jak niemożliwa okazuje się „szczęśliwość” epoki Gierka. Filmową egzemplifikacją jej schyłku jest głucha prowincja 1978 roku – ciemna, zabagniona i zalana deszczem, napędzana materialnymi pragnieniami, których szczytem jest kolorowy telewizor, polonez i otwarcie własnej bimbrowni. Rok 1982 przedstawia już Polskę przykrytą śniegiem i skutą lodem, ściętą oczyszczającymi być może polarnymi temperaturami, jakby zgodnie z wołaniem zamglony świat niech zetnie mróz. Przewrotność autorów scenariusza sprawia, że heroiczna rola w tym otoczeniu przypada nie gawiedzi okaleczonych ludzi skandujących Solidarność, Solidarność czy proboszczowi, przed którym silniki polonezów nie mają żadnych tajemnic, lecz prowincjonalnemu milicjantowi, mającymi najwyraźniej kłopoty z wieloma przykazaniami, przede wszystkim z szóstym. To on zdobywa się na gest odmowy, na wykrzyczenie: „Nie!”, gdy wystarczyło tylko złożyć doniesienie na niesfornego podopiecznego i nie wnikać w lokalne przekręty, a byłby i awans, i przeprowadzka do stolicy, i mieszkania, i atrakcyjna kochanka. Mróz zdobywa się na ów heroiczny gest, gdy dowiaduje się, że żyje w świecie, w którym wszyscy donoszą na wszystkich, w którym nawet jego przyjaciele i podwładni za kilka paszportów lub mieszkanie gotowi są do najpodlejszej zdrady i najdalej posuniętego serwilizmu. Za gest heroicznej odmowy Mróz, zgodnie z przewidywaniami poety, nagrodzony zostaje zabójstwem na śmietniku.
Jan Patočka w jednym ze swych ostatnich tekstów przywoływał opowiadanie Dostojewskiego, w którym jeden zły człowiek z grzesznego świata przeniesiony na planetę ludzi czystych i niewinnych zaraża grzechem cały glob i czyni zeń drugą Ziemię. Czeski filozof w owej wypowiedzi, broniącej muzyków dwóch rockowych zespołów przez represjami ze strony władz, opisuje tę sytuację, zastanawiając się, czy w zepsutym do cna społeczeństwie możliwy jest proces odwrotny, dziejący się za sprawą kilku ludzi zdobywających się na gest sprzeciwu. Zastanawia się, jak zachowają się w sytuacji: kiedy cały otaczający ich świat (…) będzie próbował groźbami, obietnicami, koniecznością pracowania na własny chleb, na własną przyszłość, a zapewne i dla swoich kochanych, i dla innych, przeciągnąć ich na swoją stronę? (tłum. Tomasz Polak).
Czy zdołają odnowić życie społeczności zła i zamętu, gdy rozpocząć na nowo znaczy na pierwszym miejscu: odmawiać, odmawiać po części albo całkowicie. Porucznik Mróz zdołał „odmówić całkowicie”, choć bynajmniej nie doprowadziło go to do możliwości „rozpoczęcia na nowo”. W skutym lodem świecie Domu złego pozostały jednak jakieś cząstki jego postawy – w najprawdopodobniej szczęśliwie uciekającym Środoniu, w umożliwiającym tę ucieczkę podwładnym milicjanta, w którym nieoczekiwanie również budzi się sumienie i niezgoda, w kochance porucznika – matce rodzącego się właśnie dziecka. Być może to tego rodzaju pierwiastki, kiełkujące, gdy zamglony świat ściął już mróz, przeobraziły „dom zły” w choć na tyle lepszy, by garść papierosów, parę polonezów, kilka paszportów i mieszkanie nie były już wszystkim, co wystarcza do władzy nad nim.
Marcin Adamczak





o odrze
kronika pocztówki literackie prenumerata lista mailingowa
archiwa 2001-2
archiwa 1996-8