odra.net.pl
 
> Publicystyka > POPNATURA I MASOWA NUDA >
POPNATURA I MASOWA NUDA
TOMASZ KOZŁOWSKI
Społeczeństwa Zachodu niedawno wkroczyły w nowy etap rozwoju. Przed nami wiek XXI i tak naprawdę nikt nie wie, co może nas czekać. To niezwykłe, ale przez zaledwie dwa tysiące lat, a nawet przez ostatnie 300, rodzaj ludzki zdołał osiągnąć więcej niż przez 99 proc. czasu, jaki upłynął od naszego pojawienia się na planecie Ziemia. Jared Diamond i Alfred Crosby w swych pracach nieustannie podkreślają znaczenie mnóstwa czynników, które zadecydowały o przygniatającej przewadze świata Zachodu nad resztą ludzkości. Rolnictwo, śmiertelne choroby, maszyny, stal, odkrycia geograficzne – cały ten niemal niepowtarzalny ciąg przyczynowo-skutkowy, wzajemnie napędzający się kołowrotek wzajemnych sprzężeń w końcu doprowadził do tego, że, chcąc nie chcąc, to barberowski McŚwiat dominuje i dyktuje reszcie planety swoje warunki.
Od jakichś czterdziestu lat ludzie spod znaku hamburgera, aerozolu i wirtualnej rzeczywistości przeżywają coś, co nazywają społeczeństwem konsumpcyjnym. W społeczeństwie konsumpcji konsumuje się nie tylko jedzenie: konsumuje się teksty, sztukę, muzykę, rozrywkę, film. Znaczenia nabiera także przekaz. Jego istotą jest informacja i dlatego też mówi się nie tylko o społeczeństwie konsumpcyjnym, ale także o informacyjnym. W tego rodzaju społeczeństwie możliwa jest w zasadzie konsumpcja towarów z dwóch kategorii: są nimi rozrywka i informacja. Danie z każdej z nich, pomimo faktu, że zwykle przyrządzone inaczej, i tak służy temu samemu: przyciągnięciu na pewien czas uwagi, zabiciu nudy, która zaczyna przejawiać się na najróżniejsze sposoby, o czym świadczy to, że popyt na rozrywkę i informację nigdy nie spada. Pytanie, czy do nudy na taką skalę musiało dojść? Jak sądzę – musiało. Ów esej jest próbą wyjaśnienia, dlaczego.
Kultura, w jakiej przyszło nam żyć, delikatnie mówiąc, różni się od środowiska, od którego jesteśmy doskonale dostosowani. Ludzie jako gatunek stworzeni są do życia w małych, kilkudziesięcioosobowych grupach – np. łowców i zbieraczy koczujących na sawannach Afryki. Jesteśmy trochę bardziej inteligentnym gatunkiem naczelnych, który miał to szczęście, że był na właściwym miejscu we właściwym czasie. W zawrotnym tempie rozwinęliśmy cywilizację, która nawet nie zauważyła, że wzięła sporo autostopowiczów – nasze ewolucyjnie ukształtowane mechanizmy, instynkty i predyspozycje. W związku z tym pojawia się problem, czy kultura, jaką człowiek stworzył i która wydaje się już żyć swoim życiem, może stanowić dobrą alternatywę dla wcześniejszego „stanu naturalnego”. Niewątpliwie powinna, jeśli w ogóle marzy nam się jakkolwiek rozumiane „szczęście”. Ale twierdzenie, że człowiek z powodzeniem poradzi sobie z natłokiem informacji, jaki na niego spada, jest, najłagodniej mówiąc, pochopne i dlatego warto się przez chwilę zastanowić, czy świat, w jakim przyszło nam obecnie żyć, stanie się dla nas Rajem Odzyskanym. Nie rajem dla wybranych, ale rajem dla wszystkich.

KRÓTKA HISTORIA SJESTY

Nie byłoby jednak nudy, gdyby nie czas wolny. Nie ulega wątpliwości, że każdy normalny człowiek lubi się pobyczyć w cieniu na hamaku, choć cały rok na hamaku byłby koszmarem. Nie przeszkadza to jednak tęsknić podczas pracy od rana do nocy za kilkoma dniami urlopu. W skrytości ducha przeklinamy czasy, w jakich przyszło nam żyć. Tęsknimy za złotym wiekiem, kiedy po lasach hasano bez bielizny, gdy żywność biegała w obfitości po trawiastych sawannach lub rosła na krzewach. Idealizujemy naturalne środowisko naszych antenatów, zapominając jednocześnie, że tak umiłowany przez nas czas wolny narodził się stosunkowo niedawno. Wcześniej nasi praprzodkowie zmuszeni byli codziennie pokonywać kilkanaście kilometrów w poszukiwaniu czegoś do jedzenia; panowie biegali z zaostrzonymi na sztorc drągami, panie, z nosami przy ziemi, szukały jagód i grzybów. Ogólnie nie wyglądało to zbyt sielsko. Walka o przetrwanie odbywała się od świtu do zmierzchu.
Diamond przekonuje, że do „wielkiego skoku”, który w efekcie doprowadził do przyśpieszonej ewolucji kulturowej, doszło razem z narodzinami języka, a niedługo potem – rolnictwa. Prości łowcy i zbieracze zamienili się w osiadłych, wytrawnych pasterzy i rolników. Zaczęto uprawiać ziemię, co pozwalało nie tylko na skuteczne wyżywienie ludności, ale także doprowadziło do społecznej stratyfikacji. Byli bowiem tacy, jak to zwykle w życiu bywa, którzy zyskiwali na tym więcej od innych. Ci, którym lepiej się wiodło, mogli zacząć gromadzić dobra, czyli po prostu bogacić się. Bogactwo pozwalało na udział we władzy i tak dalej... Krótko mówiąc, tak właśnie powstał podział na tych, którzy stoją wyżej od reszty, i na tych, którzy muszą im służyć. Różnica pomiędzy nimi przejawiała się również w tym, że oprócz nagromadzonych dóbr pierwsi dysponowali czymś, co nigdy wcześniej w historii naturalnej człowieka nie miało miejsca. Dysponowali czasem wolnym. Czasem, którego nasza natura nie przewidziała.
To przede wszystkim czas wolny spłynął na nas jak błogosławieństwo i pozwolił zająć się „w pełnym wymiarze godzin” tym, co, zdaniem niektórych przynajmniej, czyni z nas ludzi: intensywnym rozwojem zaawansowanej kultury. Pierwsze kroki zaczęła stawiać nauka, technologia, potem medycyna. Udomowienie roślin i zwierząt pozwoliło na jeszcze bardziej zdecydowany rozwój rolnictwa, to zaś doprowadziło do zwiększonego przyrostu naturalnego. Obecnie jesteśmy na bardzo zaawansowanym etapie rozwoju społecznego, a nie byłoby to możliwe bez czasu wolnego. Czasu, w którym z definicji nic się nie robi, w którym nawet odpoczywać nie trzeba. Czasu, w którym, paradoksalnie, trzeba coś robić, żeby nie zaziewać się na śmierć.

NIESZCZĘSNY DAR WOLNEGO

Rozwój technologii pozwolił na zmniejszenie ilości godzin, które każdy musi przepracować i uczynił pracę bardziej znośną. Rolnik miast zaprzęgać do brony żonę, może wsiąść na traktor i uwinąć się z robotą szybciej i dokładniej. Robotnik w fabryce wciska guzik, resztę robią maszyny i roboty. Czas wolny nie musi więc być przeznaczony od początku do końca na odpoczynek, bo rzadko bywamy aż tak zmęczeni. Na zdobywanie jedzenia również nie trzeba tracić godzin, które kiedyś konieczne były, żeby wrócić do groty z mamutem. Idziemy do sklepu. Czas wolny przysługuje każdemu, nie tylko w postaci błogiego nicnierobienia po pracy, ale także jako dłuższy urlop.
Moja teza jest następująca: żyjemy w czasach, kiedy ilość wolnego czasu przestała być drogim luksusem zarezerwowanym dla bogaczy, a stała się oczywistością, która niejako z konieczności jest dostępna dla wszystkich. Tak jak ideałem piękna w dawnej Europie była kobieta o jasnej karnacji (czyli taka, która nie musi w pocie czoła, w słońcu, harować na roli), tak teraz większym uznaniem cieszą się nie ci, którzy mają wolny czas, bo mają go wszyscy, ale ci, którzy potrafią z niego korzystać, i to najlepiej w wyrafinowany sposób. Przykładów nie trzeba szukać daleko: na randce mężczyzna pragnie zrobić wrażenie na partnerce, a każda randka jest demonstracją formy konsumpcji czasu wolnego, na jaką go stać (bardziej zaimponuje wybrance, jeśli zamiast zwykłego cheeseburgera z majonezem postawi jej wykwintną kolację i zapłaci skrzypkowi, żeby poskrzypiał jej nad uchem).
Ale wnioski płynące z tezy, że czas wolny jest obecnie normą, nie ograniczają się tylko do stwierdzenia, iż sposoby konsumpcji wyznaczają nasz status. Samo istnienie czasu wolnego w takim wymiarze, jaki obserwujemy dzisiaj, każe postawić pytanie, czy jako ludzkość damy sobie radę z udźwignięciem tego ciężaru. Futurystyczne marzenia o raju na ziemi i niezmąconej szczęśliwości pozbawione są najbardziej istotnego elementu: odpowiedzi na pytanie, co w takim raju robić (taniec, jedzenie owoców i głaskanie lwów znudziłyby się po góra trzech tygodniach)?

ŚWIADOMOŚĆ, SAMOŚWIADOMOŚĆ
I ZNUDZONA MAŁPA
W TROCHĘ LEPSZYM zoo


Natura nie pozwala na nudę. Nie dopuszcza nawet takiej możliwości. Każde zwierzę, które obdarzone jest choćby najprostszą formą umysłu, musi odbierać dane z zewnątrz i przetwarzać je do swoich potrzeb. Z reguły są to dane niezbędne do przeżycia. Każda sytuacja jest inna, każda wymaga odpowiedniej analizy i odpowiedzi w postaci działania. Nie można pozwolić sobie na stratę czasu w żaden sposób. Nie sposób sobie nawet wyobrazić zwierzęcia, które trwoni czas. Trzeba szukać jedzenia i jeść, unikać drapieżników, szukać partnera do rozrodu, opiekować się dziećmi i tak dalej... Zwierzątka, innymi słowy, mają pełne łapy (kopyta? racice?) roboty. Zwierzę, które przeznacza swój czas na leniuchowanie albo padnie wkrótce z głodu, albo nie zdąży się na czas rozmnożyć, albo jego małe padną z głodu, albo nasyci żołądek drapieżnika. Nie ma możliwości nudy. Zwierzęta nie mogą (i generalnie nie potrafią) się nudzić. Tylko Homo sapiens tak ciężko zaczął się nudzić, że z tego wszystkiego musiał wymyślić rozrywkę (spróbujmy wyobrazić sobie świat bez rozrywki!).
Jednak w zamierzchłych czasach, również Homo sapiens nie miał czasu na nudzenie się. Nieustanne polowania, zbieranie jagódek, przenoszenie z miejsca na miejsce, rywalizacja o kobiety, walka z innymi plemionami... Współczesna kultura, a konkretnie technologia, z powodzeniem wyeliminowała z naszej niszy ekologicznej wszystko, co opatrzone było nalepką „wróg naturalny”. (Do tej kategorii zaliczają się również bakterie i wirusy, które co prawda stale są obecne, jednak pomijam je z tego względu, że nawet nie nudząc się człowiek nie zauważyłby ich obecności).
By zrozumieć, czemu w obecnych czasach nuda stała się tak trudna do usunięcia, niezbędne jest skupienie się przez chwilę na szczegółach budowy umysłu, który ją w ogóle umożliwia. Człowiek na drodze ewolucji swojego umysłu, prócz niezliczonej liczby wszelkiego rodzaju mechanizmów i modułów, wykształcił również coś, co stało się warunkiem koniecznym nudy: samoświadomość. Zwierzęta nie potrafią się nudzić, ponieważ nie są samoświadome (pomijam szympansy, które, moim zdaniem, są jedynym gatunkiem zwierząt, z wyjątkiem człowieka, zdolnym się nudzić). Zdaniem badaczy umysłu niewiele zwierząt obdarzonych jest nawet świadomością, jednak większość ssaków prawdopodobnie doświadczyła tego zaszczytu. Gerald Edelman, biochemik i neurofizjolog, udowadnia, że (w skrócie) różnica pomiędzy samoświadomością a świadomością polega na tym, że ta pierwsza, prócz uwagi, do funkcjonowania potrzebuje również pamięci. Ta druga natomiast – tylko uwagi. Dlatego też gdybyśmy byli bytami „tylko” świadomymi, jak większość ssaków, każda sytuacja, nawet ta sama, zawsze byłaby nowa. Potrafilibyśmy „wyłapać” z niej mnóstwo szczegółów, które w jakiś sposób są nam potrzebne (i do wyłapywania których faktycznie służy świadomość), ale umknęłoby naszej uwadze, że sytuacja ta trwa już od dłuższego czasu. Zdaniem Edelmana, świadomość jest jak reflektor, który oświetla tylko część świata, z którym się stykamy. Reszta bezpowrotnie nam umyka. Dlatego „tylko” świadomy byt musi nieustannie przerzucać swoją uwagę z jednego miejsca na drugie, jeśli pragnie być dobrze poinformowany. Pamięć, która pojawia się wraz z samoświadomością, pozwala zrozumieć, że sytuacja, w której się znajdujemy, jest względnie stała i że jest całością, której my sami jesteśmy także elementem. To dzięki pamięci i świadomemu dostępowi do niej wiemy, kiedy coś się powtarza, czego możemy się spodziewać itd. Samoświadomość zapewnia nam możliwość świadomej nauki. To dzięki pamięci i samoświadomości rozumiemy, że sytuacja, w której się znaleźliśmy, nie jest groźna, że nie zaskoczy nas ona obecnością drapieżnika. A że z reguły sytuacja taka w przyrodzie będącej źródłem wielu niebezpieczeństw jest rzadkim luksusem, nasz umysł nie jest jeszcze do niej odpowiednio przystosowany. Zaczyna się nudzić, bo nie ma nic innego do roboty. I tak jest właśnie dzisiaj: nie ma naturalnych niebezpieczeństw, jedzenie jest, dzieci w szkole, nuda. Popkultura i kultura masowa jest po to, by nam ten nudny czas wypełnić.
Patologiczne sytuacje, w jakie obfituje zoo, pozwalają na zaobserwowanie nudy u szympansów. Zwierzęta te, z braku naturalnych wrogów, braku konieczności poszukiwania jedzenia i partnera, zaczynają robić wiele bezsensownych czynności, np. wymiotują tylko po to, żeby wymiociny zlizywać. Trudno to wyjaśnić inaczej niż przez nudę i brak jakiejkolwiek „innej lepszej roboty”. (Jak się okazuje, telewizor może służyć pomocą, bo małpki lubią oglądać filmy. Telewizja zabija nawet małpią nudę! Niestety, w normalnym zoo małpki raczej nie mogą liczyć na podłączenie kablówki).
Być może jest to straszna wizja, ale obecne społeczeństwo ze swoją masową rozrywką jest dla ludzi trochę lepszym zoo. Zoo, bo zmusza do życia w nienaturalnych warunkach, trochę lepszym, bo z nudą stara się walczyć na wszelkie możliwe sposoby.

APETYT NA BODŹCE

Wolny czas, który sami sobie sprezentowaliśmy i z którym musimy sobie jakoś poradzić, zmusza nas do poszukiwania rozrywki, z której kultura konsumpcji słynie. Śmiem twierdzić, że w pewnych (jeśli nie w większości) formach rozrywki ewidentnie można dostrzec dążenie do skutecznego „włączenia” ewolucyjnie wykształconych mechanizmów. Rozrywką, krótko mówiąc, często staje się to, czego w kulturalny (bo przecież nie „naturalny”) sposób zostaliśmy niejako pozbawieni: bodźce, które aktywują nasze wrodzone popędy, które na co dzień pozostają w uśpieniu, co przyczynia się do zjawiska globalnej nudy. Tego rodzaju zabiegi „odnudzania na ewolucyjną modłę” można zauważyć dosłownie wszędzie. Potrzeba rywalizacji na przykład, która wcześniej decydowała o miejscu w grupie (stadzie), dzisiaj, kiedy miejsce zostaje człowiekowi przypisane, a perspektywa awansu nie zależy od tego, czy pobijemy szefa (np. na rękę), realizowana jest masowo w zrytualizowany i niegroźny sposób: przez sport i teleturnieje. Zarówno uczestnictwo, jak i bierne przyglądanie dostarczają nam tajemniczego dreszczu pierwotnej ekscytacji. Po jednej i po drugiej stronie szklanego ekranu adrenalina nie pozostaje bez znaczenia.
Jeszcze ciekawszym sposobem walki z masową nudą, korzystającej przy okazji z ewolucyjnego bagażu, są formy spędzania wolnego czasu, które z założenia mają przypominać, choć odrobinę, niegdysiejszą „walkę o byt”. Tryumfy święci agroturystyka. Tysiące rodzin nagle marzy o pozostawieniu ich w martwej głuszy, w nadgnitej chatce, ale z paleniskiem, by choć przez chwilę posmakować „uroków” życia w zgodzie z naturą. W jeszcze bardziej przewrotny sposób z naturą pragną się godzić myśliwi, którzy, choć z dobrze zaopatrzoną lodówką w domu, wolą hasać po borach i lasach za rogacizną. Mają prócz tego szereg obrzędów, obyczajów łowieckich i, nie waham się użyć tego słowa, wierzeń. Zabitą zwierzynę darzą honorem i czcią niczym północnoamerykańscy Indianie. Dla antropologa z innej planety są zapewne zacofańcami, bo jeśli, by coś zjeść, wolą polować, choć tuż przed lasem stoi rozświetlony neonami hipermarket... Polowanie zresztą nie jest najlepszym przykładem, gdyż towarzyszy ludziom kultury zachodniej od dawna. Lepszy w tym wypadku jest sport ekstremalny. Chęć zmierzenia się z żywiołem – to jest to! Niebezpieczne spływy kajakowe i ciągłe nimi zainteresowanie dobrze to obrazują.

Z kolei popularny ostatnio paint-ball zapewnia zdrową porcję bezpiecznego wyładowania agresji i poczucia grupowej więzi ze sprzymierzeńcami. Legalny, codzienny „wyścig szczurów”, choć również będący przejawem rywalizacji, najwyraźniej nie wystarcza. Wolny czas bywa często przeznaczany na rywalizację najbardziej naturalną z możliwych: walkę wręcz z dosłowną eliminacją przeciwnika w starciu. Zew krwi, chciałoby się rzec. O stopniu znudzenia w naszej kulturze najlepiej jednak świadczą nie polowania i sporty ekstremalne, ale dyscypliny, które wystawiają nasz instynktowny strach przed śmiercią na prawdziwą próbę bungee-jumping, spadochroniarstwo i inne tego typu atrakcje. Nierzadko również co zamożniejsi członkowie „zachodniej populacji” mają ochotę niemal na własnej skórze poczuć oddech dzikiej przyrody, jej bliskość, potęgę i niebezpieczeństwo. Bez tej potrzeby firmy trudniące się organizacją samochodowych safari bez wątpienia zbankrutowałyby. Dla mniej zamożnych również powstają podobne atrakcje, oparte na pobudzaniu dokładnie tych samych mechanizmów. „Dreszczy dla ubogich” skutecznie dostarczają np. wagoniki do jaskiń strachów w wesołych miasteczkach...
Wniosek z tych rozważań jest następujący: pomimo faktu, że rozwój kulturowy zabrnął tak daleko, atawistycznych potrzeb nie dało się ominąć, wytępić, a to, co wcześniej było dla gatunku Homo sapiens codziennością, w dzisiejszych czasach stało się rozrywką. Rozrywką, która jest odpowiedzią na zataczający coraz szersze kręgi syndrom znudzenia. Widzę w tej chwili Maxa Paradysa, 33 proc. męskiej populacji z filmu Seksmisja, który z ironicznym uśmiechem stwierdza: Natury się nie da oszukać. Tęsknota za nią widoczna jest dziś na każdym kroku i jest to ogromne niebezpieczeństwo, ponieważ nikt nie zagwarantuje, że dzisiejsza kultura pozwoli skutecznie wypełnić pustkę, jaka pojawiła się z nastaniem ery rolnictwa, czyli pustkę czasu wolnego. Innymi słowy, bez względu na to, jak dalece szczycić się będziemy tym, że stworzyliśmy tak zaawansowaną kulturę, nie możemy zapominać o swojej naturze, która ciągle do nas woła, która bezlitośnie sprawia, że się nudzimy.

SZUM

Często w naukowych rozprawach traktujących o kondycji społeczeństw zachodnich spotkać się można z pojęciem rewolucji informatycznej albo częściej społeczeństwa informatycznego. Bez wątpienia oba te zjawiska występują obecnie i w dużym stopniu wpływają na nasze życie. Niewątpliwie również nie miałyby one miejsca, gdyby nie rewolucja technologiczna, która umożliwiła rozwój multimediów i internetu, wprowadziła możliwość ekspresowego przesyłania olbrzymich ilości tekstu oraz zapewniła praktycznie stały dostęp do wszelkiego rodzaju źródeł informacji. Pomimo faktu, że tzw. społeczeństwo informatyczne może jawić się jako fenomen i cud techniki, tak naprawdę ono również nie jest niczym więcej niż zaawansowaną technologicznie odpowiedzią na ewolucyjnie ukształtowane potrzeby.
Pomijając oczywisty fakt, że internet zapewnia nam cyfrowy odpowiednik paint-balla i stały dostęp do erotycznych stron, jest on przede wszystkim kopalnią informacji. A należy podkreślić, że wraz z narodzinami języka lub też oddzieleniem się słowa od świata symboliczna informacja stała się głównym sposobem komunikacji. Człowiek z racji, że w naturalny sposób zaprogramowany jest do wytworzenia i nabywania języka, w tak samo naturalny sposób przystosowany jest do odbierania informacji, mało tego, również do poszukiwania ich. Społeczeństwo informatyczne ten informacyjny apetyt stara się na wszelkie sposoby zaspokoić.

Społeczeństwo informatyczne, jak sądzę, jest uzależnione od dwóch czynników. Nie tylko musi szczycić się zaawansowaną technologią, ale również musi być dość pokaźne pod względem czysto przestrzennym. Jak dowodzi Steven Pinker, liczba informacji, którą można wytworzyć, jest przeogromna, a posiąść choćby mgliste pojęcie o ich liczbie można jedynie za pomocą kombinatoryki. Jednak aby powstała ogromna liczba informacji, potrzeba również sporej liczby faktów, których informacje dotyczą. Innymi słowy, nie poczujemy się przemęczeni ciężarem informacji, jeśli będziemy członkami małego plemienia gdzieś na Nowej Gwinei, nawet jeśli będziemy umieli posługiwać się laptopem. Nie ma takiej możliwości, ponieważ z oczywistych względów w małej wiosce z reguły dzieje się mniej niż w społeczeństwie czterdziestu milionów ludzi, które ma swoją gospodarkę, politykę zagraniczną, dziurę budżetową itd. Potrzeba informacji u członków tego społeczeństwa pozostaje jednak ta sama, co u nowogwinejskich wieśniaków. W świecie ludzi, w odróżnieniu od reszty świata ożywionego, przeżycie nie zależy (jedynie) od słuchania instynktów i poddawania się odruchom. „Przeżyć” to również „wiedzieć”. Wiedzieć, czego można się spodziewać po koledze, wiedzieć, kto za tym stoi, wiedzieć, czego można oczekiwać, wiedzieć, kto z kim i za ile, wiedzieć, na co nas stać, wiedzieć, by manipulować, wiedzieć, by cokolwiek skutecznie planować. Te zasady stosują się i do społeczeństw łowców i zbieraczy, i do członków społeczeństwa ery informacji. Różnica polega jedynie na złożoności życia. Im więcej sfer, w których się obracamy i od których de facto zależy nasza egzystencja, tym większa ilość niezbędnych informacji. Tym samym, społeczeństwo informatyczne to nie wybór, to konieczność. Nawet jaskiniowiec szybko zrozumiałby, że przetrwanie w naszym systemie społecznym zależy przede wszystkim od przyswajania i równocześnie od umiejętności skutecznego wyszukiwania terabajtów informacji dziennie. I dałby sobie z tym świetnie radę.

(POP)KULTURA vs. (POP)NATURA

W tym momencie pojawia się nieuniknione pytanie, czy popkultura jest, jak to zwykło się mówić, „zgodna” z naturą ludzką, czy też, cokolwiek by to miało znaczyć, jest z tą naturą sprzeczna? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, tak samo jak trudno jednoznacznie zdefiniować pojęcie ludzkiej natury. Jeśli za kryterium zgodności z naturą ludzką uznamy samo trwanie popkultury, to niewątpliwie jest ona z naszą naturą zgodna. Jednak tego rodzaju kryteria są rażąco niekompletne, ponieważ istnieje wiele innych zjawisk, które w naszej kulturze występują i mogą świadczyć o jej ułomnościach. Jednym z takich braków jest fakt, że jesteśmy popkulturą znudzeni. Drugim, że jesteśmy nią zmęczeni. Z czysto ewolucyjnego punktu widzenia te dwa „defekty” powinny wystarczyć, żeby popkulturę jako, jakkolwiek by było, strategię przetrwania, wyeliminować z ewolucyjnego wyścigu. Dawkins w sztandarowej książce Samolubny gen posługuje się pojęciem strategii ewolucyjnie stabilnej, jako tej, która zapewnia populacji przetrwanie. Czy współczesne zachodnie społeczeństwo jest ewolucyjnie stabilne, czy może raczej stacza się w przepaść?
Moja odpowiedź jest następująca: strategia ta ma wszelkie podstawy, by stać się ewolucyjnie stabilną. Usilnie stara się wyjść naprzeciw potrzebom natury ludzkiej i, w miarę możliwości, zapełnić pustkę wolnego czasu. Jej słabym punktem jest człowiek jako biologiczna istota, za którą popkultura nie nadąża. Człowiek jest stworzeniem, które szybko się uczy. Za szybko. Każda rozrywka jest rozrywką tylko przez jakiś czas. Nawet najlepszy kawał nie śmieszy wiecznie. I to jest problem. Natura, w przeciwieństwie do kultury, nie jest przewidywalna. W naszym naturalnym środowisku nie było miejsca na nudę, tylko na nieprzerwaną walkę o byt. Obecnie system opieki społecznej walkę o byt zepchnął, o ironio, w niebyt. Dosłowna walka o byt zamieniła się w sjestę. Problemem jest to, że za szybko zaczynamy się popkulturą nudzić. Zawsze wiemy, czym nas zaskoczy i, tak jak wyświechtany kawał, przestaje nas ona śmieszyć. Jest to cecha naszej umysłowej konstrukcji. Dlatego też zawsze w cenie była i będzie nowość i nieprzewidywalność. Rozwiązaniem byłoby zastąpienie ludzkiej natury jej popularnym odpowiednikiem – popnaturą i sprawienie, by ludzie w nieskończoność czerpali przyjemność z teleturniejów, sportów ekstremalnych, reality shows, paint-ballu, agroturystyki, multimediów... Ale tak nie będzie. Popnatury nie ma i, wszystko na to wskazuje, jeszcze przez długi czas nie będzie.

Może zabrzmi to smutno, ale wydaje mi się, że nie ma na masową nudę stosownego antidotum. Żyjemy w społeczeństwie, w którym czas wolny przestał być cenną wartością, a stał się fantem, z którym trzeba coś zrobić. Homo sapiens to gatunek, który w swoją biologię ma wpisaną pewną porcję ryzyka, któremu codziennie powinien stawiać czoło. Dzisiejsze społeczeństwo naturalne źródło ryzyka zredukowało do zera. Nikomu już nie grozi śmierć ze strony drapieżników, a hipermarkety zapewniają niezbędną żywność. Puste miejsce, które pojawiło się po zniknięciu naturalnych źródeł ryzyka, trzeba jakoś wypełnić, bo inaczej zanudzimy się na śmierć. Nie jestem wrogiem wolnego czasu, ale skracanie tygodnia pracy może stać się naszym największym przekleństwem, które atmosferę znudzenia spotęguje jeszcze bardziej. I nie uratuje nas przed tym trzydzieści albo nawet sto trzydzieści kanałów kablówki.





o odrze
kronika pocztówki literackie prenumerata lista mailingowa
archiwa 2001-2
archiwa 1996-8