odra.okis.pl
 
> kronika>
LEWICA JEST POLSCE POTRZEBNA, SLD NIEKONIECZNIE
z prof. Andrzejem Antoszewskim o konserwatyzmie lewicy, trupie w szafie, politycznym cynizmie, partiach oderwanych, prywatyzacji religii, pierwszych partiach drugiego wyboru i legalizacji marihuany rozmawia Mariusz Urbanek


Spodziewał się pan tak złego wyniku lewicy w ostatnich wyborach?
– Wyniku na poziomie 8 procent pewnie nikt nie zakładał, ale powiedzmy sobie szczerze, że zdobycie przez lewicę 11 czy 12 procent głosów, co niektóre sondaże przepowiadały, też byłoby klęską. W stosunku do przeszłości jest to poparcie śladowe. Równie trudno było przewidzieć tak wysoki wynik Ruchu Palikota, choć od pewnego czasu wiadomo było, że on do parlamentu wejdzie. Na pewno nikt też nie przewidywał, że SLD będzie najsłabszym klubem w sejmie.   [Czytaj]
Na manowcach pełni życia
Tomasz Kozłowski
Czy cocooning i filozofia slow movement to konsumpcyjna ściema?

Przypadek Harolda Cricka Marka Forstera to wyjątkowo zręczny film, który jak w pigułce pokazuje niepokoje związane z życiem we współczesnym, anonimowym, zatomizowanym świecie. Jego wymowa jest uniwersalna znacznie bardziej niż naszego rodzimego Dnia świra (reż. Marek Koterski), dzieła fenomenalnego, które jednak na te same niepokoje nakłada szczególnie polski kontekst.


A jakie to niepokoje? Wiadomo: poszukiwanie szczęścia i tożsamości w świecie, który gna nie wiadomo gdzie, na złamanie karku. Poczucie osamotnienia i bezsensu, dobitnie podkreślone tępawym spojrzeniem z lustra podczas porannej toalety. Świadomość codziennych, niekończących się automatyzmów, życia odmierzonego co do minuty, bałaganu, który pojawia się wraz z przekroczeniem terminów, limitów i raz na zawsze ustalonych zasad. I tak dalej…

  [Czytaj]
Na 90. urodziny Tymoteusza Karpowicza
Jan Stolarczyk
Piętnastego grudnia 2011 roku Tymoteusz Karpowicz skończyłby dziewięćdziesiąt lat. Sądzę, że w prasie literackiej nie znajdziemy znaczącego śladu pamięci o tym fakcie. Kończy się rok Czesława Miłosza i Tadeusza Różewicza. W cieniu rozlicznych uroczystości, zadrzewnie, choć nie w zupełnym zapomnieniu, pozostaje twórca Trudnego lasu. W ostatnim czasie pojawiły się co najmniej trzy świetne książki (plon doktoratów) interpretujące spuściznę Mistrza Tymoteusza: Rozwiązywanie tekstów. Poetyckie polimorfie Tymoteusza Karpowicza Bartosza Małczyńskiego (2010), Antologia niemożliwa. Przypadek „Słojów zadrzewnych” Tymoteusza Karpowicza Magdaleny Kokoszki (2011) i Joanny Roszak Synteza mowy Tymoteusza Karpowicza (2011). W grudniu tego roku nakładem Biura Literackiego ukaże się pierwszy tom Dzieł zebranych, zawierający poezje od Żywych wymiarów (1948) do Trudnego lasu (1964). Po latach niedostępności dla czytelników, dotkliwej zwłaszcza dla młodego pokolenia, dzieło Mistrza objawi się w swej pełni. Tu przypomnijmy, że był on wieloletnim redaktorem „Odry”.   [Czytaj]
Utracona pewność źródeł
Julian Bartosz
Na początku lipca niektóre polskie dzienniki informowały o ukazaniu się najnowszej książki znanego historyka Rolfa-Dietera Muellera Der Feind steht im Osten. Hitlers geheime Plaene fuer einen Krieg gegen die Sowjet-Union im Jahr 1939.
Należący do starszego już pokolenia niemieckich historyków autor, od 1999 roku dyrektor naukowy Wojskowego Instytutu Badawczego Bundeswehry w Poczdamie, kierujący nadto wieloma innymi jeszcze projektami badawczymi związanymi z II wojną światową, polskim czytelnikom jest już znany. W 2010 roku Bellona wydała jego książkę Wspólnicy Hitlera. Formacje sojusznicze na froncie wschodnim.

  [Czytaj]
Dlaczego „nie”?
Dorota Kozicka
Strategie odrzucania Miłosza po roku 1989


1.
O „procesie likwidacyjnym” Miłosza w dyskursie młodoliterackim po ’89 pisano już parokrotnie, co w podejmującym ten temat musi budzić naturalne obawy przed powtarzaniem oczywistości. Sądzę jednak, że warto zająć się tą kwestią raz jeszcze, chociażby z uwagi na Rok Miłosza, podczas którego nastąpiły wydarzenia stawiające całą sprawę w jeszcze innym świetle. Bardzo ciekawym pretekstem do rozważań na temat relacji między młodymi pokoleniami poetów i krytyków a Miłoszem wydaje się chociażby wydana przez „Ha!art” antologia Rodzinna Europa. Pięć minut później, której głównym założeniem jest sprawdzenie, na ile jeszcze obecna i silna jest interpretacja świata narzucona przez Miłosza . Jeśliby bowiem potraktować te wydarzenia jako zwieńczenie dwudziestoletnich „problemów z Miłoszem”, to widać wyraźnie, że problemy te ciągle – mimo licznych deklaracji o braku zainteresowania twórczością autora Zniewolonego umysłu – są „jakoś” aktualne...   [Czytaj]
BENAME
Maciej Niemiec
Obudził okolicę kogut, arogant
Czy zbawca? Nie spałem od czwartej,
Znów zabrakło snów. Nie chciałem szukać
Zaginionych. Niechby, Bename, była
Między nami radość, jak daleki wyjazd,
Z hipotezą cudu w naszej kongregacji wiary,
Ale niepewny celu ani trasy. Wracali,


Trzaskając butami, strącając śnieg
Na ganku, pokrzykując. – Ale wyjazd,
Nie te repetycje chętnych kół, nachalnie
Kołyszących do snu, zapomnienia
O wyjechaniu i o powrocie, tępy
Hałas, stukanie do otwartych drzwi
Oczu – że zamknąć, że zapomnieli, że

  [Czytaj]
OBOK: POLSKA-NIEMCY
Mateusz Hartwich




Wystawa Obok. Polska-Niemcy 1000 lat historii w sztuce jest jednym z ważniejszych wydarzeń kulturalnych towarzyszących polskiej prezydencji w Radzie Europejskiej. Gdzie, jeśli nie w stolicy największego i najbliższego Polsce pod wieloma względami kraju UE, zamanifestować rolę Polski w dziejach Europy i jej historyczne więzi z Zachodem? Otwartej przez prezydentów obu krajów wystawie, pokazywanej w jednym z centralnych muzeów Berlina, Martin-Gropius-Bau, towarzyszy zatem od samego początku posmak politycznie sterowanej „roboty na zlecenie”. Czy powstająca w takich okolicznościach ekspozycja nie będzie automatycznie propagowała „kiczu pojednania”, uwypuklając dobre aspekty w dziejach polsko-niemieckiego sąsiedztwa? Czy narracja nie będzie zanadto skierowana na doprowadzenie do happy endu na początku lat dziewięćdziesiątych? Odpowiedź brzmi: tak i nie. Pedagogiczny, żeby nie powiedzieć: polityczny, wymiar wystawy jest obecny, ale nie dominuje, a eksponaty, mistrzowsko zestawione przez Andę Rottenberg, bronią się same.   [Czytaj]
Sztuka na turystycznym szlaku
Krystyna Kuczyńska
Rozpoczyna się pora, w której poranne mgły długo zalegają nad Serenissimą. Listopad. UFO niedługo zacznie zbierać się do odlotu. UFO to odbywające się co dwa lata w Wenecji Biennale; tak nazwała je tegoroczna kuratorka Bice Curiger. Sztuka nowoczesna – ciało obce w mieście sprawiającym niekiedy wrażenie skansenu czy scenografii do filmu. Pod koniec tego miesiąca rozpocznie się mozolne wywożenie przytransportowanych tu pół roku temu eksponatów.

  [Czytaj]
HRABIA MONTE CHRISTO – ZBRODNIA I KARA
Pietro Citati
Odwieczny urok powieści Dumasa

Pod koniec roku 1843, kiedy zaczął pisać Trzech muszkieterów, Alexandre Dumas zajął jeden z pokoi w swoim paryskim mieszkaniu. Nikt nie miał do niego dostępu i nie mógł mu przeszkodzić w pracy. Umeblowanie składało się z drewnianego białego stołu, kanapy, dwóch krzeseł, kilka książek leżało na kominku, stało tam także żelazne łóżko, gdzie mógł się położyć za każdym razem, kiedy nie skończył pisać przed nocą. Przychodził do swojej kryjówki o siódmej rano, z podwiniętymi do łokci rękawami, rozpiętym kołnierzykiem koszuli, i pracował bez przerwy aż do siódmej wieczór. W południe zapominał często o jedzeniu i posiłek pozostawał nietknięty na stole. Wieczorem natomiast jadł obfitą kolację, czasami sam gotował, opowiadając jednocześnie synowi, co zrobiły jego postaci w ciągu dnia i co zrobią nazajutrz.

  [Czytaj]
CAŁY BRONIEWSKI
Mirosław Ratajczak
Moje życie podobne lustru,
w którym zły przegląda się los:
każde prawo i każdy ustrój
w całopalny mnie rzuca stos
(…)
Potępiony w niebie i w piekle,
słyszę tylko, kiedy mnie zwiesz,
i nie rzucam za siebie przekleństw,
tylko rzucam przed siebie wiersz.

Władysław Broniewski, Do poezji

Ukazała się pierwsza pełna biografia poety, którego nazwisko, tego jestem pewien, znało każde dziecko kończące szkołę podstawową przed rokiem 1990. Nazwisko i co najmniej jeden wiersz (lub choć parę zwrotek) na pamięć. Łatwo wchodziły do głowy, wiele też było po temu okazji: od zwykłych zadań domowych ćwiczących pamięć i utrwalających materiał z polskiego, przez rocznicowe akademie ku czci Rewolucji Październikowej czy z okazji wybuchu II wojny światowej, po konkursy recytatorskie. Co ciekawe, wiersze Broniewskiego nie wywoływały na ogół oporu uczniów przy tego rodzaju zadaniach, więcej – recytowano je często dobrowolnie przy całkiem nieoficjalnych okazjach. Bywało, że z ironią, odnoszącą się jednak raczej do „liturgii” powszechnej, która czyniła z nich częsty użytek, ale w gruncie rzeczy z wyraźną sympatią. Młodych ujmowała ich szczera emocjonalność, a także – świadomie lub nie – ich zakorzenienie w tyrtejskiej poezji polskiego romantyzmu. Broniewski, sztandarowy poeta PRL, mógł powszednieć w zbyt częstym użyciu, ale siła jego wierszy znacznie ograniczała inflację wartości.   [Czytaj]
Pismo kreujące świat
Paulina Małochleb
Marian Pilot: Pióropusz. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010, s. 320

Powieść, która zdobyła w tym roku Nagrodę Nike, stoi na pograniczu różnych konwencji i nurtów literackich: jest odnowieniem nurtu chłopskiego, ale też nawiązuje do prozy kreacyjnej, awangardowej, operującej na materii języka.
Pióropusz opowiada o wsi lat pięćdziesiątych, w krzywym zwierciadle przedstawia przemiany, jakie zachodzą w tym świecie po wojnie pod wpływem systemu stalinowskiego. Jednocześnie jednak – choć postacie sołtysa, żołnierzy i urzędników bezpieki-„pogromowców”, nauczyciela wiejskiego, agitatorów odgrywają ważną rolę – to nie panorama historyczna staje się tu najistotniejsza. Świat wiejski przedstawiany jest z perspektywy dorastającego chłopca, pochodzącego z rodziny ubogiej i cieszącej się złą sławą. Młody, bity przez wszystkich, podejrzewany o kradzieże, wyśmiewany, obdarzony jest czółkiem wąskim, niskim – twardym jak czoło młotka, przytłoczonym gęstą szczeciną ledwo odrośniętych rudych włosów: ciemny zakuty łeb. To nie niewinny marzyciel opowiadający o otaczającym go bezlitosnym świecie, ale prymitywny chłopak ze złodziejskiej rodziny, wierzący w prawo siły, pragnący mocnej pozycji, która ocali go przed przemocą ze strony otoczenia. Jego niepiśmienny ojciec zostaje zobligowany przez władzę ludową do powrotu do szkoły, jednak buntuje się przeciwko temu, wyrywa z rąk nauczyciela tablicę i ucieka z nią przez wieś. Zostaje aresztowany i osadzony w więzieniu w Rawiczu jako przedstawiciel reakcji i wróg ludu. Wtedy też kończy się złota wolność jego syna, ponieważ matka przymusza go do pisania próśb do kolejnych dostojników: Nie szczędził sił, we dnie i po nocach szrajbował pisma do wszystkich świętych, do iwana i pogana, Bieruta, Stalina i samego Ojca świętego, i w atramencie utaplał się gorzej niż w gnojówce. Faktycznie, dla chłopca pisanie początkowo jest męką (przez wiele stron Pilot opisuje poetycko „żydy”, czyli kleksy, które ku rozpaczy chłopca pojawiają się na papierze kancelaryjnym), sytuacja zmienia się jednak, gdy wraz z przyjacielem zaczynają spisywać reguły, jakimi powinien rządzić się nowy, lepszy świat, w którym to oni zajmą uprzywilejowane pozycje. Ich wyobraźnia sięga granic komunistycznego raju – stwarzają więc świat na nowo jako kołchoz, w którym obaj stają się kierowcami wspólnotowych ciężarówek, a główny bohater będzie też traktorzystą. Dokonują nowego podziału gruntów, spisują listę swoich wrogów, których planują zamknąć w więzieniu. Reguły świata jak w krzywym zwierciadle odbijają się w projektowanym kołchozie – mały złodziejaszek stwarza społeczeństwo, w którym wszyscy kradną, a własność wspólna, możliwa do rozdrapania, nigdy się nie kończy, kołchoz jest bogaty, a ludzie rabują po równo.   [Czytaj]
Z PARYŻA
Renata Głowacka
Moje życie jest groszkiem zatopionym między milionami innych – tak podsumowała swoją twórczość japońska artystka Yayoi Kusama, wspominając halucynacje doznane w dzieciństwie. Motywy kwiatków z obrusa rozprzestrzeniły się wtedy w jej wyobraźni na ściany, sufit, podłogę, na nią samą. Ślad dziecięcych wizji pozostał; tym razem wokół kropek, groszków i kulek zaczęła się obracać jej światowa kariera.
Między 10 października a 9 stycznia paryskie Centrum Pompidou prezentuje widzom oryginalne prace Kusamy. Codziennie na ich obejrzenie czeka długa kolejka.
Artystka urodziła się w 1929 roku w Japonii. W 1957 ukończyła studia w Kyoto. Już wtedy zorientowała się, że jako kobieta nie będzie mogła zaistnieć w rodzinnym kraju, w którym kultura zawsze była zdominowana przez mężczyzn. Rok później Kusama przenosi się do USA, do Nowego Jorku. Tam maluje swoje pierwsze białe monochromy, zatytułowane Infinity Nets; niektóre z nich osiągają 11 metrów długości. Jednocześnie tworzy instalacje i serie „akumulacji”, zbudowanych ze znalezionych na ulicy obiektów. W latach sześćdziesiątych artystka podporządkowuje swoje działania hasłu Peace and love – organizuje happeningi, performansy. Swoim pracami body art. włącza się w rewolucję seksualną. Nadzy, pomalowani w kolorowe groszki, młodzi ludzie palą amerykańskie flagi – Kusama staje między nimi.   [Czytaj]
Ostatnia Wieczerza według Greenawaya
Małgorzata Pośpiech
Ostatnia Wieczerza oglądana od stuleci przez wiernych i sceptyków, przez ekspertów i estetów ma wiele znaczeń, które stały się częścią naszego kulturalnego dziedzictwa. Ma dziś status kultowy, swoje apokryfy, swoje życie jako dzieło sztuki darzone głębokim szacunkiem i jako obiekt modlitwy, przy czym linia podziału między faktem a fikcją, zamierzonym a niezamierzonym nie jest wyraźna. Na przykład, zdaniem niektórych, linie perspektywiczne obrazu… przepowiadają wieżę Eiffla i Empire State Buliding (Peter Greenaway, Dialog między włoską sztuką a architekturą, z tego eseju zaczerpnęłam także pozostałe cytaty).

  [Czytaj]
Świadectwo jako doświadczenie. Dwadzieścia pięć lat Shoah Claude’a Lanzmanna
Piotr Dehnel
Pisanie o Shoah Claude’a Lanzmanna wydaje się bardzo trudne. Przede wszystkim dlatego, że trzeba to robić bez żadnego z góry założonego planu, bez żadnego uprzednio uchwyconego sensu czy antycypacji całości. Shoah nie daje się skonceptualizować, narzucić sobie jakichś pojęciowych ram. Każde świadectwo jest inne, wyjątkowe i niepowtarzalne. Choć często relacje naocznych świadków wypowiadających się przed kamerą mówią o tym samym − na przykład: co zobaczyli po otwarciu drzwi komór gazowych − to nie zawierają wspólnych elementów, które można by uogólnić w jakąś generalną teorię świadectwa.

  [Czytaj]
Antykryminalny McCarthy
Bartosz Sadulski
Gdyby o przynależności książek do gatunku kryminału decydowała liczba trupów ścielących się często w sposób tajemniczy i zagadkowy, powieści Cormaca McCarthy’ego przynależałyby do niego razem z Biblią. O ile jednak Pisma Świętego w poczet kryminałów nikt nie wpisuje, o tyle epikę amerykańskiego pisarza – owszem.

  [Czytaj]
Sprawa Jensa
Hubert Klimko-Dobrzaniecki
Jens był kopenhaskim dorożkarzem. Nie posiadał rodziny i mieszkał w wynajmowanym mieszkaniu. Koń oraz bryczka należały do zrzeszenia, któremu co miesiąc oddawał sporą część dochodów. Pewnej nocy wiózł dwóch lekarzy. Z zaciekawieniem przysłuchiwał się ich rozmowie. Spierali się na temat orgazmu, jaki towarzyszy mężczyźnie w końcowej fazie śmierci przez powieszenie. Na zakończenie gorącej dyskusji obaj zanegowali stryczek. Bo jeżeli w karze kryła się przyjemność, to nie była ona żadną karą. Więc nim wysiedli, doszli do wniosku, że tylko gilotyna jest pewnym i wystarczająco upokarzającym sposobem na drani. Ta podsłuchana rozmowa z jednej strony zaniepokoiła dorożkarza, a z drugiej stała się źródłem podświadomej przyjemności. Dlaczego? Jens zabijał swoje ofiary długim, rozkładanym nożem, którym zadawał cios pod lewą łopatkę, aby jak najszybciej zatrzymać łomocące ze strachu serce. Jeszcze ciepłe ciało bezcześcił, choć nigdy nie mógł osiągnąć całkowitej satysfakcji. Przypuszczalnie z tego powodu zaczął polować częściej i stał się zbyt pewny siebie. W sumie zamordował dziewiętnaście pań, a kopenhaska policja bezskutecznie poszukiwała Jensa Scyzoryka. Takie nadali mu przezwisko, ponieważ zostawiał w ciele ofiary swój długi scyzoryk. Za dwudziestym razem się nie udało. Ofiara przeżyła. Tym razem Scyzoryk chciał zabić prostytutkę. Któż mógł przypuszczać, że kobieta miała wadę, serce nienaturalnie przesunięte w prawą stronę. Feralnego dnia pech doświadczył seryjnego mordercę dwukrotnie. Nie zdążył zgwałcić niby-trupa. Klient, po którym wszedł do mieszkania prostytutki, zapomniał o swojej złotej laseczce. Zawrócił z drogi, łomotał do drzwi. Jens salwował się ucieczką przez okno. Gdy tamten wreszcie dostał się do środka, wyważając drzwi, najpierw zobaczył kałużę krwi, ale nie spanikował.   [Czytaj]
Świat słabo dźwiękoszczelny
Monika Pasiecznik
Utwór nie ma początku. Wkomponowany jest w atmosferę oczekiwania (na wyraźny sygnał?), szum towarzyskich pogawędek i serdecznych powitań. W audiosferę hali warszawskiego Studia Tęcza ingeruje jedynie dyskretnym elektronicznym dronem, stopniowo przybierającym jednak na sile. Jak to się stało, że publiczność nagle umilkła, całą swoją uwagę kierując w stronę wykonawców: Schlagquartett Köln, Cellotrio Blu oraz solistów: Sylvii Nopper (sopran), Truike van der Poel (mezzosopran), Matthiasa Horna (baryton), Heleny Bugallo (fortepian) pod batutą Erika Oñy. To dość ryzykowny zabieg, czasem ludzie potrafią jeszcze długo przekrzykiwać muzykę, jakby przyzwyczajeni do wszechpanującego dźwięku już go nie słyszeli. Ucho przyzwyczaja się do hałasu – nie ma innego wyjścia, przez cały czas pozostaje przecież otwarte. Filtruje dźwięki, jedne wychwytuje, inne lekceważy. W miejskiej dżungli wrażliwość ucha maleje, w zgiełku ulicznym nic już nie słychać. Na wsi przeciwnie: cisza potrafi krzyczeć dźwiękami. To oczywistość i paradoks jednocześnie.   [Czytaj]
Nasz Piotr
Nasze oba biurka: Piotra i moje, zsunięte były ze sobą w ciasnym pokoju redakcyjnym, tak więc od niepamiętnych czasów siedzieliśmy vis-à-vis. Znaliśmy się jeszcze wtedy, kiedy jeszcze nie znaliśmy się. Ja czytałam jego filmowe felietony w Gazecie Robotniczej i on też znał mnie z czytania. Studia polonistyczne kończył nie we Wrocławiu, a w Poznaniu.
Piotr Kajewski od dziesięcioleci był niekwestionowanym autorytetem, jeśli chodzi o sztukę filmową. Ale jego rozległe zainteresowania obejmowały również malarstwo (i w ogóle sztuki plastyczne), filozofię i, naturalnie, wiedzę o literaturze.
Bardzo późno, chyba dopiero po siedemdziesiątce (urodził się w 1929), objawił się jako poeta. Jego tomik: Wiersz w toku opublikowany w serii ,,Z kołatką” przez SPP w 1999 roku czytało mi się jak zajmującą, integralną opowieść ,,o samym sobie do potomności” zapisaną współczesnym wierszem. Nawiązywał tu wyimaginowaną rozmowę z czytelnikiem wrażliwym i obytym w świecie sztuki, a zarazem zdawał się badać i podglądać tajemnicę i narzędzia, jakimi posługiwał się pisząc wiersz. Z tego, co wiem, miał już przygotowany do publikacji nowy zbiór wierszy, ale jeszcze nie przepisany fachowo (także i on nie korzystał z komputera).   [Czytaj]
Ułan i panna
Marcin Adamczak
Wedle znanego powiedzenia generałowie przygotowują się zawsze do minionej wojny. Podobnie bywa z uznanymi i niemłodymi już reżyserami, którym często zdarza się serwować nam opowieści jak sprzed dwóch, trzech dekad. Nie inaczej było w przypadku 1920. Bitwy Warszawskiej Jerzego Hoffmana. Zaskoczenie więc okazało się niewielkie. Dostępne wcześniej trailery i film dokumentalny opowiadający o powstaniu najnowszej superprodukcji nie pozostawiały złudzeń i z rzadką precyzją zdawały sprawę z fabuły, którą zobaczyliśmy później na ekranie. Byli ułani jak malowani, krnąbrni, lecz honorowi, oraz panny w sanitariuszki i żołnierki przemienione, miłość była czysta, bolszewicy szatańscy, a do tego konie, szarże, lance, krzyże.   [Czytaj]
Dialogi emigrantów
Krzysztof Ćwikliński
Andrzej Bobkowski, Aniela Mieczysławska: Listy 1951–1961. Do druku podał, wstępem i przypisami opatrzył Andrzej Stanisław Kowalczyk, Biblioteka „Więzi”, Warszawa 2010, s. 208.



Z drugimi wydaniami książek tak zazwyczaj bywa, że nawet jeśli są lepsze od pierwodruków, to i tak przechodzą niezauważone, gdy pierwsze edycje doskonale się sprzedały, a rynek nie został nasycony. Wierzę, że pierwsze wydanie korespondencji Andrzeja Bobkowskiego i Anieli Mieczysławskiej z 2003 roku, opatrzone tytułem Przysiągłem sobie, że jeśli umrę, to nie w tłumie…, sprzedało się świetnie i przyniosło wydawcy (dziś już zresztą nieistniejącemu) pokaźne profity. Chcę też wierzyć, ba, pewien jestem, że wydanie obecne, zatytułowane po prostu Listy 1951–1961, stanie się nie tylko sukcesem kasowym „Więzi” (czego wydawnictwu życzę), ale przede wszystkim sukcesem czytelniczym, bo gdyby chcieć wskazać książkę edytorskiemu ideałowi najbliższą, opracowanie najbardziej kompetentne i perfekcyjne, należałoby wskazać tę właśnie edycję. Żaden zoil czy purysta nie pohasa tu sobie, choć chochlik drukarski tu i ówdzie próbował. Na tle średnio udanej publikacji listów Bobkowskiego do Iwaszkiewicza sprzed dwóch lat obecne wydanie korespondencji autora Szkiców piórkiem z Anielą Mieczysławską lśni jak wysokiej próby klejnot. Zresztą i bez tego zestawienia jest wzorcowe.   [Czytaj]
SAGA RODZINY BOJAŹLIWYCH
Viktor Grotowicz
Jest rok 1835. W Lubece, w rodzinie znanych, szanowanych i zamożnych handlarzy zbożem świętowane jest kupno nowego domu. Wokół głowy rodziny, siedemdziesięciosiedmioletniego Johanna Buddenbrooka, zgromadziła się cała rodzina, krewni i znajomi. Czterdzieści lat później rodzina ta przestanie istnieć, nie z powodu katastrofy, wojny czy bankructwa: wszystkie te nieszczęścia ominęły Buddenbrooków, dopadł ich natomiast czas i przemiany świadomości, które zakłóciły normalny bieg ich życia. W powieści Tomasza Manna symbolem normalności jest właśnie patriarcha Buddenbrooków, stary Johann, reprezentujący bardzo silne poczucie mieszczańskiej wartości, pewności siebie, solidność w interesach, a przede wszystkim chęć życia: pracuje wprawdzie po to, aby żyć, ale praca naprawdę jest dla niego sednem egzystencji – choć nie w rozumieniu pracoholika, tylko człowieka, który lubi, umie pracować, jest z tego dumny, a jednocześnie potrafi korzystać z owoców swojej pracy.   [Czytaj]
Stronniczy przegląd sieci
Przemysław Witkowski
Nowa „Kultura Liberalna” przynosi interesujący wywiad z Etgarem Keretem. Okazuje się, że ten liryczny surrealista rodem z Tel Awiwu podtrzymuje przy życiu stare syjonistyczne demony. Przeciwnicy Izraela powinni jego zdaniem raczej zająć się zbrodniami w Ruandzie, a polscy aktywiści propalestyńscy, tuż przed psychoanalizą, którą im sugeruje, Radiem Maryja i własnym rasizmem. Ogólnie duma nad trudnościami życia w Izraelu, snuje rozważania o tym, jak obawiał się mieć dzieci w tak ciężkich warunkach, jak smutne, ale konieczne jest budowanie muru między Żydami a Palestyńczykami, a wszystko to, gdy w tle trwa blokada Strefy Gazy (9982,69 osoby na km², stopa bezrobocia 44,8%) i powstają nowe osiedla izraelskie na terenach okupowanych. ●   [Czytaj]
FESTIWAL PULS LITERATURY ŁÓDŻ 2011
Konkurs translatorski z niemieckojęzycznych literatur: austriackiej i szwajcarskiej
REGULAMIN

1. Organizatorem konkursu jest Oddział Łódzki Stowarzyszenia Pisarzy Polskich przy współpracy z austriackim forum kultury w Warszawie, Szwajcarską Fundacją dla Kultury Pro Helvetia w Warszawie.
2. Przedmiotem konkursu są przekłady artystyczne na język polski niemieckojęzycznych tekstów prozatorskich autorów austriackich i szwajcarskich dostępnych w internecie na stronach:
http://www.spplodz.eu/puls/austriacka.pdf
http://spplodz.nazwa.pl/puls/tekst2.jpg
http://spplodz.nazwa.pl/puls/tekst3.jpg

3. Konkurs adresowany jest do młodych adeptów sztuki translatorskiej, którzy nie posiadają w dorobku samodzielnej przekładowej publikacji książkowej z zakresu literatury pięknej o objętości większej niż jeden arkusz wydawniczy.
4. Prace w 3 jednobrzmiących egzemplarzach należy nadsyłać do 20 listopada 2011 r. na adres:
Śródmiejskie Forum Kultury – Dom Literatury
ul. Roosevelta 17
90-056 Łódź
z dopiskiem na kopercie "niemieckojęzyczny konkurs translatorski".
5. Prace trzeba opatrzyć godłem, do zestawu zaś dołączyć oddzielną, zaklejoną kopertę, opatrzoną tym samym godłem i zawierającą dane autora (imię, nazwisko, adres, mail, telefon).
6. Materiały konkursowe powinny być wydrukami komputerowymi sformatowanymi następująco: czcionka Arial, 14 p., odstęp 1,5, tekst wyjustowany, względnie szeroki margines z prawej strony (umożliwiający robienia notatek przez członków jury).
7. Zestaw konkursowy zawierać powinien:
a. samodzielne przekłady tekstów zamieszczonych w internecie na stronach podanych w punkcie 2.
b. zwięzłą wypowiedź (maksymalnie 1 800 znaków pisarskich ze spacjami), zawierającą charakterystykę problemów, jakich nastręczały tłumaczone teksty.
8. Laureaci konkursu prócz nagród finansowych i rzeczowych otrzymają zaproszenie do udziału w bezpłatnych dwudniowych warsztatach translatorskich, które w ramach łódzkiego Festiwalu Puls Literatury poprowadzi w dniach 10-11 grudnia 2011 r. przewodnicząca jury konkursu Sława Lisiecka.
9. Prac nadesłanych nie zwraca się.
10. Wykładnia niniejszego regulaminu należy do organizatorów. Wszelkie pytanie kierować należy na adres: spplodz@go2.pl.   [Czytaj]

Piotr Gajdziński
Polska po wyborach, Polska przed kryzysem
Jeszcze niejeden raz przyjdzie Jarosławowi Kaczyńskiemu pocieszać swoich zwolenników cytatem z Piłsudskiego, że „być zwyciężonym, a nie ulec, to zwycięstwo”. PiS przegrało najłatwiejsze wybory ze wszystkich, w których do tej pory brało udział. W następnych latach będzie już tylko trudniej.

  [Czytaj]
MIASTA
Ewa Lipska
Droga pani Schubert, są takie miasta, które mogłyby zeznawać przeciwko nam. Opuszczaliśmy je nagle i bez uzasadnienia. Goniły nas na autostradach przerażone adresy i łóżka hotelowe. Pamięta pani rozszerzone źrenice Wenecji? Obrażony Manhattan? Dumny Zurych, krewny Tomasza Manna? Miasta urodzenia miały żal, ale zachowywały się dumnie. Wiedziały, że wrócimy. Jak wszystkie dzieci skruszonej starości.


LABIRYNT
Droga pani Schubert, pozdrawiam panią z Labiryntu, wieloznacznego uzdrowiska, które wprowadza mnie w błąd. Szukam gorących źródeł naszej miłości, pijalni mineralnych słów, leczniczych godzin we dwoje. Gubię się w krętych wspomnieniach, krzyżujących się drogach; wpadam w pułapkę geometrii. Plączę się w kablach dat. Wszystko, co nas kochało, droga pani Schubert, nie ma już wyjścia.

  [Czytaj]
ZATĘSKNIMY JESZCZE ZA ELITARNOŚCIĄ
Z prof. Janem Miodkiem, dyrektorem Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, rozmawia Stanisław Lejda
Dla kogo jest polska szkoła?






Niedawno znowelizowano ustawę o systemie oświaty i ustawę o szkolnictwie wyższym. Na lepsze? Zmiany posłużą podniesieniu poziomu nauczania?
– Rozmowę o polskiej oświacie powinno się rozpocząć od gimnazjów. Na podstawie tego, co widzę i słyszę o problemach wychowawczych z młodzieżą gimnazjalną, nie mam o gimnazjach dobrej opinii. Studenci powtarzają mi jak mantrę: „Mogę mieć roczną praktykę w ogólniaku czy w szkole podstawowej, ale po dwóch, trzech tygodniach spędzonych w gimnazjum mam dość”. Znam wiele nauczycielek, które wolały przejść na wcześniejszą emeryturę, niż nadal pracować w gimnazjum.   [Czytaj]
MÜNCHHAUSEN W OJCZYŹNIE SIERPA I MŁOTA
Mieczysław Orski
Armata jak słoń, któremu dzieci podają przez kratę ciastka, opuściła swoją długą trąbę – wskoczyłem na jej skraj, by nie przegapić stosownego momentu… Stosowny moment następuje, kiedy znany z przelotów nad niebezpiecznymi miejscami i nieprzekraczalnymi granicami na pociskach armatnich słynny bohater tej akcji, po wydaniu przez dowodzącego baterią komendy: Kierunek zero-zero-zero, w RSFSR panem baronem… pal!, rozpoczyna wizytację w Kraju Rad, udając się tam nie po rady, a w celu poznania Kraju, o którym ma zdać sprawę przed zleceniodawcami podróży, czyli przed członkami Towarzystwa Królewskiego w Londynie. Lądując na szczerym polu już daleko za wszelkimi kordonami, baron rozpoczyna pobyt od tresowania swoich butów, sprawiających wrażenie doświadczonych zwiadowców, z którymi dokonał już w życiu wielu rzeczy i które zdejmowane z nóg, ustawiane noskami we właściwą stronę, po komendzie „aport” dokonują zazwyczaj cudów – ale tym razem, w kraju zabobonów i ignorancji, wywołują przerażenie miejscowego chłopstwa w najbliższej wiosce i aportują jedynego odważnego starca, jak się okazuje, przywdziewającego tę obuwniczą pułapkę złodziejaszka; doprowadzają go też zaraz przed oblicze barona, który później w swoim raporcie przed londyńczykami dokona takiego podsumowania swojego pierwszego zetknięcia ze wschodnią terra incognita: I wierzę, panie i panowie, że wcześniej czy później wszystko, co znacjonalizowane, powróci do swoich właścicieli, jak moje buty powróciły do mnie. To samo powiedziałem powalonemu starcowi, dodając, że wstydziłby się zamieniać Boga na socjalizm. Buty doprowadzają szczęśliwie ich właściciela do najbliższej stacji kolejowej, gdzie wraz z pasażerami, wiozącymi do Moskwy szydła w worku, na które jest właśnie zbyt, cierpliwie poddaje się jeździe w pociągu, wlokącym się niczym dżdżownica na podkładach; kiedy zaś poirytowany baron wyprawia się w stronę parowozu, by zbadać przyczynę tej opieszałości, zdumiewa go widok stert książek zastępujących węgiel w ładowni. Widzi pan – wyjaśniają mu pasażerowie – nasz maszynista jest z profesorów, to uczony człowiek, nie przepuści żadnej książce i póki nie przeczyta jej od deski do deski, nie wrzuci jej do paleniska. Dotarłszy do Moskwy, baron rozpoczyna zwiedzanie miasta, rozprawiając się z przywiezionymi z zachodu mitami, co wykłada później zadziwionym londyńczykom ze wspomnianego Towarzystwa: na przykład to nieprawda, że w Moskwie budują domy od dachów do fundamentów – bo od fundamentów do dachów też ich tu nie budują. Najwięcej uwagi poświęca wizytator miejscowym obyczajom konsumpcyjnym, w zasadzie domniemanym, bowiem w Moskwie i okolicach już zjedzono tu wszystko – do „cebul” cerkiewnych włącznie, a przed jatkami z wymalowanymi wianuszkami parówek stoją tłumy ludzi, sycących się samym widokiem; w bardziej dostatnich domach, które stać było na opłacenie artysty (…) obiadowano, kultywując dawną tradycję. Na pierwsze danie podawano martwą naturę szkoły holenderskiej z wyobrażeniem wszelkiego jadła… Detale dalszego menu odpuśćmy sobie, odnotowując jeszcze w tych gastronomicznych passusach pełnej fantazji i oryginalnego dowcipu narracji wprowadzony do obiegu przez walczącego z kataklizmem głodu w Moskwie barona wynalazek münch-dań, polegających na zawieszeniu na końcu długiego sznura jednego malutkiego kawałka słoniny przed długą kolejka głodomorów, a potem – pamiętacie przecież moje sławetne kaczki, więc wiecie: jeśli kolejka rozrastała się, do wolnego końca sznura przywiązywano sznur zapasowy itd.. (Jak wiadomo, oryginalny baron strzelał do ptaków z oszczędności nie nabojem, a pałeczką, na którą nabijało się od razu siedem kaczek). Notabene do tych konsumpcyjnych wątków posłużyły autorowi jego osobiste doświadczenia z życia w kraju niepłynącym mlekiem i miodem w latach dwudziestych ubiegłego wieku: jak dowiadujemy się z posłowia, cierpiał on wtedy i później na chroniczny głód.   [Czytaj]
POLITYKA TO COŚ WIĘCEJ NIŻ PARTYJNOŚĆ
Z profesorem Tadeuszem Lutym, byłym rektorem Politechniki Wrocławskiej, kandydatem w wyborach do senatu z ramienia Unii Prezydentów Miast – Obywatele do Senatu, rozmawia Stanisław Lejda


Był czas, kiedy nie mówił pan o polityce i politykach dobrze. Teraz chce pan zostać senatorem. Co się zmieniło?
– Ocena polityki wynika z doświadczeń. Zanim objąłem funkcję rektora uczelni, mój stosunek do polityki był kompletnie obojętny. Ale kiedy człowiek obejmuje jakieś stanowisko, bierze na siebie odpowiedzialność za uczelnię, a później konferencję rektorów, to siłą rzeczy ma do czynienia z politykami. Wtedy polityka przybiera inne barwy, zaczyna się ją postrzegać przez pryzmat osobowości ludzi – poszczególnych członków rządu bądź parlamentarzystów. Moja wiara w szansę poprawy polityki opiera się na przekonaniu, że także w polityce wartością jest różnorodność, tak jak siła uniwersytetu, z którego wyrosłem, opiera się na wielości myśli, poglądów i opinii.
W polityce jest akurat odwrotnie – obowiązuje partyjna dyscyplina. Za odmienność poglądów się karze, a nawet wyrzuca z partii.   [Czytaj]
POLITYCY SĄ DLA LUDZI
Z profesor Alicją Chybicką, kandydatem do senatu z ramienia Platformy Obywatelskiej, rozmawia Stanisław Lejda


Przez wiele lat wypowiadała się pani o politykach odpowiedzialnych za polską służbę zdrowia bardzo krytycznie…
– Zgadza się.
Teraz zamierza pani sama wkroczyć w świat polityki. Coś się zmieniło w pani stosunku do polityki?
– Zupełnie nic. Przez trzydzieści sześć mojego życia zawodowego dobro chorego dziecka, dobro pacjenta, w ogóle dobro człowieka było ideą wiodącą. Ktoś mnie niedawno zapytał, czy jeśli zostanę wybrana, to przestanę walczyć z minister Kopacz, jak kiedyś, o pieniądze dla leczonych w naszej klinice dzieci. Nadal będę walczyć, dobro dziecka, także gdy będę senatorem, zawsze pozostanie na pierwszym miejscu. Nie jestem politykiem, zaczynam dopiero raczkować w tej dziedzinie, ale niezmiennie stoję na stanowisku, może zbyt idealistycznym, że to politycy są dla ludzi. A zatem najważniejszy jest człowiek, sprawa, idea, a nie to, co dla mnie jest czarną stroną polityki – czyli robienie czegoś dla bliżej nieokreślonych partykularnych interesów, gubiąc po drodze człowieka i jego dobro. Pod tym względem na pewno się nie zmienię.   [Czytaj]
Laikokracja. Kto rządzi w czasach konsumpcji?
Tomasz Kozłowski


Kurt Vonnegut w powieści Galapagos z typowym dla siebie wdziękiem formułuje kilka boleśnie prostych prawd o ludzkim rodzaju. Jedną z nich jest ta dotycząca funkcjonowania rynku i giełdy (co w powieści doprowadza do ogólnoświatowego kryzysu na niespotykaną wcześniej skalę). Gdy silna jak dotąd waluta ostro pikuje w dół, Vonnegut ze spokojem tłumaczy: gdzieś, nie wiadomo dokładnie gdzie, kilka osób nagle stwierdziło, że trochę zadrukowanego papieru i tłoczonych metalowych krążków jest w gruncie rzeczy warte znacznie mniej, niż było warte dotychczas.


  [Czytaj]
Potomek Jagiellonów odkrywcą Ameryki?
Z Manuelem Rosą, autorem wydanej w Hiszpanii książki Kolumb: Nieopowiedziana historia, odnosząc się do jego niezwykłych ustaleń dotyczących odkrywcy Ameryki, rozmawia Henryk Skwarczyński


Henryk Skwarczyński: Nowy Świat podbijali Hiszpanie: Hernán Cortés, Hernando de Soto, Francisco Pizarro. Ale oceany należały w tamtym czasie do Portugalczyków. Oni byli Fenicjanami i illuminati zmierzchu średniowiecza. Byli pierwszymi Europejczykami, którzy przekroczyli równik, opłynęli Afrykę, odkryli Brazylię. Portugalczykiem był Vasco da Gama, który opłynął Afrykę, docierając do Indii, i Ferdynand Magellan, wpływając na wody Pacyfiku. Teraz do ich grona dołączyłeś Krzysztofa Kolumba. Urodziłeś się na Azorach. Potem przeniosłeś się do Stanów Zjednoczonych. Gdzie i kiedy zaczęła się twoja przygoda?   [Czytaj]
Apel
Tadeusz Różewicz
W związku z jubileuszem – podobno mam 90 lat – otrzymuję różne gratulacje, propozycje… Dziękuję wszystkim ludziom dobrej woli za pamięć i proszę o jedno: zostawcie mnie w „świętym spokoju”. Zostawcie mi ostatnią wolność – „wolność milczenia”.
Za pośrednictwem „Odry” pragnę moim czytelnikom przypomnieć stare opowiadanie (poprzez publikowaną poniżej przedmowę do tego utworu)
– Śmierć w starych dekoracjach. A przy sposobności przypominam także wiersz Tadeusza Boya-Żeleńskiego Krakowski jubileusz – i życzę wszystkim Seniorom i Juniorom dobrej zabawy.
Tadeusz Różewicz   [Czytaj]
Różewicz za granicą
Mieczysław Orski
Adam Czerniawski (poeta, tłumacz i eseista, znany bardziej za granicą niż w Polsce, mieszka w Walii) odniósł wielki sukces, tłumacząc i popularyzując twórczość – szczególnie poezję – Tadeusza Różewicza w Wielkiej Brytanii. Swoimi przekładami wierszy Różewicza – pozbieranymi m.in. w zbiory Faces of Anxiety, 1969, Selected Poems, 1976, wreszcie They Came to See a Poet (Przyszli, żeby zobaczyć poetę), 1991, który to tom ukazał się właśnie w nowym, trzecim już wydaniu w rozszerzonej i opatrzonej nowym wstępem serii poetyckiej prestiżowej londyńskiej Anvil Press Poetry – Czerniawski zainicjował okres dobrej passy tej poezji szczególnie w Anglii, gdzie wielu pisarzy i krytyków z entuzjazmem przyjmowało i komentowało w latach siedemdziesiątych ub. wieku poznawaną często po raz pierwszy lirykę twórców z Europy Środkowej i Wschodniej. U progu lat osiemdziesiątych i później, w czasie zrywu Solidarności, nasza poezja, głównie tłumaczonych w tym czasie Herberta i Różewicza, choć i niektórych młodszych autorów Nowej Fali, zaznaczała swój wpływ w programach estetycznych niektórych autorów brytyjskich.   [Czytaj]
Z poczekalni
Urszula Kozioł
O EUROPEJSKIM KONGRESIE KULTURY (BEZ LITERATURY), znanym mi jedynie z telewizyjnych przekazów, i O PTASICH DŁONIACH-SKRZYDŁACH ZYGMUNTA BAUMANA


Co po poetach w czasie marnym
Hölderlin


Inteligentny kamerzysta telewizyjny co pewien czas skupiał się dłuższą chwilę na dłoniach profesora Baumana, które – niczym skrzydła ptaka uwięzionego w imaginacyjnych sidłach – roztrzepotały się nad kongresową mównicą w chwili, kiedy zmagając się z narastającym kaszlem, wygłaszał on inaugurujący wykład. Jeszcze nie wiedziałam, że ów fascynujący taniec czy trzepot dłoni w jakimś osobliwym darze przekazał on również swoim córkom, bo jak okazało się w kolejnych transmisjach w TV, również dłonie ich obu ani przez moment nie umiały znieruchomieć, dopowiadając i dookreślając gestem każde wypowiadane zdanie. Więc to u nich rodzinne: dla profesora Baumana, którego mądrość i prostotę cenię nie od dziś, i dla jego córek, które wystąpiły wraz z nim w rodzinnym filmie. Byłam bardzo ciekawa jego mowy na Kongresie Kultury, na szczęście emitowanym w telewizji, gdzie żadne zaproszenia nie były wymagane, a właśnie w ogólnym pędzie do integrowania się i do wzajemnych prezentacji nie zaproszono poetów. (Czyżbyśmy więc istotnie żyli w czasie aż tak marnym?). Być może w mentalności dyrygentów od kultury zadomowiło się już na dobre mniemanie, że tam jedynie, gdzie jest rozrywka, tam jest kultura, a gdzie rozrywki brak – tam nudy na pudy, więc z czym do gości.   [Czytaj]
OD ESTETYKI DO ETYKI
Eero Tarasti
W latach dziewięćdziesiątych badania semiotyczne znalazły się na swoistym rozdrożu. Po tym jak przywróciły do łask „podmiot”, który w fazie strukturalizmu odrzucono jako obiekt zainteresowania, semiotyka mogła zacząć analizować zagadnienie podmiotu metodami nauk kognitywnych. Tu wysiłki w kierunku formalizacji, nieodłącznie towarzyszące semiotyce, przeżywają pełen rozkwit. Ludzki umysł postrzegany jest jako potężna sieć nerwów, pole ich interakcji. Model taki ma być wierną „imitacją” ludzkiej psychiki i jej mechanizmów. Pozwala opisywać zjawiska psychiczne określonymi ciągami liczb, które reprezentować będą ich pozycję w układzie współrzędnych mózgu. Jednocześnie droga ta paradoksalnie prowadzi do zaniku podmiotu i pozytywizmu, przypominającego nieco cybernetykę z jej złotych czasów. Druga droga z kolei zdaje się w pewnym sensie wręcz wykraczać poza semiotykę: skłania, by badać podmiot w procesie podejmowania decyzji. Szkoła A.J. Greimasa precyzyjnie wyjaśniła już semiotyczną strukturę takiego podmiotu (A.J. Greimas, J. Fontanille, Sémiotique des passions. Des états de choses aux états d’âme, 1991). Nasuwa się tu jednak pytanie: jak podmiot powinien postąpić w określonej sytuacji; jakich wyborów powinien dokonać?   [Czytaj]
Kappacher: Chętnie skleciłbym szereg pięknych zdań
Ernest Dyczek, Marek Feliks Nowak


Sztuka nie jest biznesem, na którym można zarobić. Takie zdanie wypowiedział Walter Kappacher w trakcie mojej (E.D.) z nim rozmowy w Salzburgu w 1974 roku. Wręczył mi swoją pierwszą wydaną powieść Morgen (Jutro), którą uznałem, mimo przestróg autora, za godną zaprezentowania polskiemu czytelnikowi. Niestety, PRL-owskie stosunki wydawnicze (wydawnictwa „zaklepywały” sobie na zasadzie „kto pierwszy, ten lepszy” w ówczesnym Ministerstwie Kultury i Sztuki wyłączne prawo do wydawania książek) nie pozwoliły na edycję przekładu: opcję na Morgen zarezerwowało sobie Wydawnictwo Poznańskie – które jednak nie podołało trudnościom wydania powieści. Chciało ją potem w naszym (moim i Marka F. Nowaka) tłumaczeniu opublikować Wydawnictwo Literackie, ale nie uzyskało zgody. Później tłumaczyliśmy i publikowali w czasopismach kilka opowiadań Kappachera, pragnąc w ten sposób zainteresować polskiego czytelnika nieznanym (jak się okazuje, do dziś) autorem. Powieść, po lekturze której Martin Walser stwierdził, iż „zaczął podziwiać Kappachera”, nadal czeka na polski przekład, zwłaszcza że w 2009 ukazało się jej wznowienie. Walser w recenzji zamieszczonej na łamach „Die Zeit” napisał o Morgen, iż jest najbardziej wyciszoną książką, jaką zna, podkreślając jednocześnie, że o jej pięknie decyduje prostota, z jaką autor kreśli poczynania nieprzystosowanego do życia bohatera, niepotrafiącego znieść przytłaczającej go biurowej codzienności.   [Czytaj]
POLSKA TELEWIZJA SATANISTYCZNA
Mariusz Urbanek
A więc stało się. Polska telewizja, i to nie tylko publiczna, została opanowana przez Księcia Ciemności i jego przedstawiciela na ziemi – Nergala.
Pierwszy krok, którym było zaproszenie wokalisty grupy Behemeot Adama „Nergala” Darskiego do roli jurora w programie „The Voice of Poland”, pociągnął za sobą następne. Mimo protestów Episkopatu, katolickich dziennikarzy oraz posłów Prawa i Sprawiedliwości kolejne programy i stacje opanowywane są przez wysłanników Szatana. A to jeszcze nie koniec. Reporterom „stanu przejściowego” udało się zdobyć tzw. ramówki programowe najważniejszych polskich nadawców telewizyjnych, które mają zacząć obowiązywać od początku przyszłego roku.   [Czytaj]
Paweł Kaczmarski
Człowiek za wierszem
Konrad Góra: Pokój widzeń. WBPiCAK, Poznań, s. 52.


Druga książka poetycka Konrada Góry nie „odcina się” od Requiem dla Saddama Husajna i innych wierszy dla ubogich duchem, przeciwnie – jest jego naturalnym przedłużeniem, także w sensie wspólnych założeń. Jeśli więc idzie o relację między debiutem i drugim zbiorem wierszy, Górę zestawić można z innymi świetnymi debiutantami ubiegłej dekady: Szczepanem Kopytem czy Robertem Rybickim.   [Czytaj]
O trudnościach wydawania pisma w USA i smutkach Polonii
z Janem Latusem, redaktorem naczelnym nowojorskiego „Nowego Dziennika”, rozmawia Aleksandra Ziółkowska-Boehm



Przypomnijmy: „Nowy Dziennik” został założony w 1971 roku przez Bolesława Wierzbiańskiego, który jako polityczny emigrant przybył do Stanów Zjednoczonych po II wojnie światowej. Pismo doczekało się monografii pióra Stefanii Piątkowskiej Stepaniak, wielu omówień, a przede wszystkim, od założenia, przez całe lata, aż do dzisiaj, zajmuje czołowe miejsce wśród tytułów światowej polonijnej prasy.

  [Czytaj]
Wiejski matołek, czyli poeta obywatel
Grzegorz Tomicki
1. Typowy, a nawet stereotypowy, artysta to ktoś z gruntu nietypowy właśnie – oryginał, odmieniec, outsider, często samotnik, uciekinier ze społecznej rzeczywistości, ze skłonnością do zachowań ekscentrycznych i ekscesywnych. Taki też jego wizerunek wyłania się z książki Doroty Wodeckiej Mężczyźni rozmawiają o wszystkim, w której znajdujemy osiemnaście rozmów autorki z intrygującymi przedstawicielami płci męskiej, w znakomitej większości artystami.
Prawdziwa wolność jest samotnością – mówi np. Andrzej Stasiuk. – Bez poglądów, bez niczego. Pustka. I definiujesz swoją samotność wobec świata, wobec śmierci. Samotność otwiera szansę dla potencjalności, dla artysty jest to więc stan wielce pożądany, źródełko twórczości. Dlatego osiedlając się w miejscu cokolwiek odludnym, może o nim powiedzieć: Literacko to jest niezłe miejsce.
To jednak, co jest „niezłe literacko”, niekoniecznie musi być takie egzystencjalnie, a źródełko twórczości nie zawsze, a może nawet bardzo rzadko, okazuje się również źródełkiem radości. Myśl ta nieobca jest pewnie Jerzemu Pilchowi, który w swoim dosadnym i ironicznym zarazem stylu stwierdza: Zawsze i właściwie we wszystkich dziedzinach byłem outsiderem. Np. jakieś 80 procent wódki sam wypiłem w życiu. Ja uwielbiam sam!   [Czytaj]
POSKŁADAĆ POLSKĘ Z KAWAŁKÓW
Z profesorem Michałem Kleiberem, prezesem Polskiej Akademii Nauk, rozmawia Magdalena Bajer
Porozmawiajmy o jakości nauki w Polsce. Myślę o poziomie badań, stylu ich uprawiania, przekazywaniu wiedzy młodym, relacjach w zespołach badawczych...
– Powiem najpierw krótko, że średni poziom nauki w Polsce jest... średni. Ale z nauką jest tak jak z każdą dziedziną życia publicznego, której dużą część stanowi twórczość. Ona żyje osiągnięciami indywidualnymi, ale żeby te osiągnięcia zaistniały, niezbędna jest pewna masa krytyczna, wiele osób musi coś robić, nie odnosząc spektakularnych sukcesów, żeby stworzyć podwaliny pod sukcesy tych niewielu, najbardziej twórczych.
Od poziomu tła zależy ranga sukcesów indywidualnych?
– Tak. W Polsce mamy rozbudowany system badań naukowych – tych stanowiących tło – a wielkich sukcesów stosunkowo mało. Niektóre z nich są bardzo spektakularne, niestety, nawet nimi media się nie interesują. A byłoby to korzystne nie tylko dla nauki, ale przede wszystkim dla całego społeczeństwa. Odpowiadając jeszcze dokładniej na pani pytanie o jakość nauki, powiem, że mogłoby być o wiele lepiej.
Gdyby?   [Czytaj]
Wisława Szymborska
LUSTRO
Tak, pamiętam tę ścianę
w naszym zburzonym mieście.
Sterczała prawie do szóstego piętra.
Na czwartym miała lustro,
lustro nie do wiary,
bo nie rozbite, przytwierdzone mocno.


Nie odbijało już niczyjej twarzy,
niczyich rąk układających włosy,
żadnych drzwi naprzeciwko,
niczego, co by można nazwać
miejscem.

  [Czytaj]
OBYWATELE KONTRA POLITYCY czyli Polska częściowo jednomandatowa
Mariusz Urbanek
Październikowe wybory będą dla polskiej sceny politycznej próbą szczególną. Nie dlatego, że po raz pierwszy od 1989 roku władzę będzie prawdopodobnie sprawować przez drugą z rzędu kadencję ta sama partia (prawdopodobnie w tej samej koalicji), ten sam w dużej części gabinet, z tym samym premierem na czele. A być może nawet, przy sprzyjającym zbiegu okoliczności, samodzielnie.

  [Czytaj]
Splagiatować, zdać, zapomnieć
Tomasz Kozłowski
Sesja, sesja i po sesji. Z racji wykonywanego zawodu niejednokrotnie mam okazję wymieniać z kolegami po fachu doświadczenia związane z panoszącą się wokoło plagą plagiatów. Wnioski są bolesne. Przede wszystkim okazuje się, że jednym z bardziej liczących się kryteriów oceny pracy pisemnej jest już sam stopień jej samodzielnego wykonania.

  [Czytaj]
Umysł literacki i środowisko mediów
Anna Nasiłowska
UMYSŁ I MEDIA
W 1934 roku Stefania Zahorska ogłosiła artykuł pod prowokacyjnym tytułem Co powieść zawdzięcza filmowi? Film był wtedy sztuką młodą, nie w pełni ukształtowaną, za datę założycielską dla dziedziny filmu artystycznego uważa się rok 1908. Wynalazek jednoczesnego zapisu obrazu i dźwięku na taśmie filmowej liczył zaledwie kilka lat, a możliwość filmu barwnego była dopiero testowana w Stanach Zjednoczonych. Od czasu filmu Pancernik Potiomkin (1925) Eisensteina wiadomo było jednak, jak bardzo istotnym elementem artystycznym jest montaż. Właśnie w tej dziedzinie Zahorska rozpoznaje wpływ filmu na sposób konstruowania narracji powieściowej; fragmentaryczność, dynamiczne podejście, swobodny przepływ obrazów, jednoczesność, elastyczne traktowanie czasu – to cechy nowej wrażliwości, która jej zadaniem stała się widoczna w literaturze. Jej przejawy dostrzegała na przykład u Brunona Schulza. Z drugiej strony w jej Listach z Nowego Wschodu mowa jest o seminarium Eisensteina w Instytucie Filmowym w Moskwie; na przełomie lat 1934/1935 roku uczestniczyła w dyskusjach nad Ulissesem Jamesa Joyce’a i możliwościami przeniesienia tego typu prozy na ekran. Technika monologu wewnętrznego inspirowała filmowców, usilnie poszukiwano odpowiednika narracji subiektywnej w filmie.   [Czytaj]
Brecht, pakt Ribbentrop-Mołotow i Polska
Heinrich Olschowsky
Rok 2009 przyniósł nam wiele wspomnień. Powody, które pobudziły te wspomnienia, wykraczały poza samą siedemdziesiątą rocznicę rozpoczęcia II wojny światowej; sięgały także tego, co tę wojnę poprzedziło, co stanowiło jej uwerturę: mianowicie wracały do paktu Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939 roku.
Dopiero jesienią 1989 ludy Europy Środkowo-Wschodniej, podlegające sowieckiej hegemonii i rodzimej dyktaturze partyjnej, doświadczyły wyzwolenia, które obywatelom Europy Zachodniej przyniósł koniec II wojny światowej. To opóźnienie wywoływało − i wywołuje wciąż − podkreślane w krajach Zachodu irytujące ambiwalencje europejskiej kultury pamięci, które dotyczą zarówno końca, jak też początku wojny. Co oznaczał dla Europy ów pakt o nieagresji, który Sebastian Haffner określił mianem „diabelskiego paktu”, i jak głębokie były jego konsekwencje dla kultury politycznej kontynentu? Historyczna pamięć na Wschodzie i Zachodzie, a szczególnie w Niemczech i Polsce, formułowała różne odpowiedzi na te pytania…

  [Czytaj]
Polscy pisarze w Niemczech
Rainer Mende
Wędrowcy graniczni, kiełboludy i destruktorzy mitów
Prawie niewidoczni, w życiu publicznym występują sporadycznie, ich teksty rzadko drukuje się w Niemczech, mimo to są wszędzie: autorzy pochodzący z Polski, żyjący w Niemczech, ale piszący po polsku. Ich koledzy, jak Dariusz Muszer, Artur Becker, Radek Knapp czy Adam Olschewski, którzy obrali uciążliwą drogę zmiany języka, odnieśli sukces – sąsiedzi rozumieją ich i czytają. Ci, którzy są wierni językowi swoich rodziców, zdecydowali się natomiast na częściową izolację. Większe grono ich czytelników żyje daleko od nich w innym kraju. Zasięg kulturowy tych autorów nie pokrywa się z tym, w którym na co dzień funkcjonują. Może właśnie dlatego owi wędrowcy graniczni (Grenzgänger) są tak wyjątkowi w kolorowym świecie literatury

  [Czytaj]
BEDNARCZYKOWIE I ICH OFICYNA
Regina Wasiak-Taylor
Z polskiego Londynu odeszła Krystyna Bednarczyk, współzałożycielka legendarnej już Oficyny Poetów i Malarzy, jednego z najbardziej zasłużonych wydawnictw emigracyjnych. Wraz z mężem Czesławem (1912−1994) stworzyła wyróżniający się w polskiej diasporze tandem, który nazwałabym: wydawniczym, typograficznym i poetyckim. W związku ze śmiercią Krystyny Bednarczyk należałoby wrócić do początków tego niezwykłego w historii polskiej książki zjawiska, w kraju jednak nie najlepiej znanego.

  [Czytaj]
Pochwała deszczu
XAVIER GRALL
Xavier Grall (1930–1981) – urodził się w miasteczku bretońskim Landivisiau (Finistère, Bretania, Francja) w starej rodzinie bretońskiej, uczył się w liceum w Saint-Malo, a następnie w wyższej szkole dziennikarskiej w Paryżu (1952). Służbę wojskową odbył w Algierii i Maroku w latach 1953–1954. Reporter, później redaktor naczelny tygodnika „La Vie catholique”, współpracownik wielu paryskich i bretońskich czasopism. Od 1968 wolny dziennikarz. Angażował się piórem w walkę autonomistów bretońskich. W 1973 opuścił Paryż i osiedlił z rodziną w Botzulan, niedaleko Pont-Aven, gdzie dużo pisał i gdzie przedwcześnie zmarł. Uznany i płodny poeta, prozaik, publicysta, postać kluczowa we współczesnej literaturze bretońskiej. W kulcie Bretanii dostrzegał nie ograniczenie, ale wzbogacenie uczuć uniwersalnych i nowoczesnych. Jego najważniejsze dzieła to nagrodzona Prix Bretagne proza La fête de nuit (1972) oraz zbiory wierszy Le rituel breton (1965) i Solo et autres poèmes (1981).
Przetłumaczone felietony publikowane były w czasopiśmie „Le Monde”, począwszy od 1974 roku. Ukazały się następnie w wersji książkowej pod tytułem Et parlez-moi de la terre (1983). Przekład z języka francuskiego za zgodą © Françoise Grall, wdowy po pisarzu.


  [Czytaj]
Gniew rolnika indywidualnego
Hubert Klimko-Dobrzaniecki
To, że chłop żywemu nie przepuści, wiadomo nie od dziś. Proszę mi wierzyć, nie chcę dołożyć rolnikom indywidualnym. Ale nie da się zaprzeczyć, że Anders Behring Breivik rolnikiem indywidualnym był. Skończył nawet studia rolnicze w Oslo i od pewnego czasu posiadał małe, indywidualne gospodarstwo rolne. Ponieważ gniew budował się w rolniku indywidualnym, nie pożytkował nawozów do nawożenia. Pozyskiwał z nich substancje, które wykorzystał w skonstruowaniu ładunków wybuchowych. I okazał się sprawnym piromanem. Bomby sklecone przez niego wybuchły w rządowej dzielnicy Oslo, zabijając kilka osób i raniąc kilkadziesiąt innych. Norwegia wstrzymała oddech drugi raz, bo poziom frustracji Breivika był tak wysoki, że musiał sobie jeszcze postrzelać. Z zimną krwią zastrzelił kilkudziesięciu uczestników obozu młodzieżówki partyjnej na wysepce Utoya. Norwegia trzeci raz wstrzymała oddech, ponieważ zamachowiec nie miał wielgachnego nosa i blisko niego osadzonych oczu. Nie miał też długiej brody i turbanu na głowie. Rzeźnikiem okazał się niebieskooki blondyn mówiący po norwesku bez akcentu. Co, jak wiadomo, udaje się tylko tam urodzonym i wychowanym. Gazety ogłosiły, że norweski system, polegający na dużym zaufaniu państwa do obywatela, padł. Myślę, że ten system padł kilka lat wcześniej, a konkretnie w roku 2004. Właśnie tamtego roku w Muzeum Muncha pojawiło się dwóch osobników. W biały dzień bez żadnych problemów wynieśli Krzyk i Madonnę. Zdaję sobie sprawę, że masakra i kradzież obrazów to sprawy bardzo odbiegające od siebie. Ale nie do końca. W 2004 roku okazało się, że nie można ufać bezgranicznie, i nie wyciągnięto wniosków. Lipiec 2011 postawił przysłowiową kropkę nad i.   [Czytaj]
Niebezpieczne przedmioty
Piotr Kosiewski
Surrealizm stał się klasyką. Dali i inni zostali zaanektowani przez kulturę popularną, a po „chwyty” nadrealistów od dawna sięgają masowe media i reklama. Czy dziś uda się powiedzieć coś nowego, zaskakującego o surrealizmie? Wystawa we frankfurckim Schirn Kunsthalle udowadnia, że jest to możliwe.

  [Czytaj]
Niebezpieczne związki
Piotr Nowak
Hannah Arendt, Martin Heidegger: Korespondencja z lat 1925−1975. Przełożyła Sława Lisiecka, Warszawa 2010, s. 372.


Większość mężczyzn po czterdziestce czuje się tak, jakby przed chwilą zdała maturę. Nie akceptują wizerunku, jaki podsuwa im lustro. Nie uznają siebie. Buntują się przeciw opuszczającemu ich ciału, przeciwko nieodwracalnej utracie świeżości – własnej i świata, w którym żyją. Wiedzą, że są bladymi kopiami samych siebie sprzed lat, i tę wiedzę starannie zacierają. Z nauczycielami akademickimi jest nawet gorzej. Tkwią w fałszywym przeświadczeniu, że zmieniają się wszyscy, ale nie oni. Studenci przychodzą, zdają egzaminy (albo i nie), starzeją się, następnie odchodzą. Jedynie oni, akademicy, zachowują wieczną młodość; im jednym czas pobłaża. Łatwo to zrozumieć. Wciąż uczą „te same” młode osoby, które z coraz większym trudem przychodzi im od siebie odróżniać. Tym, co narzuca się ich perspektywie w pierwszym rzędzie i co zniekształca ich własne położenie, jest młodość jako taka, młodość doświadczana en masse, która niejako z natury żywi się ułudą, jest iluzoryczna.   [Czytaj]
Jubileusz ZPAP
Barbara Baworowska
Wierząc głęboko, że wrażliwość estetyczna jest zawarta immanentnie we wrażliwości etycznej, szanując dorobek wszystkich artystów-członków i działaczy Związku Polskich Artystów Plastyków oraz pragnąc zapewnić uporządkowane pole społecznej aktywności naszym następcom, w trosce o dobre imię i ekonomiczną bazę kultury postanawiamy...
Preambuła Stautu ZPAP 2006

  [Czytaj]
ODSŁONIĘTY BIUST NAPOLEONA
Jacek Dobrowolski
Napoleonowi Bonaparte, jedynemu cesarzowi wolnych Polaków, należało przywrócić pomnik w Warszawie na placu Powstańców Warszawy, który od roku 1921 do 1950 r. nosił też jego imię. To pod pomnikiem Napoleona atakiem na gmach Prudentialu rozpoczęło się Powstanie Warszawskie. Słusznie, że jest to popiersie z brązu z dwoma orłami zrywającymi się do lotu, a nie pomnik konny, jaki ma książę Józef Poniatowski, bowiem Napoleon, mimo że był militarnym geniuszem, okazał się arcydestrukcyjnym politykiem.
Ten brutalny „bóg wojny”, burzyciel tronów i budziciel narodów, nie jednoczył Europy dla niej samej, lecz tylko dla siebie. Choć Francji przydał glorii i dał jej swój Kodeks, niebywale ją wykrwawił, a Polsce, oprócz zaoferowania Księstwa Warszawskiego, w rezultacie zuchwałej wyprawy na Moskwę zafundował niewolę. Był geniuszem m.in. dzięki niebywałej podzielności uwagi, potrafił np. dyktować osiem listów jednocześnie. Tym niemniej ten narcystyczny astrologiczny Lew szedł po trupach, nie licząc się z nikim i z niczym. Sam koronował się na cesarza. Pacyfikował dążące do wolności narody, jak np. Hiszpanów czy mieszkańców Santo Domingo, w czym, niestety, pomagali mu nasi zaślepieni rodacy, łudząc się, że robią to dla dobra ojczyzny. Książę Sułkowski tak pisał o tym z Hiszpanii w liście do swej żony: Dlaczegóż los rzucił nas do tego barbarzyńskiego kraju, którego wszystkich mieszkańców należałoby powybijać.   [Czytaj]
Jubileuszowy Festiwal
Małgorzata Pośpiech
„Tribeca to festiwal, który porusza wyobraźnię, inspiruje i wiąże nowojorczyków – szczególnie mieszkańców Tribeki, dzielnicy Manhattanu, którą najmocniej dotknął atak terrorystyczny we wrześniu 2001” – powiedzieli na otwarciu tegorocznego festiwalu jego założyciele Jane Rosenthal i Robert De Niro. W tym roku festiwal Tribeca Film (20 kwietnia – 1 maja) obchodził hucznie swoje dziesięciolecie. Prawie pół miliona widzów uczestniczyło w projekcjach, dyskusjach i spotkaniach z twórcami filmów. Imprezę otworzył film dokumentalny Camerona Crowe’a The Union, poświęcony pracy Eltona Johna i Leona Russella nad nowym albumem; projekcję poprzedziło wprowadzenie Martina Scorsesego i koncert bohatera filmu.   [Czytaj]
Wiersze stamtąd, czyli Useful Knowlegde
Bartosz Sadulski, Przemysław Witkowski
ÓSMY ARKUSZ ODRY




Po ubiegłorocznym rządzie poetów (w numerze lipcowo-sierpniowym) teraz wysyłamy literatów w świat, żeby zdali nam relacje ze swoich ekskursji, bytności u wód i wielkiej emigracji. Skoro mamy wakacje, sprawdźmy, gdzie i dlaczego pojawiają się na horyzoncie literaci oraz co i dlaczego zagnało ich do Nowego Jorku, Krems nad Dunajem, Londynu czy Llobregat. Do odpowiedzi na to pytanie zaprosiliśmy Krzysztofa Bąka, Jacka Dehnela, Mariusza Grzebalskiego, Konrada Górę, Przemysława Owczarka, Edwarda Pasewicza i Adama Wiedemanna.   [Czytaj]
wieczór
Jarosław Mikołajewski





koty zastygają w azteckie posążki
autobusy kręcą bicze reflektorów
a ja umieram w nieznanej religii
z myślą o tych których nie przeproszę
jak gdyby to oni umierali a ja nie zdążyłem
na swój pogrzeb w ich ostatnim spojrzeniu



  [Czytaj]
Gest dobroci na koniec świata
Jan Topolski
Tegoroczny, 64. Festiwal Filmowy w Cannes minął pod znakiem końca: życia (w mikrowymiarze) i świata (w makrowymiarze). Ten ton narzuciły przede wszystkim dwa wielkie filmy konkursowe od początku wymieniane w roli faworytów i już goszczące w polskich kinach: Drzewo życia Terrence’a Malicka i Melancholia Larsa von Triera.

  [Czytaj]
Każdy mój film jest „po przejściach”
Z Wiesławem Saniewskim rozmawia Piotr Czerkawski
Piotr Czerkawski: Przed wrocławską premierą Wygranego powiedział pan, że tonacja tego filmu może nas zaskoczyć. Rzeczywiście, pogodny klimat opowieści o życiowych dylematach młodego pianisty Olivera nie przypomina posępnej atmosfery Nadzoru czy Bezmiaru sprawiedliwości. Co sprawiło, że akurat na tym etapie kariery zdecydował się pan na nakręcenie filmu tak jasnego i pełnego nadziei?
Wiesław Saniewski: Wygrany wcale nie jest pierwszym „jasnym i pełnym nadziei” filmem w moim dorobku. Właściwie wszystkie moje filmy niosą nadzieję, nawet gdy – jak Wolny strzelec, Nadzór, Dotknięci czy Bezmiar sprawiedliwości – mają tonację ciemniejszą. Zresztą o takim, a nie innym charakterze Wygranego nie zdecydowałem w ciągu ostatnich kilku miesięcy; pierwszą wersję scenariusza napisałem prawie dwadzieścia lat temu. Faktem jest jednak, że ostatnio znacznie bardziej niż dawniej czułem potrzebę takiego właśnie filmu i takich postaci. W przestrzeni publicznej dzieje się coś złego i niesłychanie niszczącego. Pojawia się tyle toksycznej energii i wciąż podsycanych złych emocji, że człowiek zaczyna się dusić. W takim kotle silniejsze staje się pragnienie pozytywnych, empatycznych bohaterów i przywołanie wartości tak istotnych i tak zarazem podstawowych, jak przyjaźń czy ludzka solidarność, rozumianych nie politycznie, a zwyczajnie po ludzku – jako współodczuwanie i dzielenie się z innymi. Także bezinteresowność. Wreszcie potrzeba autonomii i wolności. Ich ceną będzie dla Olivera krok, zdawałoby się, niemożliwy: rezygnacja z tego, co było celem nadrzędnym; efektem katorżniczej pracy i wieloletnich wyrzeczeń. Świadoma rezygnacja z dotychczasowego życia, z atrakcyjnych podróży i lukratywnych kontraktów, zaszczytów, światowej kariery, sławy. Z tego, co jest często niedościgłym marzeniem większości artystów. Rozmowa młodego pianisty z podziwianym profesorem i jurorem jest szokiem, brutalnym zderzeniem prostolinijności i wiary w uczciwe reguły – z ordynarnym szwindlem „w białych rękawiczkach”. Procederem sankcjonowanym, mającym ciche przyzwolenie; o którym mówi się bez wstydu. Z oszustwem, które kiedyś odebrało mu zwycięstwo, a teraz mogłoby go wywindować na szczyt światowego rankingu. To moment przełomowy w życiu Olivera, z „szansy” oferowanej przez Karloffa nie skorzysta. Nie wie jeszcze, co dalej, ale jednego jest pewien: chce żyć na własnych warunkach, a nie według cudzego, narzuconego scenariusza. Postanawia odciąć się od świata konkursowych fikcji i karier za wszelką cenę; od handelków, uprzedmiotowiania go jako artysty i życia „na smyczy”. Ta decyzja – dla niektórych pewnie niezrozumiała, nawet dziwaczna – jest aktem wyjątkowej odwagi i świadomości Olivera. Także uczciwości, co może nie dla każdego jest jasne.   [Czytaj]
Co było, co zostanie…
Paweł Taranczewski
GŁĘBOKO PORUSZYŁA MNIE KSIĄŻKA KRYSTYNY CZERNI Nietoperz w świątyni. Jerzego Nowosielskiego i jego żonę Zofię znałem, w domu ich bywałem przez z górą rok, niemal co dzień, z Nowosielskim współpracowałem, przez jakiś czas patrzyłem na malarstwo jego oczyma, wiele mu zawdzięczam…
Najpierw pochwały. Ponieważ jest to biografia sensu stricto – autorka wyraźnie to stwierdza – konieczne było jakieś uporządkowanie materiału. Krystyna Czerni wprawdzie trzyma się następstwa wydarzeń, jednak skupia je wokół kilku punktów odniesienia, wyodrębniając tym samym części: Rodowód, Szkoła przetrwania, Między piekłem a niebem, Artysta w PRL-u, Cena sukcesu. Nie będę ich streszczać, wystarczy, jeśli powiem, że w Nowosielskim, w jego rozdwojeniu i wielostronności, szerokości spojrzenia i uprzedzeniach, w ostrym widzeniu dramatycznych przeciwieństw i poszukiwaniach syntezy – w tym wszystkim, dzięki biografii Czerni, widzimy dramat wieku XX: religijny, teologiczny, polityczny… I choć wiele innych żywotów pozwala nam ten dramat sobie uświadomić (choćby losy przyjaciela artysty, księdza Jerzego Klingera), to jednak Nowosielski był malarzem, artystą, co przenosi tę kwestię na inną płaszczyznę.   [Czytaj]
Dziesięć powodów, dla których Wrocławiowi powinno się odebrać tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016
Mariusz Urbanek
Po ogłoszeniu, że Europejską Stolicą Kultury w roku 2016 będzie Wrocław, przez Polskę przelała się fala oburzenia. Że skandal, że oszustwo, że inni byli lepsi, ale przegrali, bo byli uczciwi, i w ogóle to „przenieście nam stolicę do Lublina, Katowic, Gdańska, Warszawy”* (*niepotrzebne skreślić).
Przedstawiamy poniżej dziesięć zgłoszonych przez konkurentów powodów, dla których tytuł powinien być Wrocławiowi odebrany.   [Czytaj]
Walizka z podwójnym dnem
Mirosław Ratajczak
Hanna Krall: Biała Maria. Świat Książki, Warszawa 2011, s. 144.
Na okładce Białej Marii znalazła się fotografia drewnianej sfatygowanej walizki, pewnie jeszcze przedwojennej. Walizka stoi na krótszym boku, pionowo, stabilizuje ją uchylone, jak drzwi szafy, wieko. Jest pusta.
Mówiąc ściśle, tak wygląda obwoluta. Na ukrytej pod nią okładce znajduje się ta sama walizka, niemal w lustrzanym odbiciu. Niemal – bo jest zamknięta.
Wojciech Tochman w rozmowie zapytał ostatnio Hannę Krall: Dlaczego pani zdaniem warto przeczytać Białą Marię?   [Czytaj]
Miłosz nadal – we Wrocławiu
Ewa Wrona
Majowy Festiwal Czesława Miłosza we Wrocławiu jako jedno z wydarzeń towarzyszących obchodom Roku Poety w kraju rozpoczął się warsztatami prowadzonymi przez Katarzynę Grubek i Aleksandrę Czetwertyńską w ramach programu edukacyjnego Centrum Edukacji Obywatelskiej oraz Wydawnictwa Szkolnego PWN Miłosz odNowa. Podczas nich młodzież ze szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych prezentowała swoje oryginalne projekty inspirowane życiem i twórczością autora Rodzinnej Europy. Serię spotkań z zagranicznymi gośćmi, których tematem przewodnim było wygnanie, zainaugurował Adonis wraz ze swoim polskim tłumaczem Hatifem Janabim. Opowiadał on m.in. o Paryżu, w którym mieszka już przeszło ćwierć wieku, oraz o swoim stosunku do poezji i religii. W późniejszym panelu poetyckim wzięli udział Jane Hirshfield, Edward Hirsch oraz Bei Dao. Występujący tu czytali swoje wiersze, a najbardziej ożywiła publiczność relacja Hirshfield – o jej pierwszym spotkaniu z polskim poetą, zakończona szczerym wyznaniem, że trochę zakochała się w Miłoszu, który z kolei „kochał, kiedy kobiety były w nim zakochane”. Punktem wyjścia do krytycznej dyskusji podczas panelu otwierającego wrocławskie spotkania miłoszowskie w następnym dniu – z udziałem Krzysztofa Jaworskiego, Edwarda Pasewicza, Adama Poprawy i Krzysztofa Siwczyka – była niedawna publikacja książki Rodzinna Europa. Pięć minut później pod redakcją Anny Kałuży i Grzegorza Jankowicza. Pozycję tę inspirowała próba nowej lektury Rodzinnej Europy Miłosza, dokonana przez zaproszonych twórców, między innymi gości panelu. Uczestnicy spotkania dowiedzieli się tu na przykład, że Pasewicz zazdrości Miłoszowi jego tożsamości historycznej – to jego (Pasewicza) pokolenie miało być pokoleniem zakorzenionym w swoich ziemiach, ale nic z tego nie wyszło z powodu serwowanych kiedyś kłamstw dotyczących ich tożsamości. Krzysztof Jaworski mówił o tym, co go w Miłoszu irytuje – czyli o cechującej jego zdaniem wystąpienia poety nieznajomości pewnych kwestii historycznoliterackich. Spostrzeżenia Jaworskiego Poprawa dosyć ostro podsumował stwierdzeniem, że Miłosz naginał rzeczywistość i historię – kiedyś na przykład opowiadał o dwudziestoleciu i w swojej wypowiedzi całkowicie pominął Przybosia.   [Czytaj]
Odeszła Krystyna Bednarczyk
Wojciech Mierzejewski
Nazwisko Krystyny Bednarczyk dobrze zapisało się w polskim środowisku kulturalnym na Wyspach Brytyjskich. Wraz ze swym mężem Czesławem była współzałożycielką słynnej Oficyny Poetów i Malarzy w Londynie, w latach 2005−2010 prezesem Związku Polskich Pisarzy za Granicą oraz poetką. Odeszła 29 kwietnia 2011.
Życie Bednarczyk należało do niezwykle bogatych i pracowitych. Mimo przebytej w młodości choroby płuc niespożycie zajmowała się zajęciami w oficynie i drukarni. Wydając w szacownej firmie edytorskiej około tysiąca pozycji książkowych i wiele czasopism, udowodniła na emigracji, że wielkie rzeczy można robić niezależnie od warunków, czasu i miejsca. Publikowano w Oficynie nie tylko polską, ale także angielską i obcą literaturę. Pamiętajmy: polska diaspora rozproszona po wojnie na Wyspach podzielona była na obozy polityczne i nie mogła, albo często nie chciała, kontaktować się z krajem – a Bednarczyk pozostawała w opozycji do jej zaleceń.   [Czytaj]
Przednówek polityczny
Ernest Skalski
Platforma jaka jest, taka jest, ale tylko jej zdecydowane zwycięstwo stwarza w Polsce możliwość realizacji jakiejkolwiek linii politycznej. Realną alternatywą nie wydaje się władza jakiejkolwiek innej partii i realizacja jej polityki, lecz dalsze trwanie jakiegoś klinczu politycznego. I dlatego sukces PO wydaje się optymalnym rozwiązaniem w perspektywie okresu wyborczego 2009−2011.
Tak kończyłem artykuł dla „Odry” w listopadzie 2009 i tak zaczynam artykuł pisany w czerwcu 2011 roku. Sukces PO nadal uważam za optymalny, ale już mniej prawdopodobny niż półtora roku temu.

  [Czytaj]
Przewodnicy duchowi – gatunek ginący
Józef Kozielecki
We współczesnym świecie nie widzę wielkich autorytetów moralnych czy duchowych.
Václav Havel (2008)



W połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku pracowałem jako stypendysta w Stanford University w Kalifornii. Postanowiłem sobie, że w czasie pobytu w Ameryce postaram się spotkać z luminarzami kultury i nauki, którzy byli niemile widziani w moim kraju.


  [Czytaj]
b>Melancholia i utopia
Łukasz Musiał


Dla W.D.
I
Jest taki obraz:
surowy, ascetyczny pokój, nie wiadomo – hotel to czy dom? Z przodu widać kobietę, mniej więcej czterdziestoletnią, stoi obok łóżka. Naga, wyprostowana, w prawej dłoni niedbale trzyma napoczęty papieros, zapewne pierwszy tego dnia. Wciąż może uchodzić za atrakcyjną, choć spieszący ulicą mężczyźni już chyba przestali się za nią oglądać – niedawno przeszła na drugą stronę kobiecości, a może i życia. Zrazu myślimy, że śledzi wzrokiem żywiołowy taniec promieni słonecznych wpadających do pokoju przez otwarte okno. Lecz to tylko złudzenie. Oczy kobiety są wszak zamknięte, jak gdyby za wszelką cenę nie chciały czegoś ujrzeć, czegoś, co mimo wciąż silnego słońca kładzie się cieniem na całą tę scenę. Owa podskórna, nieokreślona ciemność wypełnia obraz nieomal bez reszty, zda się, że jeszcze chwila, a rozsadzi go z hukiem od wewnątrz, grzebiąc pod sobą – pokój? Kruchy świat? Rzeczywistość zbyt nierzeczywistą, by przetrwała napór cieni? Kobietę, która pewnego ranka budzi się i stwierdza, że nic już nie będzie tak jak przedtem, bo jej ciało, jej własne czterdziestoletnie ciało – szare, starzejące się, wiotczejące – zaczyna się z wolna rozpadać? Jakby tego wszystkiego świadoma, A woman in the sun (taki właśnie tytuł nosi obraz Edwarda Hoppera z roku 1961) odwraca wzrok od świata skazanego na powolne odchodzenie. Nie chce patrzeć na jego przemijanie, wszak w ostatecznym rozrachunku okazuje się ono przemijaniem jej samej, jej własną rozłożoną na raty śmiercią. Jeśli gdziekolwiek szukać przed nią ocalenia, to być może tylko tam – pod spuszczonymi powiekami, w świecie, który jest wyłącznie mój, stworzony na moich warunkach i całkowicie posłuszny pragnieniom. Pewnego dnia – może już jutro, może za lat dziesięć albo dopiero na starość – przychodzi po nas Saturn; wtedy zamykamy oczy, zdławieni melancholią, poczuciem nieuniknionego rozpadu. Wschód słońca nie przynosi już, inaczej niż dotąd, nadziei, oznacza po prostu kolejny dzień mniej, jeszcze jeden w rejestrze wykreślonych. Dlatego, choć stoimy w świetle, na środku rzeczywistego pokoju, zaciągając się rzeczywistym papierosem i wdychając rzeczywiste powietrze, swojej nadziei szukamy gdzie indziej, pod powiekami, owym miejscu-niemiejscu. W obliczu melancholijnego doznania kruchości życia tylko ona, utopia, przez chwilę lub dwie, potrafi zatrzymać nieuchronny bieg czasu.   [Czytaj]
Uprowadzenie Adama Ważyka albo o czytaniu terrorystycznym
Marta Koronkiewicz


1.
Zawodowy czytelnik, lektura instytucjonalna – przed 1989 rokiem te określenia niepokojąco precyzyjnie opisywały cenzora. Dzisiaj przyznają się do nich akademiccy krytycy (choćby Dariusz Nowacki) i etatowi recenzenci. Czytelnikiem z zawodu jednak może być również ten, kto czyta i pisze o własnym czytaniu, bo zawiódł się na czytaniu cudzym. Z drugiej strony zawodowy czytelnik bywa czytelnikiem zawodnym – zbyt skupiony często na własnym instrumentarium albo zbyt przejęty tygodnikowym limitem trzech tysięcy znaków. Czytelnik zawodowy bywa zawodny, gdy klęka przed pisarzem tak samo, jak wówczas, kiedy stojąc na katedrze niby na stołeczku, grzmi na niego z wyżyn swych instytucjonalnych chceń.   [Czytaj]
IV Konkurs Poetycki im. T. J. Pajbosia 2011
1. Organizatorem konkursu jest Staromiejski Dom Kultury w Warszawie oraz redakcja kwartalnika literackiego „Wakat on-line”.


2. Konkurs jest przeznaczony dla osób, które ukończyły szesnasty rok życia i ma charakter otwarty – mogą w nim wziąć udział zarówno twórcy początkujący, jak i autorzy z dorobkiem literackim, członkowie związków lub stowarzyszeń.


3. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest nadesłanie zestawu trzech wierszy o dowolnej tematyce w pięciu egzemplarzach (każdy zestaw osobno zszyty lub spięty!), w formie wydruku komputerowego w formacie A4. Wiersze powinny być opatrzone godłem słownym, a do przesyłki należy dołączyć opatrzoną tym samym godłem zaklejoną kopertę z danymi osobowymi autora (imię i nazwisko, wiek, adres domowy, nr telefonu, adres mejlowy, krótka informacja o dokonaniach twórczych autora).

  [Czytaj]
Przywódca pilnie poszukiwany czyli kiedy polityk ustępuje kelnerowi
Piotr Gajdziński


Współczesna polityka jest pozbawiona prawdziwych, narodowych przywódców, dzisiejsi prezydenci i premierzy to ledwie mniej lub bardziej sprawni administratorzy. Oswoiliśmy się już z myślą, że polityka to nie odwaga, wizja i z żelazną konsekwencją realizowana strategia, ale pragmatyzm rozciągnięty do cynizmu, młócka i szczerzenie zębów przed kamerą.

  [Czytaj]
Tajniacy i figuranciHistoria jednej teczki
Marian Marzyński
Na zegarze bije druga, tajniak na tajniaka mruga… Z wielkiej budy na rogu tłusta panna wygląda, która godzina gówniarzu?, piąta kurwo, piąta.
Julian Tuwim



Z mojej teczki w MSW dowiaduję się, że przez 4 lata byłem tajniakiem. Z lektury tej teczki wyłania się obraz funkcjonującego w PRL przemysłu otwierania listów, podsłuchiwania rozmów telefonicznych, fabrykowania tajniaków i powielania w niezliczonej ilości kopii fałszywych informacji. Robotnicy tego przemysłu nazywają się: ofic. oper., por., kpt., mjr, płk; ich szefowie: tow.

  [Czytaj]
Nieformalna żona premiera
Jacek Piotrowski


W najnowszej historii Polski kobiety rzadko odgrywały istotną rolę. W połowie XX wieku najczęściej były jedynie tłem dla dominujących w życiu publicznym mężczyzn. Warto zatem przypomnieć osobę, która jako partnerka polskiego premiera w przełomowym momencie naszych dziejów odgrywała rolę znaczącą, a której postawa i bohaterstwo zostały później w znacznej mierze zapomniane. Ostatnio – za sprawą kilku obszernych publikacji szczegółowo ujawniających jej tragiczne losy – dowiadujemy się na jej temat coraz więcej . Kim była tajemnicza piękna brunetka, której zdjęcia czytelnik tego artykułu może podziwiać w zasobach Narodowego Archiwum Cyfrowego (NAC), wpisując do internetowej wyszukiwarki tegoż archiwum „Maria Hulewiczowa” ?
Na zachowanych fotografiach widzimy niemal całą sesję zdjęciową pięknej młodej kobiety, której urokowi uległ najwyraźniej nawet rządowy fotograf Czesław Datko. Była wówczas jedynie skromną sekretarką, ale przykuwała uwagę wielu mężczyzn, w tym także premiera RP na uchodźstwie, a zarazem niekwestionowanego lidera ludowców Stanisława Mikołajczyka.   [Czytaj]

JEHUDA AMICHAJ
Nie byłem jednym z sześciu milionów.
I co dotąd w moim życiu? Otwarte zamknięte otwarte




1.
Nie byłem jednym z sześciu milionów,
którzy zginęli w Zagładzie, ani nawet pośród ocalonych,
i nie byłem jednym z sześciuset tysięcy, którzy wyszli z Egiptu,
tylko dotarłem do Ziemi Obiecanej od morza.
Nie byłem pośród nich wszystkich, ale ogień i dym
pozostały we mnie, słupy ognia i słupy dymu pokazują mi
drogę w dzień i w nocy, i zostało we mnie szalone poszukiwanie
wyjść awaryjnych i przytulnych miejsc,
łona kraju, by uciec ku słabości
i ku nadziei, i została we mnie żądza szukania
żywej wody mówiącej cicho do skały szalonym biciem.
Potem milczenie bez pytań i bez odpowiedzi.
Historia Żydów i historia świata
ścierają mnie między sobą, czasem na pył,
jak dwa kamienie młyńskie, i rok słoneczny i rok księżycowy
wyprzedzają jeden drugiego lub ociągają się jeden za drugim,
skaczą i dają memu życiu stały ruch,
a ja czasem wpadam w przestrzeń między nimi,
by się tam ukryć lub pogrążyć.

  [Czytaj]

Paul Celan do Jehudy Amichaja
6, Avenue Emile Zola (15e)


Paris, 7 XI 1969



Drogi Panie Jehudo,


1.
dawno już te wersy byłyby u Pana, lecz zapomniałem zanotować Pana adres, tym samym konieczne było najpierw zasięgnięcie języka u przyjaciela w Tel Awiwie.
Jest dla mnie szczególnie serdeczną potrzebą powiedzieć Panu, jak bardzo mnie ucieszyło, że Pana poznałem, Pana i Pana wiersze, jak chętnie przebywałem w Waszym towarzystwie.
Jestem naprawdę zawstydzony, że orientuję się w Pana hebrajskich wierszach tylko z pomocą angielskich tłumaczeń,

  [Czytaj]
GDZIEKOLWIEK JESTEŚ WŚRÓD CIENI I SŁÓW
Z profesorem Henrykiem Siewierskim rozmawia Henryk Skwarczyński
Henryk Siewierski, ur. we Wrocławiu (1951), absolwent polonistyki i pracownik naukowy UJ, w latach 1981–1985 lektor Języka i Kultury Polskiej w Uniwersytecie Lizbońskim, od 1986 w roku w Brasílii, gdzie jest profesorem literatury w Universidade de Brasília. Opublikował m.in. w „Kulturze” paryskiej Spotkanie narodów (1984), Jak dostałem Brazylię w prezencie (1998), História da literatura Polonesa (2000), Raj nie do utracenia. Amazońskie silva rerum (2006) i wiersze Outra lingua (2007). Przełożył na portugalski m.in. dzieła Brunona Schulza, Bronisława Geremka, Czesława Miłosza i Leszka Kołakowskiego.






Henryk Skwarczyński: Mój ojciec był profesorem literatury, ja chciałem od tego uciec. Dusił mnie gorset złożony z dat i chronologii zdarzeń. Wtedy zacząłem pisać pierwszą powieść. Ale w przypadku Henryka Siewierskiego nie ma sprzeczności. Jesteś profesorem i pisarzem. Uczony nie ciągnie za ucho tego, który jest artystą? Kto jest w tych zapasach górą?   [Czytaj]
HOLENDERSKI ŁĄCZNIK
Jacek Gutorow


We wrześniu 1972 roku amerykański poeta Ron Padgett, przebywający na stypendium we Francji, odwiedził Holandię. Spędził tam zaledwie cztery dni. Ich efektem był niezbyt długi tekst opublikowany później w tomie Tulsa Kid (1979). Tekst wyraźnie okazjonalny, sprawiający wrażenie zbioru szybkich i nieco chaotycznych zapisów z podróży, chwilami przypominający notatnik z informacjami dotyczącymi cen i wydawanych kwot, tytułów oglądanych obrazów, a nawet nazw potraw zamawianych w restauracjach. Nic ważnego, można by powiedzieć. Holenderska dygresja, której znajomość nie jest nam do niczego potrzebna. Lektura ewidentnie nadobowiązkowa. A dla niektórych może nawet strata czasu.   [Czytaj]
Notatki literackie
Jacek Łukasiewicz
Szum polskich wierszy 2010



1. Sposoby. Wiersze można czytać różnie.
Jako spotkanie z innym – z osobą świeżo poznaną albo zobaczoną po latach, z którą odświeżam znajomość. Opowiada ona o sobie albo o doświadczanym przez siebie świecie. Opowiada swoje prawdziwe życie albo zmyślone fabuły, często odgrywa dramatyczne role w małych przedstawieniach. Zawsze żąda chwili wyłącznej uwagi, skupienia, zrozumienia, poddania się czarowi. Czyż jednak można w krótkim czasie zjeść z setką ludzi nawet nie po beczce soli, lecz po solniczce?
A więc należałoby skupić się na paru, odnowić kilka znajomości, poznać jednego czy drugiego nowego poetę. Inni pozostaną z boku, odrzuceni na podstawie pierwszego wrażenia, pierwszych wypowiedzianych przez nich słów uznanych, może pochopnie, za nieinteresujące. Nie będę owym poetom poświęcał uwagi, bliżej się może z nimi zapoznam przy następnym spotkaniu, które nie musi nastąpić. Są też poeci świetni i znani, których książki odkładam na inną niż te notatki okazję.   [Czytaj]
DŹWIĘK – OBRAZ – RUCH. MAERZ MUSIK w Berlinie
Monika Pasiecznik


Matthiasa Osterwolda, dyrektora artystycznego berlińskiego festiwalu muzyki aktualnej „Maerz Musik”, interesują przede wszystkim konteksty: filozoficzne, społeczne, artystyczne, wszelakie, w jakich tylko muzyka może być interpretowana. W zeszłym roku program festiwalu dobrał on pod kątem utopii. W tym roku osią wydarzeń uczynił obraz, film, teatralność i ruch. W ponadtygodniowym maratonie koncertowym niewiele było tradycyjnej muzyki koncertowej czy – jak kto woli – „absolutnej”.

  [Czytaj]
Czeskie kino po niemiecku
Marta Brzezińska


Podczas tegorocznego rozdania najważniejszych czeskich nagród filmowych, Czeskich Lwów, niespodziewanie zatriumfował film Pouta (polska wersja tytułu to Więzy), zdobywając aż pięć z nich, w tym za najlepszy czeski film w roku 2010 i dla aktora grającego główną rolę. Pouta w reżyserii Radima Špačka wpisuje się w rozliczeniowy kontekst Czeskiego błędu Hřebejka i dołącza do nurtu filmów podejmujących konfrontację z przeszłością, powstających w Czechach po przełomie. Tym razem jednak konfrontacja jest nie tylko ostra, bez nostalgicznej osłony i ironicznego dystansu, lecz także estetycznie frapująca.   [Czytaj]
Rozsadzone ramy
Marta Mizuro
Jacek Dehnel: Saturn. W.A.B., Warszawa 2011, s. 272.
„Czarne obrazy” Goi w rzeczywistości nie są tak monochromatyczne, jak można by sądzić, posiłkując się jedynie słabymi jakościowo reprodukcjami, które zamieszczono w książce Jacka Dehnela. Śledząc autorskie interpretacje tego, co zawierają, warto więc oczywiście wyszukać gdzieś lepszych, wyraźniejszych odbitek tych czternastu dzieł, także po to, by przekonać się, że pisarz nadał części z nich inne tytuły, co przecież nie jest zabiegiem bez znaczenia.
Można jednak tego nie robić. Poprzestać na tym, czego na reprodukcjach prawie nie widać, by bardziej wczuć się w sytuację autora Saturna, budującego swoją opowieść w oparciu o to, czego na pewno nie wiadomo; czego nie rozpoznano i nie dowiedziono. Niewiele więc wiadomo o Javierze, jedynym synu malarza, który doczekał lat dojrzałych. Do czasu opublikowania przez Sarah Symmons listów Goi zgoła nic nie wiedziano o jego skłonnościach biseksualnych. Badacze dzieła wielkiego Francisca wciąż spekulują też, czy twórca Kaprysów jest autorem właśnie „czarnej serii”, czyli fresków odkrytych w tzw. Domu Głuchego, ale te akurat domniemania można wpisać w ciąg dywagacji na temat arcydzieł jako takich – inspirowanie niekończących się dyskusji jest przecież immanentną cechą arcydzielności. W parze z nimi idą zaś dywagacje na temat dawnych mistrzów, którzy nie dość postarali się o to, by pozostawić po sobie komplet świadectw dla przyszłych biografów.   [Czytaj]
Off Plus Camera 2011
Marcin Adamczak
W dniach 8−17 kwietnia w Krakowie po raz czwarty odbył się festiwal Off Plus Camera. W sześciu festiwalowych kinach zaprezentowano kilkadziesiąt filmów, prócz Konkursu Głównego wyświetlając je w cyklach: Odkrycia, Nadrabianie Zaległości, Filmowe Oblicza Kobiet, Nowe Kino Irlandzkie, Nowe Kino Niemieckie oraz Konfrontacje (filmy młodych reżyserów i studentów szkół filmowych), a także umieszczając w programie sekcje prezentujące wyselekcjonowane przez dyrektora amerykańskiego festiwalu filmy z największego na świecie forum kina niezależnego w Sundance oraz wybrane przez dyrektora najważniejszego festiwalu kina azjatyckiego w Busan. Gwiazdami festiwalu w tym roku byli Peter Weir (pokaz jego Niepokonanych otworzył festiwal), Tim Roth, Richard Jenkins, a także legenda kina bollywoodzkiego Amitabh Bachchan (jak wieść gminna głosi, ten ostatni, cieszący się w rodzimej kinematografii boskim niemal statusem, przyjechać miał już w zeszłym roku, ostatecznie jednak odmówił – niezadowolony, że nie może nocować na Wawelu).   [Czytaj]
SIEROTY PO NOELINGIZMIE
Joanna Mueller
Jak nie zostałam neolingwistką


A zaczęło się jak zawsze od języka wysuwanego powoli / na pozycje zasady naczelnej – napisałam w recenzji z Poczytalni Jarosława Lipszyca równo dziesięć lat temu. Tekst ukazał się w „Studium” w numerze 4/2001 i był moim debiutem krytycznym, a książka Jarka okazała się zwiastunem rozciągniętego w czasie eventu literackiego, w którym już niedługo – nieoczekiwanie dla siebie – miałam wziąć udział.
Nazywam neolingwizm warszawski eventem, a nie na przykład (choć mnie kusi) spektaklem o znamiennym tytule Warszawska masakra piłą językową, gdyż – jak widzę po upływie niemal dekady – zjawisko to zostało wykreowane w konkretnym celu (zaistnienia pewnej grupy poetów na mapie literackiej), zaplanowane przez macherów od literackiego marketingu (Lipszyca i Stokfiszewskiego, którzy skrzętnie wyreżyserowali pozornie spontaniczny gest manifestu neolingwistycznego), a także spełniło inne funkcje charakterystyczne dla eventu: zintegrowało skrajnie różnych uczestników wydarzenia (Cyranowicz, Lipszyca, Ceckę, Kasprzaka i Mueller), zmotywowało ich (nas) do akcji korporacyjnych (poza manifestem podpisanym w 2002 roku pojawiły się okazjonalne wspólne filmiki, występy, jako grupa ogłosiliśmy i opłakaliśmy śmierć neolingwizmu w 2005 roku, a zaraz potem powstała monografia rozszerzająca zasięg zjawiska na całe środowisko warszawskich poetów związanych ze Staromiejskim Domem Kultury – Gada !zabić? pa]n[tologia neolingwizmu pod redakcją Marii Cyranowicz i Pawła Kozioła), wreszcie – posłużyło propagowaniu idei (języka jako zasady naczelnej), odegrało rolę edukacyjną (sklasycznieliśmy w podręcznikach) oraz utrwaliło wizerunek marki (choć trzeba przyznać, że etykietka „neolingwizm”, a później, o zgrozo, „postneolingwizm”, była tak często nadużywana i podrabiana, że – markując wszystko – przestała znaczyć cokolwiek).   [Czytaj]
NAGRODA ODRY
Redakcja i Rada Redakcyjna miesięcznika „Odra” przyznały Nagrodę „Odry” za rok 2010 Jerzemu Pomianowskiemu w uznaniu jego zasług dla kultury polskiej, kształtowania jej w duchu wolności, troski o sprawy publiczne, tolerancji i dialogu z narodami sąsiednimi.

  [Czytaj]
O Polaku ochotniku, zawodowym łodzianinie
Andrzej de Lazari
...ja jestem Polak ochotnik, a łodzianin zawodowy.
Jerzy Pomianowski

Jerzy Pomianowski w styczniu ukończył dziewięćdziesiąt lat i ciepłych kapci założyć nie chce. Pełno go wszędzie – w Warszawie, w Krakowie, w Moskwie, w telewizji, w radiu i w prasie. Niby sypią się autorytety, a Profesor niezmiennie imponuje dojrzałością sądów, ale i młodzieńczą odwagą w sporach, których nigdy nie unika. Więc jak tu nie czuć się zaszczycony faktem, że na kilku stronach w Internecie znalazłem się obok niego w doborowym towarzystwie Andrzeja Wajdy, o. Jacka Salija, abp. Józefa Życińskiego, Wisławy Szymborskiej i wielu innych ludzi dobrej woli na „rozszerzonej liście Macierewicza... wrogów Narodu Polskiego”. A to dlatego, że podpisaliśmy się w ubiegłym roku pod apelem, by 9 maja zapalić znicze na cmentarzach żołnierzy radzieckich, na grobach Rosjan i przedstawicieli innych narodowości, którzy zginęli daleko od domu, daleko od bliskich. Był to gest polskiej inteligencji w podzięce za współczucie okazane nam przez Rosjan po smoleńskiej katastrofie. Niestety, nie wszyscy w Polsce zrozumieli ten gest.
  [Czytaj]
Krótki kurs historii "Odry"
Mariusz Urbanek
(wydanie II, poprawione i uzupełnione)

Marzec 1961. W nakładzie 3 tys. egzemplarzy ukazuje się pierwszy numer miesięcznika „Odra”, który zastępuje tygodnik o tej samej nazwie. W zamyśle władz pismo ma reprezentować kulturę odwiecznie piastowskich Ziem Zachodnich wobec Macierzy. Miesięcznik ma być świadomie regionalny i szukać właściwego wyrazu dla ogromnej prężności polskiego społeczeństwa (...) i tej całkowitej już integracji Nadodrza z resztą kraju, dla procesów kształtowania się nowej społeczności we Wrocławiu, Opolu i Zielonej Górze, w Turoszowie, Kędzierzynie i Gorzowie.
1962-1964. Społeczność Nadodrza poddaje się kształtowaniu raczej ciężko. W Opolu sprzedawano poniżej 100 egzemplarzy pisma, w całym województwie zielonogórskim – 40, a jedyny czytelnik z Turoszowa poszukiwany jest do dzisiaj.
  [Czytaj]
Uczyć się od Szwedów!
Andrzej Szahaj
Nie ma jednego kapitalizmu. To, wydawałoby się, banalne stwierdzenie z pewnością nie dla wszystkich jest oczywiste. Mam np. wrażenie, że z wielkim trudem dociera ono do polskich elit politycznych oraz ekonomicznych. Gdyby było inaczej, dyskusja na temat tego, jakiego kapitalizmu chcemy w Polsce, już by się toczyła. Tymczasem mamy ledwo jej zwiastuny w poszczególnych programach partyjnych.


Z pewnością to za mało, aby można było mówić o debacie powszechnej, nie wspominając już o tym, że programy te nie grzeszą nadmierną samoświadomością filozoficzną.


  [Czytaj]
Negocjacje
Krzysztof Karasek


Dwóch głupków na schodach
łapie motyla na wędkę.
Mówi jeden:
jakże białe są ściany umysłu.
Mówi drugi:
twój mózg jest jak sracz, mnóstwo gówna
i żadnego odpływu.
Nie widzą, że motyl nie jest rybą,
a otaczające ich powietrze
bajorem. Siedzą
i zarzucają wędkę, podczas gdy motyl
swobodnie halsuje
w zagiętą przestrzeń.


  [Czytaj]
Samotność i hermetyczność: Czesław Miłosz i jego wiersze w USA
Charles S. Kraszewski


Moje osobiste kontakty z Czesławem Miłoszem w USA ograniczyły się do dwóch krótkich rozmów telefonicznych i dwóch jeszcze krótszych listów. Niewiele, ale z tego, co zrozumiałem z wypowiedzi kolegów na uniwersytecie w Berkeley, moje doświadczenia w tym wypadku nie odbiegają tak bardzo od normy. Kilka lat temu, przygotowując wyjazd do Berkeley w ramach zaplanowanego studium o poezji Miłosza, zadzwoniłem do przyjaciela i zapytałem go, czy mógłby mi ułatwić kontakt z mieszkającymi nadal w rejonie Zatoki Świętego Franciszka przyjaciółmi poety. „Z przyjaciółmi? – odparł. – Nie wiem, czy można powiedzieć, że Miłosz miał tu przyjaciół. Ale mogę cię skontaktować z jednym lub dwoma, z którymi miał często do czynienia”.


  [Czytaj]
CZESŁAW MIŁOSZ: ŚWIAT JAKO WOLA I JAKO WYOBRAŹNIA
Pietro Citati
Chociaż Nagroda Nobla w 1980 roku zasygnalizowała światu jego nazwisko, Czesław Miłosz pozostaje pisarzem mało znanym we Włoszech. Niemal nikt tu nie przeczytał jego wspaniałej prozy: Zniewolonego umysłu, Rodzinnej Europy, Ziemi Ulro (ukazały się w wydawnictwie Adelphi), dotarło też niewiele z jego wierszy, przełożonych przez Pietra Marchesaniego. Mam nadzieję, że to uparte milczenie dobiega końca: jego ostatnie wspaniałe książki: Piesek przydrożny i Abecadło, w tłumaczeniu Andrei Ceccherellego powinny przysporzyć mu wielu zachwyconych czytelników.


  [Czytaj]
SPÓŹNIONE EPITAFIUM
Ludwik Flaszen
Publikujemy zapis wystąpienia Ludwika Flaszena na uroczystym wieczorze poświęconym pamięci Andrzeja Kijowskiego w siedzibie Ojców Pallotynów w Paryżu pod koniec 1985 roku.

Doprawdy, dziwaczna to rola: przemawiać publicznie o zmarłym przyjacielu. Ta osobliwa przewaga, którą mam nad nim: ja o nim mówić mogę, określać go w słowach, naruszać intymność jego przesłania – życiowego i twórczego – moim ułomnym pojmowaniem, starać się, by wypaść dobrze, kreśląc jego wizerunek – bo on z osoby nawet dla przyjaciół staje się tylko wizerunkiem, a jego dyskurs w ludzkiej mowie jest już zakończony.
Kiedyś, przed laty z górą trzydziestu, chyba w czasie studiów, bawiliśmy się w gronie przyjaciół – z Błońskim, z Puzyną, z Kijowskim – w układanie dla siebie wzajem mów pogrzebowych czy pochwał zmarłego. Jak na przyjaciół przystało, a do tego tzw. młodych zdolnych – po laury nie Irzykowskich nawet, ale Tomaszów Mannów tylko ręką sięgnąć – pozostawaliśmy ze sobą w stanie napiętej rywalizacji, która rozładowywała się w okrucieństwie naszych intelektualnych zabaw. Nie pamiętam szczegółów naszego krasomówczego agonu, ale nie wątpię, że najmocniejszy był tu Andrzej, obdarzony talentem urodzonego retora. Dziwaczność tej sytuacji, w której młodzieńcze zabawy czas wypełnia swoim smutkiem – i dopowiem bluźnierczo: ironicznym serio.
  [Czytaj]
Biografia człowieka niemodnego
Tomasz Mościcki
Do dziś pamiętam wskazówkę daną mi przez profesora Zbigniewa Raszewskiego, którego odwiedziłem w jego mieszkaniu przy Długiej w maju 1992 roku, na dwa miesiące przed śmiercią tego wybitnego uczonego, ale i człowieka teatru, takiego, jakich dziś już właściwie nie ma. Był to czas początków zawodowej drogi mojego pokolenia. Zapytałem wówczas Raszewskiego, co dziś należy robić w dziedzinie, w którą wprowadzał nas, kiedy studiowaliśmy – także przecież pod jego okiem i mądrą opieką. Padła wtedy rada, z której – co ze wstydem wypada wyznać i mnie – nie skorzystaliśmy, zajęci „karierami” albo zwyczajną walką o przeżycie. Rada owa brzmiała: pisać biografie ludzi teatru. Przez nie bowiem nie tylko widać historię naszej dziedziny, ale też znakomicie odbijają one epokę, w której tym ludziom przyszło żyć.
  [Czytaj]
JEDEN DZIEŃ Z ŻYCIA „ODRY” (na jubileusz)
Mariusz Urbanek
Zwykły dzień w redakcji miesięcznika „Odra” na drugim piętrze kamieniczki we wrocławskim rynku. Przyprószeni lekko siwizną i mocno kurzem redaktorzy pisma w skupieniu przygotowują do druku kolejny numer. Jak co dnia od pół wieku.
  [Czytaj]
Tak, to opowieść o człowieku
Dorota Hartwich
W błędzie byli ci, którzy po pokazie najnowszych prac Tomasza Domańskiego we wrocławskim Centrum Sztuki WRO (28.01.2011–13.03.2011) spodziewali się zaskoczenia. Artysta znany z realizacji bazujących na materiałach zaczerpniętych wprost z natury i łatwo ulegających destrukcji (ziemia, woda, drewno, popiół, lód, ogień etc.) pozostaje konsekwentny – zarówno w sferze problematyki, jak i w kwestii formy oraz narzędzi, które wykorzystuje. W swych pracach zrealizowanych przede wszystkim z myślą o pokazie w centrum WRO na „wyjęty” ze świata natury komponent artysta nałożył formy zaczerpnięte z przeciwnego zbioru środków: ekran, cyfrowy obraz, projekcje wideo. Mogłoby się wydawać, że prace te, świadomie oparte na tzw. nowych technologiach (wciąż nazywanych nowymi, choć upowszechniły się one przecież już dawno), powinny wyróżniać się swoistą złożonością, będącą efektem spotkania tego, co na wyciągnięcie ręki, z technicznym wyrafinowaniem. Tymczasem pozostają one niezwykle proste, a nawet, można rzec, „klasyczne”: po pierwsze, w wyniku, ewidentnych nawiązań do czystej formy rzeźbiarskiej, po drugie – ze względu na czytelność zapisu i transparentną metaforykę przekazu.
  [Czytaj]
Monaten (2)
Jacek Gutorow
Sam już nie zliczę, która to lektura Kafki. Tym razem krótkie prozy i Dziennik. Powracające obrazy krążenia i spadania. Nieustająca sonata widm: Widzowie nieruchomieją, gdy pociąg przejeżdża obok (pierwszy wpis w Dzienniku, przekład Jana Wertera).
Mądrość Kafkowskich przypowieści bierze się moim zdaniem stąd, że pisarz zaufał językowi. W ten sposób zaufał samemu sobie, sobie prawdziwszemu i pełniejszemu. Oczywiście, łatwo z takim stwierdzeniem popaść w skrajność. Dodać więc się godzi, że i język zaufał pisarzowi. Dalsze dzieje tego splotu są w gruncie rzeczy nieistotne. Wszystko zmierza u Kafki w stronę momentalnej ekspresji, spięcia w językowym obwodzie. Wielokrotne lektury jego tekstów znajdują w końcu ujście w jednym, jedynym geście. Raz a dobrze.
***
  [Czytaj]
Rosja taka, jaka jest!
Z Władimirem Kantorem o Rosji i nie tylko rozmawia Wojciech Pestka


Jakie reakcje budzi w umyśle filozofa, przyzwyczajonego do stoickiej pokory, słowo Rosja?
– Żyję w tym kraju już ponad sześćdziesiąt lat, sięgam pamięcią jeszcze czasów Stalina, i patrząc na dzisiejszą Rosję, mógłbym w dużym uproszczeniu powiedzieć, że doczekałem końca okresu totalitaryzmu. W pojęciu „Rosji” (państwa rosyjskiego) zawsze tkwił element struktury o charakterze przestępczym. Zwłaszcza jeśli używamy przymiotnika „współczesna” i mówimy o XX wieku. Żeby uszczegółowić: komunizm był tryumfem elementów kryminalnych nad cywilizowaną większością. Z pomocą żołnierzy, którzy podczas wojny stracili instynkt samozachowawczy, zdolność oceny zdarzeń i rozsądek, zwyciężyli kryminaliści. A wszystko to dokonało się pod szczytnymi hasłami idei braterstwa i równości, chociaż w praktyce nie starano się nawet o zachowanie pozorów. Przeżyłem epoki Stalina, Chruszczowa, Breżniewa, Gorbaczowa i Jelcyna. To, znów odwołując się do uproszczeń, w historii Rosji pięć bardzo różnych okresów. I jeśli nawet ten pierwszy okres poznałem już w jego fazie końcowej (w marcu 1953 roku, kiedy umierał Stalin, miałem siedem lat i dobrze pamiętam, co teraz może budzić śmiech, ojca szykującego się do pogrzebowych uroczystości), to w kolejne epoki miałem już pełny wgląd. Pierestrojka, która zaczęła się w czasach Gorbaczowa, obudziła nadzieję, która w jakimś sensie przypominała odwilż chruszczowowską. Ale jak wiadomo od czasów Heraklita, historia nigdy się nie powtarza, czasami jedynie pod pozorami podobieństwa wyrasta całkiem nowa rzeczywistość. A pierestrojka sprawiła, że idee się ulotniły, a zostali kryminaliści…
Mam wrażenie, że w Polsce ocena okresu pierestrojki jest krańcowo odmienna. Jest przede wszystkim pozytywna…   [Czytaj]
Rusek, co w Polsce się zakochał
Beata Maciejewska


Kiedyś napiszę wspomnienia. Jeszcze nie wiem, jaki ta książka będzie miała tytuł. Dziesięć lat temu nazwałbym ją Polska. Moja miłość. Dzisiaj postawiłbym na końcu znak zapytania. Oddałem temu krajowi serce i trzydzieści lat życia, dzieci wychowałem na polskich patriotów, a wciąż jestem „ten Rusek”.



  [Czytaj]
Kto dziś wygra wybory, czyli polska polityka reakcyjna
Mariusz Urbanek


Polska polityka jest polityką reakcyjną. Politycy zaczynają dzień od przejrzenia wyników zamówionych badań opinii wyborców i stosownie do tego reagują. Uderzają w tony tryumfalne, kiedy wynik jest dla ich partii korzystny albo podważają sens sondaży i rzetelność biur badania opinii publicznej, bo ich ugrupowanie wypadło akurat tego dnia gorzej. I oczywiście zamawiają kolejne badania, których wyniki analizują jeszcze staranniej.

  [Czytaj]
MEDIÓW GRZECH ŚMIERTELNY
Magdalena Bajer
Rozważania o wolności słowa rok po katastrofie smoleńskiej


Ostatni rok był czasem ciężkim (nie tylko w Polsce zresztą) i nie trzeba tego dowodzić. Nietrudno też przewidzieć, iż zdarzenia, które w tym czasie nastąpiły, będziemy przeżywać jeszcze długo. Powiedział to wprost kardynał Kazimierz Nycz podczas spotkania z ludźmi kultury i mediów, prosząc, by pomyśleli, jak przyczynić się do tego, by złe przeżycia mogły przerodzić się w coś pozytywnego.


Dzisiaj nie wydaje się to jeszcze prawdopodobne, w każdym razie w odniesieniu do mediów. Nie sprostały próbie, jaką stała się tragedia smoleńska. A to, co zawstydzającego, gorszącego, szkodliwego działo się potem, i to, co w życiu publicznym dzieje się nadal, ma, jak sądzę, źródło – może nawet główne – właśnie w zachowaniu mediów.

  [Czytaj]
POLSKI BIZNES, CZYLI NIEUSTAJĄCA SZKOŁA PRZETRWANIA
Z Henryką Bochniarz, prezydent Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan, rozmawia Stanisław Lejda


Od prawie trzech lat słyszymy o głębokim kryzysie ekonomicznym, w jakim pogrążył się niemal cały świat. Jak w jego świetle wygląda kondycja polskiego przedsiębiorcy? Poprawia się czy pogarsza?
– Tu od razu pojawia się inne pytanie: czy w ogóle istnieje coś takiego jak statystyczny polski przedsiębiorca bądź statystyczny Polak? Przedsiębiorcy w Polsce to zarówno korporacje zagraniczne, mające u nas swoje siedziby, duże firmy z udziałem Skarbu Państwa oraz małe i średnie przedsiębiorstwa. W prywatnym sektorze gospodarki to one stanowią ponad 90 proc. firm.   [Czytaj]
Chciałbym zdążyć
Piotr Szewc


Koniec czerwca słońce puszcza oko świat odbija się
wraca biegnę przeskakuję pokrzywa kołysze się nad
głową jaskółka śmiga na dnie łąkowego rowu znajduję
jasnozieloną łodygę trzy muszelki w paski już ją miałem
a jednak umyka mi rybka lato krótkie jak żywot ważki
chciałbym zdążyć nim zmętnieje i wyschnie woda obora
opustoszeje umrze babcia po niej mama sam zrobię się
nie do poznania chyba że lustro nieostre powie prawdę


14 XII 2010   [Czytaj]
Szwecja
Tadeusz Dąbrowski



Żadnych barierek na urwistym klifie,
sam muszę się z klifem dogadać, gdzie są nasze
granice. Promenadę od morza dzielą w nocy
wmurowane w beton halogenowe światełka.
W sieci Systembolaget chronią cię przed nałogiem
zaporowe ceny i twój zdrowy rozsądek.
Burdel ma z jednej strony ogródek, w którym siedzą
rodziny z małymi dziećmi, i jeśli masz ochotę
na coś więcej, musisz wejść głębiej, przez obrotowe
drzwi z powietrza. Pędzę rowerem wzdłuż
nocnego nabrzeża, mijam zakochanych
staruszków, kobietę, która kołysze wózek
swoim ciężarnym brzuchem, najeżdżam na wszystkie
reflektory i myślę o potędze człowieka
po nihilizmie albo o halogenowym sumieniu.
Albo o powietrzu.

  [Czytaj]
Wesele Figara 2010, czyli „Szalony dzień” albo placek od Rotszyldów
Jacek Dehnel


I
Można z dużą dozą pewności założyć, że przynajmniej od pół wieku nie było w całym zachodnim świecie (a i w sporej części świata wschodniego) ani jednego premierowego przedstawienia opery Mozarta, na którym w antrakcie jakaś rumiana dama w cekinach, jakiś zażywny jegomość w opiętej na brzuchu kamizelce, jakiś egzaltowany młodzian z rozwianą grzywą lub energiczna bizneswoman po botoksie nie jęknęliby, popijając pospiesznie wino przed kolejnym aktem: „Opery Mozarta są jednak zawsze aktualne”.
Jest to zdanie tak popularne, że mogłoby się znaleźć z powodzeniem w słowniku komunałów Flauberta:

  [Czytaj]
Żabie płetwy
Jacek Sieradzki
Pięć lat temu, pod wrażeniem Opowieści Hollywoodu przygotowanych jako dyplom wydziału aktorskiego warszawskiej szkoły, pisałem w „Przekroju” – mocno, żeby nota startowała z odpowiednim impetem: Maja Komorowska starannie i troskliwie nauczyła studentów IV roku Akademii Teatralnej teatru, którego już nie ma. Rezultat jest imponujący. Tylko co oni zrobią z tą wiedzą? Przypomniał mi się ten dawny lead, gdy zobaczyłem nazwisko Mateusza Grydlika jako współscenarzysty widowiska teatralno-kabaretowego Aktorzy nieprowincjonalni, przygotowanego przez offową Grupę Macież. Wtedy grał Brechta. Komorowska naprawdę nauczyła swoich wychowanków inteligentnego (i inteligenckiego) tonu na scenie, bez emocjonalnych bebechów, ale i bez sadzenia się na mądrości; nauczyła ich uśmiechu z samego siebie, lekko podlanego goryczą. W wyrównanym ansamblu i on umiał pokazać małostki zawistnego sybaryty z lewicową frazeologią w pysku, a przy tym nie zdezawuować go do końca. Wcale nie było to gorsze od pamiętnej kreacji i teatralnej, i telewizyjnej Henryka Bisty.
Po szkole Grydlik dostał się renomowanego zespołu warszawskiego Współczesnego. I przepadł. Zagrał parę epizodów w wieloobsadówkach.   [Czytaj]
WIERSZE Z CIEMNOŚCI I BLASKU
Bogusława Latawiec
Anna Janko: Wiersze z cieniem. Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2010, s. 42.


Widziałam pola róż Anny Janko z jej Wierszy z cieniem to tekst-ognisko. Jasno oświetla jej autorską koncepcję poezjowania, postrzegania, czytania świata, która prowadzi czytelnika poprzez widziane, przeżyte ku ukrytym sensom wyższym. Przestrzenie i uczucia doświadczone osobiście, zdaje się tłumaczyć poetka, pełne są tropów prowadzących do ukrytych tajemnic, znaczeń. Trzeba je tylko umieć dojrzeć w zwyczajności. Oświetlone, uniesione słowem, otoczone obrazem mogą stać się źródłem przeżycia metafizycznego, ucieleśnieniem lęku istnienia, nauką odbioru księgi życia i śmierci, wywoływaczem rozważań na temat nieskończoności, duszy, Boga-stwórcy, miłości, granic poznania ludzkiego, celu i sensu istnienia, istoty przemijalności…
Swoistą klamrą dla tego tekstu-matki, niejako myślowym i obrazowym dwutaktem, są w tomie dwa jednakowo ciemne, krótkie wiersze, zaprzeczające zresztą sobie wzajemnie, co tylko wzmaga siłę ich ekspresji. To świetny liryk Co się modlą i słabsza artystycznie Śmierć.   [Czytaj]
BURGTHEATER CZCI OSIEMDZIESIĄTĄ ROCZNICĘ URODZIN THOMASA BERNHARDA
Grażyna Krzechowicz
Dawniej znienawidzony, atakowany i wyśmiewany w Austrii, dziś – kiedy go już nie ma wśród żyjących – Thomas Bernhard stał się tu najbardziej poczytnym i wielbionym pisarzem (!), a odkąd zniesiono zakaz wystawiania jego sztuk w kraju, także często granym autorem. 9 lutego 2011 pisarz skończyłby osiemdziesiąt lat. Z tej okazji Burgtheater zorganizował uroczysty wieczór na jego cześć. Pod kierunkiem Hermanna Beila, wiernego towarzysza inscenizacji sztuk teatralnych Bernharda, powstało teatralne hommage poświęcone temu wielkiemu austriackiemu pisarzowi: artyści czytali wyjątki z jego powieści, grali fragmenty sztuk teatralnych przeplatane projekcjami wideo fragmentów portretów filmowych pisarza. Obok zaprezentowanego na ekranie wieczoru z autorem, jego twórczością i „jego” aktorami teatr przestawił na swojej mniejszej scenie w Akademietheater nową inscenizację słynnej miniatury na jednego aktora Einfach kompliziert (Po prostu skomplikowany) – motto zawodu aktorskiego.
Dwugodzinny monolog starego zapomnianego artysty to materiał dla wielkiego aktora; Gert Voss daje tu popis kunsztu teatralnego, jakiego dzisiaj długo by szukać na niemieckojęzycznych scenach.   [Czytaj]
CDn (132)
Adam Poprawa


Bob Dylan, Original Album Classics: Empire Burlesque [1985]; Down In The Groove [1988]; Under The Red Sky [1990]. Sony Music, Columbia/Legacy 2010


i. m. Suze Rotolo (1943-2011)


W taniej serii Original Album Classics ukazują się cienkie pudełka z kompaktowymi reedycjami longplayów, wkładanymi jedynie w tekturowe kopie oryginalnych opakowań, tyle że ograniczone do pierwszej i ostatniej strony okładki. Po szczegóły opisu (składy, daty, miejsca etc.) wydawcy odsyłają do trzech stron internetowych – niestety, pod podanymi adresami próżno szukać jakiejkolwiek wiadomości o choćby jednej ze wznowionych płyt. Cóż, przygotowanie i wydrukowanie paru stroniczek jest widocznie dla potężnej wytwórni barierą technologiczną nie do przejścia... Detale dotyczące albumów można znaleźć na przykład na oficjalnej stronie artysty.   [Czytaj]
PO PIERWSZE: CHCIEĆ, A PO DRUGIE: UMIEĆ
Z Robertem Gwiazdowskim, doktorem habilitowanym nauk prawnych, prezydentem Centrum im. Adama Smitha, o otwartych funduszach emerytalnych, ZUS, tyranii status quo, górze lodowej, Titanicu i nadchodzącej katastrofie rozmawia Stanisław Lejda


Zaproponowane przez rząd zmiany w otwartych funduszach emerytalnych wywołały sprzeciw większości ekonomistów. Ale są też tacy, którzy pomysłu bronią. Do której grupy pan się zalicza?
– Do trzeciej. Od dawna uważam, że eksperyment z OFE nie mógł się udać. Kapitałowy system emerytalny można było wprowadzić w Chile, bo tam niewielu emerytów pobierało świadczenia, a generał Pinochet mógł z nimi prowadzić „konsultacje społeczne” na otoczonym drutem kolczastym stadionie w Santiago de Chile. W Polsce by się tak nie dało. Nie można skutecznie przejść z systemu emerytalnego repartycyjnego do kapitałowego w państwie, w którym jedna czwarta obywateli żyje ze świadczeń emerytalnych lub rentowych, a jedna trzecia budżetu państwa przeznaczana jest na te świadczenia. Pokolenie czynne zawodowo nie jest w stanie utrzymać własnych rodziców i dziadków, a jednocześnie zaoszczędzić na swoje emerytury, żeby uwolnić od tego obowiązku dzieci i wnuki. Rozłożenie tego procesu w czasie też nie jest w systemie demokratycznym możliwe, bo „zdyscyplinowani” politycznie emeryci, regularnie korzystający z kartki wyborczej, zawsze przegłosują rozwiązania korzystne dla siebie, a silne grupy nacisku (jak górnicy) zrobią to w sposób jeszcze bardziej bezpośredni. Ale skoro już popełniono błąd, to jego naprawa nie może polegać na administracyjnym „odebraniu” pieniędzy otwartym funduszom emerytalnym i przekazaniu ich do ZUS. Postulowałbym rozwiązanie węgierskie: niech każdy może wybrać – czy chce być w OFE, czy nie. Ale system państwowy też należy zmienić. Nie powinien się on opierać na opodatkowaniu pracy. Emerytury powinny być takie same dla wszystkich i finansowane z podatków innych (VAT, akcyza) niż podatek nazywany „składką emerytalną”.   [Czytaj]
Co to znaczy utrata ojczyzny?
Krzysztof Ruchniewicz
Szkic do biografii Fritza Sterna

Przed trzema laty ukazały się po polsku wspomnienia wybitnego historyka amerykańskiego, specjalisty od nowożytnej historii Niemiec i Europy, profesora Fritza Sterna Niemcy w pięciu wcieleniach. Autor i wydawcy zdecydowali się na okładkę, która daje wdzięczne pole do interpretacji.

  [Czytaj]
Litania Adama Michnika
Michał Jagiełło
Na ogół przyjmuje się, że pojęciem antysemityzm określa się: postawę niechęci i wrogości wobec Żydów i osób pochodzenia żydowskiego; prześladowania i dyskryminację Żydów jako grupy wyznaniowej, etnicznej lub rasowej; poglądy uzasadniające takie działania . Mamy tu więc rozległy obszar rozciągający się od „zwyczajnej” niechęci aż po skrajne formy prześladowania. To oczywiste, że każda postać tej społecznej przypadłości powinna być oceniana negatywnie – albowiem nie ma „dobrego” antysemityzmu – ale nie będzie chyba relatywizmem stwierdzenie, że zło, także i to wyrządzane przez słowa, również bywa stopniowalne. Pracujący w słowie są nieuchronnie w większym lub mniejszym stopniu zanurzeni w swoim czasie, w danym im kontekście intelektualnym, ideowym, politycznym i sytuacyjnym. Prawidłowość ta dotyczy zarówno naszych poprzedników, jak i nas samych. Powinno to nas ustrzec od absolutyzowania naszego „dziś”, od oceniania wypowiedzi z przeszłości według aktualnie przyjętych standardów. Warto o tym pamiętać podczas lektury tekstów omawiających „kwestię żydowską”. Opłaca się dociekliwość w odpowiedzi na trzy pytania: o autora, o czas powstania konkretnego tekstu (przed Zagładą czy po tym strasznym wydarzeniu!), o kontekst…   [Czytaj]
Mała emigracja
Henryk Grynberg
(Wyjątki z pamiętnika)


McLean, 17 XII 1978
Drogi Panie Czesławie, już dawno chciałem Panu napisać, z jakim zachwytem i nabożnym podziwem przeczytałem Ziemię Ulro, choć oczywiście są tam rzeczy dla mnie nie całkiem zrozumiałe, chociażby dlatego, że chyba nigdy nie nadążę za Panem w lekturach, nie mówiąc już o sofistykacji. Myślę o Ziemi Ulro często, zwłaszcza po wyborze polskiego kardynała na papieża. Myślę, że ten niezwykle starannie wykształcony i wielce oczytany papież czytał Pańskie dzieło i nie może ono pozostać bez wpływu na jego postępowanie. Książka ta jest również najlepszym podręcznikiem dla poety-emigranta, zwłaszcza polskiego.   [Czytaj]
Znowu Miłosz
Jacek Łukasiewicz
Gdyby Czesław Miłosz żył, skończyłby w tym roku sto lat. Nie dożył setki, umarł przed sześciu laty.
Studenci czytają go z trudem, wolą Andrzeja Sosnowskiego. Traktat poetycki, który czytamy, został napisany ćwierć wieku przed ich urodzeniem, wymienieni w nim poeci dawno nie żyją. Miłosz był ich szkolną, nudnawą lekturą. Teraz nie mieści się w kanonie „wysokiego modernizmu”, a więc w tym, co według uczonych autorytetów pozostało z odległego XX wieku. Gdzie mu tam do Leśmiana, Gombrowicza, Schulza. Dla urodzonych w latach osiemdziesiątych jest czasowo mniej więcej tak odległy, jak dla mnie Tetmajer. Tetmajer jednak w ostatnim okresie swego życia milczał, a Miłosz mówił, przede wszystkim świetnymi wierszami z To i Drugiej przestrzeni.   [Czytaj]
Noblista z ulicy Krochmalnej
Mariusz Lubyk
Kiedy w 1935 roku, w wieku 31 lat, Izaac Baszewis Singer znalazł się w Nowym Świecie, był już w Polsce po swoim, znakomitym, debiucie książkowym. Szatan w Poraju ukazał się w jidysz w Warszawie nakładem Żydowskiego PEN-Clubu. Wcześniej (1933-1934) powieść w odcinkach publikował żydowski miesięcznik literacki „Globus”, wydawany w stolicy przez przyjaciela Singera, poetę Aarona Cejtlina.

  [Czytaj]
Biografia pisarza i Kapuściński non-fiction
Zygmunt Ziątek
Od opublikowania książki Kapuściński non-fiction Artura Domosławskiego (początek marca 2010) ciągle jestem pytany, czy gdybyśmy teraz (wraz z Beatą Nowacką) przygotowywali do druku naszą Biografię pisarza (wydaną w listopadzie 2008, a więc półtora roku wcześniej), musielibyśmy poddać ją jakimś istotnym zmianom. Bowiem niektórzy z czytelników tej publikacji, a zwłaszcza nieznający jej świadkowie medialnej burzy przez nią spowodowanej, sądzą, że o Kapuścińskim nie da się już pisać tak jak dotąd.

  [Czytaj]
GŁUPI PRZEPYCH WOLNOŚCI
Piotr Nowak
Doświadczenie podpowiada mi, że nikt na świecie nie myśli na co dzień o swojej narodowości; że z narodowością jest po części jak z życiem intymnym, które prowadzi się, nie mieszając w nie osób postronnych, nie wygadując o nim na lewo i prawo. O narodowości mówi się trochę jak o seksie, a więc w chwilach, w których zaczyna nam dolegać, ciążyć, odkładać się złogami w egzystencji (Gombrowicz) lub gdy psuje się i „nadmiera” (Rymkiewicz). Ale narodowość odczuwamy także wszędzie tam, gdziekolwiek ktoś obcy nam ją wytyka, gdy komuś obcemu podoba się ona lub nie podoba. Chcę się przyjrzeć tej ostatniej sytuacji przez pryzmat uprzedzeń, jakie wielcy filozofowie żywili do polskości.

  [Czytaj]
Kwartety Rafała Augustyna
Monika Pasiecznik
Rafał Augustyn należy do pokolenia kompozytorskiego nazywanego „stalowowolskim” – od nazwy miasta, w którym w latach 1975–1980 odbywał się festiwal „Nowa Muzyka Nowemu Miastu”. Tam debiutowali tacy kompozytorzy jak Aleksander Lasoń, Eugeniusz Knapik i Andrzej Krzanowski, rówieśnicy Augustyna, związani tak jak on z katowicką Akademią Muzyczną. Rafał Augustyn ogłosił manifest estetyczny tego pokolenia.
Etykietka pokoleniowa jest rzecz jasna uproszczeniem i działa jak skrót myślowy – choć poręczny, często bywa ryzykowny. Na pytanie o przynależność pokoleniową, o związek z daną szkołą estetyczną, artyści zwykle odpowiadają negatywnie, słusznie upominając się o nieuprzedzone i nieuwarunkowane spojrzenie na ich twórczość. Ciasnotę szufladki z napisem „pokolenie” widać dobrze zwłaszcza z perspektywy czasu. Na wydanej właśnie monograficznej płycie Rafała Augustyna znajdują się kompozycje z trzech ostatnich dekad XX wieku. Są tu utwory pisane w okresie studenckim i w latach dojrzałych. Płyta, zawierająca muzykę wyłącznie kwartetową (niekiedy z dodatkowymi instrumentami, jak głos, flet czy elektronika), jest raczej koncepcyjna niż portretowa. Niemniej pokazuje wyraźnie odrębność Augustyna.   [Czytaj]
Rozminięcie
Jacek Sieradzki
Na początku był beton. Przez sześć dni mieszał go Pan i w formy myśli swych wlewał, siódmego dnia chciał odpocząć, ale trochę mu w betoniarce zostało. Idei żadnej już nie mając, formy ani sensu, spuścił Pan resztę pulpy szarej na końcu świata, jak nikt nie widział. I tak powstało Osiedle. Świat popaprańców, obszczymurów, samotników, telemaniaków, pakerów, pijaczków, samojebców i wariatów pospolityc – znaczy się normalny. Ale i wybrany. Bo robaczki boże potrafią tu zacerować dziurę w pustce egzystencji, zadać elementarne pytania ontologiczne z pomocą domofonu, a i ze Stwórcą złapać kontakt, nawet bez odbierania komórki (bo to nie wiadomo, kto dzwoni, same zera na wyświetlaczu…). Potrafią w odruchu współczucia wziąć na siebie grzechy i wydębić odpust absolutny dla telewizyjnych seriali (choć bez reklam), z czego i w raju radość, bo będzie wreszcie co oglądać. Takiemu Osiedlu bardziej niż ocieplenie styropianem należy się metafizyka, powiada Lidia Amejko i hojnie wyposaża mieszkańców krzywych domów, błotnych podwórek i karłowatych dziupli z betonu w lufciki na transcendencję.   [Czytaj]
Noc polarna, chłód i ciemność
Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Bornholm. Bornholm. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011, s. 240.


Nie wiem, skąd Hubert Klimko-Dobrzaniecki zaczerpnął materiał do swej najnowszej powieści – do tej pory można było wnioskować, że jest pisarzem, który przetwarza w swojej twórczości głównie to, co go w życiu spotkało – ale wiem, że materiał ten wykorzystał, jak to się mówi, do oporu i ze świetnym rezultatem. Sam autor pisze w notce na końcu, że inspiracje zawdzięcza… swoim córkom trojaczkom i dziadkom (większość wrażliwych i żyjących w zgodzie z rodziną twórców pewnie by się chętnie do takich źródeł przyznała), trzeba jednak podkreślić, że literacka realizacja tych inspiracji w Bornholm. Bornholm stoi w głębokiej sprzeczności z ich intencjami, bo trudno uwierzyć, by córki i dziadkowie zachęcali autora do kreślenia fabuły, w której stanowiące główny jej temat i przedmiot analiz życie rodzinne toczy się w rytmie ostrej psychologicznej walki o dominację, w atmosferze narastającej z wiekiem i stażem małżeńskim niezgody, obojętności, przechodzącej z czasem w nienawiść, w której dzieci podlegają skutkom wyniszczających kłótni między małżonkami czy też między nimi a ich rodzicami bądź krewnymi, albo – jak dwójka dzieci bohatera jednej z opowieści – umierają we wczesnych latach.   [Czytaj]
Senator Stanley Haidasz
Aleksandra Ziółkowska-Boehm
W 1981 roku zastał mnie w Toronto stan wojenny i przedłużyłam tam swój pobyt o ponad dwa lata. Mój syn chodził do katolickiej szkoły, ja między innymi dzięki otrzymanym stypendiom napisałam dwie książki. Jedna ukazała się w języku angielskim jako Dreams and Realisty, po polsku później jako Kanada, Kanada... Na drugą przyznano mi niedużą pomoc stypendialną; postanowiłam napisać o pierwszym, i jedynym jak dotąd, senatorze kanadyjskim polskiego pochodzenia, doktorze Stanleyu Haidaszu, którego kariera i wejście w świat polityki okazały się milowym krokiem w historii Polonii kanadyjskiej.

  [Czytaj]
Z BERLINA
Jacek Wesołowski
Kurt, ty masz się śmiać…


Rzecz będzie o wystawie malarstwa Kurta Wanskiego (chyba skrót pierwotnie dłuższego polskiego nazwiska) w Galerii Guardini Stiftung w Berlinie-Kreuzbergu, wrzesień–październik 2010. Tytuł wystawy to Pasożyty sławy – od jednego z pokazywanych na wystawie obrazów artysty: Die Parasiten des Ruhms. Większość prac pochodzi z kolekcji prywatnych, znakomita większość z jednej. Najpierw parę zdań prologu.   [Czytaj]
Świt
Liu Xiaobo
żonie


Pomiędzy szarym murem
A serią odgłosów siekania z kuchni
Świt jest wiązany jest siekany
Roztapiany przez ułomność duszy

  [Czytaj]
POLSKA TO TAKI KRAJ, W KTÓRYM NIC SIĘ NIE MOŻE UDAĆ. NAWET KRYZYS
Z Wiesławem Gałązką, niezależnym konsultantem politycznym, o dzierżyńskości władzy, festynowej polityce, „mężach stanu”, hipokryzji, loży zgryźliwych starców i waleniu pięścią w stół rozmawia Stanisław Lejda



Do niedawna komentatorzy sądzili, że polska scena polityczna została podzielona między cztery ugrupowania i tak pozostanie na długo. Niedawno jednak w dwóch największych partiach doszło do secesji i o parlamencie myślą zarówno zwolennicy Joanny Kluzik-Rostkowskiej, jak i Janusza Palikota.
– Dziś słychać ubolewania, że polska scena polityczna się zabetonowała, że nie ma na niej miejsca na małe partie itd. Ale pod koniec lat dziewięćdziesiątych narzekano, że składa się ona ze zbyt dużej liczby różnych formacji. Do dzisiaj pamiętamy ostre przepychanki między nimi. A więc narzekano wtedy i narzeka się dzisiaj.   [Czytaj]
Polsko-amerykańskie (jednostronne) love story
Piotr Gajdziński
Gdy Leopold Tyrmand po wyjeździe z Polski wylądował ostatecznie w Stanach Zjednoczonych, zapytano go, dlaczego na emigrację wybrał właśnie ten kraj. Autor Życia towarzyskiego i uczuciowego odpowiedział, że ze wszystkich złych dla Polaka miejsc Ameryka jest miejscem najlepszym. Do dziś pod tymi słowami podpisują się miliony Polaków, często realizując jeszcze jeden testament Tyrmanda: „Postanowiłem bronić Ameryki przed nią samą”.

  [Czytaj]
O KSIĘŻACH LUDWIKU, HALIKU, RYDZYKU...
Jan Turnau
Zaproponowałem kiedyś „Odrze”, że napiszę o księdzu Tomaszu Haliku, Tomaszu z Akwinu naszych czasów. Mimo miłej odpowiedzi zapraszającej „nie wyrobiłem się” dotąd, tymczasem jednak redakcja poprosiła mnie o inny temat: list dominikanina ojca Ludwika Wiśniewskiego.


Choć może komuś to zabrzmi dwuznacznie, postanowiłem pożenić obie te osoby w jednym megafelietonie. Nawet trzy, bo również ojca Rydzyka. Jest on przecież tematem owego listu: ojciec Ludwik uznał bowiem za groźny błąd niektórych biskupów polskich, że występują w podległym toruńskiemu mędrcowi „Naszym Dzienniku”.

  [Czytaj]
Potyczki z kanonem Blooma
Mieczysław Orski
Najnowszy wydany w Londynie tom krytycznoliterackich esejów (jak zapowiada podtytuł: „głównie o poezji”) Adama Czerniawskiego, Firing the Canon. Essays mainly on poety (Salt Publishing, London 2010) – „wysadzający” w tytule „kanon” literatury, a właściwie jego modną ostatnio dwudziestowieczną wersję ustaloną przez Harolda Blooma i rozpowszechnioną przez jego licznych akolitów – nie jest najweselszą lekturą dla polskich czytelników, szczególnie dla tych obznajomionych z aktualną zagraniczną prasą literacką i kulturalną. Autor w kilku swoich wstępnych tekstach wiele uwagi i pytań poświęca bowiem zjawisku wyraźnego zmierzchu zainteresowania naszą literaturą na Zachodzie. Po okresie krótkiego boomu tłumaczeń polskiej literatury w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych Zachód jakby stracił chęć i upodobanie do przekładania nawet naszych bestsellerów. Przez bogate w omówienia i eseje literackie kolumny czasopism angielskich, francuskich czy niemieckich przemknie czasem jedno czy dwa nazwiska polskich autorów z okazji przełożonych jednej czy drugiej książki:   [Czytaj]
Książę biskup i jego malarz
Rafał Augustyn
Mathis der Maler Hindemitha w Operze Paryskiej


Było dwóch Albertów (rep. Albrechtów) Brandenburskich: pruski i moguncki. Władcy duchowni i świeccy, rówieśnicy (urodzeni w 1490 roku) o losach znacząco paralelnych i istotnie rozbieżnych, obaj uwikłani w zamęt czasów Reformacji.
Obaj na szczególnych prawach weszli do twórczości artystycznej: pierwszy oczywiście figuruje w centrum Hołdu pruskiego Matejki. Drugi – na scenie muzycznej jako jedna z dwóch czołowych postaci stworzonej w latach trzydziestych XX wieku opery Paula Hindemitha Mathis der Maler. Zaś obaj twórcy upamiętnień uwikłani są w kontekst współczesny: Matejko jako konserwator narodowej dumy czasu zaborów, Hindemith jako komentator narastającego hitlerowskiego terroru.   [Czytaj]
Al-Kaida jak AK, czyli ucieczka skazańca
Marcin Adamczak
Po nakręconych dwa lata temu Czterech nocach z Anną nie wierzyłem, że Jerzemu Skolimowskiemu tak szybko może udać się film. Nie rozumiałem zachwytów krytyki nad tamtym obrazem, sprawiającym wrażenie mocno rozciągniętej w czasie, pretensjonalnej studenckiej etiudy, pełnej „wysoce artystycznych” banałów. Reżyser po wielu raczej chudych filmowo latach spędzonych za granicą osiadł w mazurskiej głuszy i najwyraźniej sceneria ta, w połączeniu z prasowymi informacjami oraz cieniami nad lotniskiem w Szymanach, natchnęła go na tyle skutecznie, że już drugi jego film powstały po powrocie z emigracji okazał się obrazem nietuzinkowym.   [Czytaj]
Poezja ocaliła Żyda
Bartosz Sadulski
John Felstiner: Paul Celan. Poeta, Ocalony, Żyd. Austeria 2010, s. 486.


T.S. Eliot powiedział: Również i poezja będzie nam bliższa, kiedy dowiemy się więcej o człowieku, który ją tworzył. Życie Paula Celana mogło być dotąd tajemnicą dla polskiego czytelnika, bowiem losy niemieckojęzycznego poety bliżej odtwarzała fragmentarycznie jedynie niewielka książka Helmuta Böttigera Miasta i miejsca, która biografią Celana nazywana być nie mogła. Europa obchodziła właśnie Rok Celanowski, o którego wydawniczych wydarzeniach „Odra” informowała w mijających miesiącach. Również w Polsce – choć z opóźnieniem, ukazują się wydawnictwa związane z dziewięćdziesiątą rocznicą urodzin i czterdziestą śmierci poety. Kluczową pozycją jest naukowa biografia pióra Johna Felstinera, amerykańskiego badacza i tłumacza poezji Celana. Dzieło monumentalne, w znaczący sposób przybliżające twórczość autora Piasku z urn. Tylko „przybliżające”, bo jedyną (auto)biografią są jego wiersze.   [Czytaj]
44. WROSTJA na kredyt
Mariusz Urbanek
Do teczki prasowej 44. Wrocławskich Spotkań Teatrów Jednego Aktora i 39. Ogólnopolskiego Festiwalu Teatrów Jednego Aktora dołożony został dokument zadziwiający: umowa pożyczki 40 tysięcy złotych, zawarta między Wiesławem Gerasem (zwanym dalej pożyczkodawcą) a Wrocławskim Towarzystwem Przyjaciół Teatru (pożyczkobiorcą). Geras (pomysłodawca i wieloletni dyrektor Spotkań) pożyczył organizatorom najstarszego na świecie festiwalu monodramu prywatne pieniądze, żeby festiwal ów mógł się w ogóle odbyć.   [Czytaj]

Ostatnie dni, by wysłać swoje zgłoszenie na Miesiąc Fotografii w Krakowie 2011!
Do otwarcia Miesiąca Fotografii w Krakowie pozostało jeszcze kilka miesięcy, ale już teraz zdolni fotografowie mogą ubiegać się o możliwość wystawienia swoich prac podczas tegorocznej edycji Festiwalu. Obok Programu Głównego w ramach Miesiąca Fotografii odbywają się pokazy najlepszych prac nadesłanych do Sekcji ShowOFF oraz w konkursie sittcomm.award.


Sekcja ShowOFF skierowana jest do młodych polskich fotografów. Z nadesłanych do nas zgłoszeń wybranych zostanie dwanaście zwycięskich projektów. Laureaci, pod kuratorską opieką członków jury, przygotują swoje projekty tak, by zaprezentować je później na indywidualnych wystawach organizowanych w ramach Sekcji ShowOFF Miesiąca Fotografii w Krakowie. W skład tegorocznego jury wchodzą czołowi polscy fotografowie i kuratorzy: Mikołaj Długosz, Rafał Milach, Krzysztof Miller, Jakub Śwircz, Wojciech Wieteska oraz Magda Wunsche & Samsel.
Do konkursu zgłaszać można zarówno gotowe, jak i będące w trakcie realizacji projekty fotograficzne i multimedialne.
 Termin zgłaszania projektów do Sekcji ShowOFF mija 20.02.2011
 Formularz zgłoszeniowy i regulamin na stronie – www.photomonth.com




sittcomm.award to jedna z najważniejszych nagród dla profesjonalnych fotografów ze wschodniej i centralnej Europy. Zwycięzcę konkursu czeka nie tylko majowa wystawa podczas Miesiąca Fotografii w Krakowie, ale i nagroda finansowa. Projekty będą oceniane przez międzynarodowe Jury, składające się z kuratorek Zuzany Flaskovej (Wielka Brytania) i Miry Keratovej (Czechy), polskiej krytyczki Anny Theiss i Romana Babjaka (Słowacja).
 Termin zgłaszania projektów do sittcomm award mija 28.02.2011
 Formularz zgłoszeniowy i regulamin na stronie – www.award.sittcomm.sk

  [Czytaj]
SAMORZĄDY WYBIJAJĄ SIĘ NA NIEPODLEGŁOŚĆ
Mariusz Urbanek
Listopadowo-grudniowe wybory samorządowe przyniosły klęskę partiom politycznym. Niemal wszędzie tam, gdzie kandydaci jednoznacznie kojarzeni z partiami politycznymi wystartowali przeciwko lokalnym liderom o utrwalonej w swoich środowiskach opinii, polegli w sposób spektakularny.
Na 55 parlamentarzystów, o znanych w swoich regionach nazwiskach, którzy pojawili się (i to zwykle na czołowych miejscach) na listach kandydatów do samorządów, lub w rywalizacji o stanowiska prezydentów czy burmistrzów, mandaty zdobyło t y l k o 14, a więc zaledwie co czwarty. Największą klęskę poniósł szef tzw. komisji hazardowej Mirosław Sekuła z PO, który chciał zostać prezydentem Zabrza. Wydawało się, że telewizyjna popularność powinna pozwolić mu na nawiązanie równorzędnej walki z dotychczasową prezydent miasta, tymczasem zdobył zaledwie 13,5 proc. głosów.
Podobnie było w miastach większych, jak Wrocław, i mniejszych, jak Radzyń Podlaski. Ponad 70 procent nowowybranych prezydentów i burmistrzów pochodzi z ugrupowań pozaparlamentarnych. Są ludźmi, którzy świadomie zrezygnowali z kariery politycznej na rzecz pracy w samorządzie. A ich wyborcy to docenili.   [Czytaj]
NASZA WARSZAWKA WYŚNIONA CZYLI PRZEZ STOŁECZNYCH KNAJP STO
Wojciech Giełżyński
Fragment wspomnień
Lato 1945. Po Warszawie trudno się poruszać, bo na przykład Krucza – to wąwóz z samych gruzów, a Starówka – jedno rumowisko. Powracają do łask konie. Niewielu już dziś pamięta ogromne wozy meblowe do przeprowadzek. Zobaczyć teraz konia w Warszawie – to jak człowieka na Grenlandii. Ale mój wioślarski trener, Edward Kobyliński (brązowy medal na olimpiadzie w Los Angeles), jeszcze w połowie minionego stulecia miał stadko koni pociągowych, perszeronów, i na brak okazji do ich zaprzęgania nie narzekał.

Mosty były zerwane. Póki saperzy nie postawili pontoniaka, jeździło się na Pragę pychówkami.

  [Czytaj]
Jak Niemcy wyobrażają sobie „swoich” Polaków
Uwe Rada
1.
W jednym ze skeczy prezentowanych w polskiej telewizji artysta kabaretowy Steffen Möller opowiadał o swojej pierwszej podróży do Polski – w roku 1993. W pociągu do Krakowa odkrył szyld „hamulec bezpieczeństwa”. To polskie określenie w uszach niemieckich brzmiało tak egzotycznie, iż mający wtedy dwadzieścia sześć lat Möller postanowił pozostać w Polsce. Od tamtej pory pojawia się wieczorami w telewizji polskiej, grając Niemca, np. w roli miłego rolnika uprawiającego ziemniaki w serialu M jak Miłość. Publiczność polska polubiła go i chętnie oklaskuje. Ale ten wesoły człowiek, który mówi świetnie po polsku, to niby miałby być Niemiec? Przecież każdy z nas mógłby wyobrazić go sobie jako zięcia.   [Czytaj]
Ojciec
Janina Katz


Ciągle za nim tęsknię.
Tyle dziesiątków lat.



Był piękny i zdrowy,
ale umarł młodo.
Kochał mnie do końca.
Teraz ja go kocham.



Mój ojciec.
Prawnuk Abrahama.

  [Czytaj]
OPOWIADANIA ALICE MUNRO
Pietro Citati
Gdybym miał doradzić włoskim czytelnikom dwie książki z dziedziny literatury pięknej, nie miałbym żadnych wątpliwości; poleciłbym The Love of a Good Woman oraz Hateship, Friendship, Courtship… Alice Munro.

  [Czytaj]
Wszystkie twarze Ameryki
Kuba Armata
Wystarczy rzut oka na mapę Stanów Zjednoczonych, by się przekonać, jak bardzo zróżnicowany i niejednorodny jest to kraj. Od wiecznie słonecznych Florydy i Kalifornii, przez bezkresne terytoria Teksasu, Kansas, Missouri, górzyste enklawy sportów zimowych – Kolorado czy Vermont – po surową, nieokiełznaną Alaskę z jednej strony, a z drugiej – wielkomiejski Nowy Jork, będący doskonałą egzemplifikacją mitu amerykańskiego snu. Ta heterogeniczność, wyrażająca się w krajobrazie, a obecna również na wielu innych płaszczyznach – historycznej, politycznej, społecznej – jest cechą symptomatyczną, opisującą Stany Zjednoczone. Nie inaczej jest w przypadku kultury, a w ramach niej, rzecz jasna, kinematografii. Tę drugą twarz, a w zasadzie kolejne, mniej stereotypowe twarze kina made in USA, przed szerszą polską publicznością próbowali odkryć organizatorzy pierwszej edycji American Film Festival.

  [Czytaj]
Z wizą do krainy uśmiechu
Rafał Augustyn
Znów w całym Berlinie wiszą wielkie portrety ludzi różnych ras i w różnym wieku, na ciemnym tle w wyrazistym, kontrastowym oświetleniu. Napis: „musik / fest / berlin 10”, daty – 2 do 21 września 2010 – i nazwa organizatora: Berliner Festspiele. Jak zwykle na „Zachodzie” nie ma kolejnego numeru imprezy; cyfra w logo festiwalu odnosi się do roku. Nie ma afiszów z programem. Jest jednak wokół dość informacji drukowanej i internetowej. Jest wreszcie tradycja: najpierw pięciu dekad Berliner Festwochen, potem pięciu lat Musikfestu. Dość, by zgromadzić ludzi: na całym festiwalu „osobowejść” naliczono trzydzieści pięć tysięcy.

  [Czytaj]
Z poczekalni
Urszula Kozioł
O REPRYMENDACH
Jakiś czas po zakończeniu rozmowy przeprowadzonej ze mną dla „Przekroju” przez Marcina Sendeckiego – który mi wytknął, że moje „ego” z wiersza o Don Kichocie bezpardonowo zrugało współuczestników domniemanej tam biesiady – uświadomiłam sobie częstotliwość, z jaką w naszej literaturze, nieomal od samych początków jej istnienia, pojawiają się reprymendy, i to nie tylko pod adresem osób prywatnych, ale zwłaszcza, tak, zwłaszcza pod adresem możnych tego świata, władców, no i pod adresem ojczyzny, która „pawiem narodu była i papugą, a teraz będzie służebnicą cudzą”. Mieliśmy już utyskiwania, że „ksiądz pana wini, pan księdza, a nam biednym zewsząd nędza”, mieliśmy także ponure diagnozy, że „nierządne królestwo i zginienia bliskie, gdzie ani prawa rządzą, ani sprawiedliwość ma miejsce”, ba, nawet miotanie wyzwisk pod najwyższe trony, „żeś ty nie Bogiem jest, a carem!”. Tak, tak, reprymendy mogłyby z powodzeniem stać się tematem niejednej rozprawki. Dałoby się tu włączyć i pouczenia o tym, jak szpetnie wygląda ów, co „za stół siędzie niby wół, jakby w ziemię wetknął kół” i nie potrafi znaleźć się przy biesiadnym stole; dałoby się tu włączyć coś o grzeszniku z rozmów mistrza ze śmiercią, a co dopiero mówić o kazaniach, o przestrogach Skargi, o rozprawach wielkich naszych publicystów od renesansu, przez oświecenie, po dzień dzisiejszy. W moim konkretnym przypadku te reprymendy łączą się z nigdy nienapisanym Don Kichotem, nad czym ubolewam. W związku z nim wpadła mi w oko piękna wypowiedź o rycerzu smętnego oblicza Zygmunta Baumana, stąd chęć przytoczenia z niej kilku bodaj zdań (które on pisze i od siebie, i przytacza za Milanem Kunderą, a mianowicie, że Cervantes kazał Don Kichotowi zedrzeć zasłony utkane z mitów, masek, stereotypów przesądów, zasłony szczelnie przykrywające świat, ten, który zamieszkujemy i który, jak powiada, staramy się pojąć – na próżno, póki nie uniesie się bądź nie będzie zdarta zasłona, (…) bo jedno, co możemy zrobić w obliczu nieuchronnej porażki zwanej życiem, to starać się je zrozumieć. Zerwać zasłony, zrozumieć życie, ciągnie Bauman. Cervantes ukazuje świat w jego nagiej, niewygodnej, lecz wyzwalającej realności, w realności obejmującej wielość znaczeń i nieuchronny deficyt absolutnych prawd w takim świecie, w którym jedyną pewnością jest pewność niepewności.
No dobrze, ale dlaczego tak oburącz znów uczepiłam się tego Don Kichota? Otóż uczepiłam się go z powodu ponurego ciosu, jaki zdała mi prosto w serce Wrocławska Opera swoją Galą Baletową „Don Kichot”, na którą zwabiono mnie zaproszeniem w dniu 19 października 2010 roku, zrealizowaną do muzyki Ludwiga A. Minkusa, w choreografii Beate Vollack z Berlina, która prawdopodobnie nie przeczytała w ogóle Cervantesa, a jeśli nawet czytała, to niczego nie zrozumiała, tak więc ten Don Kichot figurował jedynie na zamieszczonych w programie rysunkach Gustawa Dorégo. Widowisko o Don Kichocie bez Don Kichota – coś upiornego. Rzecz dzieje się w cyrku, Sancho Pansa jest klownem, rzekomy Don Kichot porusza się, jakby był w stanie wskazującym na spożycie kilku promili i co rusz głupkowato chwyta się za głowę. Przy tym śni o baletniczkach żywcem wyjętych z łabędziego jeziora – tego nie dało się wytrzymać, szkoda słów, szkoda straconego wieczoru, że też coś takiego mogło spotkać akurat mnie! Tracąc sposobność pogawędki z tym czy tamtym na planowanej po spektaklu biesiadzie, z pomieszczeń opery, w której ukatrupiono mojego Don Kichota, wyszłam już po pierwszym akcie – co dotąd mi się nigdy nie zdarzyło.
Obronną podkową z katastrofy uszedł jeszcze Rosygnont Apage satanas!


  [Czytaj]
ŚRODEK NA NEUTRUM
Jacek Bierut

Krzysztof Siwczyk: Koncentrat. WBPICAK, Poznań 2010, s. 56.

Krzysztof Siwczyk zaskoczył nie tylko tym, że zmienił wydawcę. Koncentrat to najlepsza książka, jaką dotąd napisał. Trudno będzie tego dowieść, bo tom wymyka się opisywactwu i interpretacjom, co już jest dowodem na to, że warto przeczytać go uważnie.
W twórczości poety pojawiła się kolejna (po zdecydowanym odejściu od poetyki głośnego debiutu) zasadnicza zmiana. Autor przyzwyczaił nas do swojej przygody z archiwum, do kryptocytowania, łączenia urywków i strzępków, rozdzierania ich i wplatania we własny rytm o długiej frazie, w splot dalekich skojarzeń i mozaikę treści układającej się jak tuż po wybuchu bomby-pułapki (książka poetycka powinna być bombą-pułapką, zastawioną na przypadkowego czytelnika). Tym razem nie treść wysadzono w powietrze, tylko podłożono ją w publicznym miejscu i zgubiono starter zapalnika.   [Czytaj]
Maski braci Quay
Michał Hernes
Maska zaskakuje na tle wcześniejszych filmów ekscentrycznego duetu. Amerykańscy reżyserzy tym razem postawili na feerię barw zamiast czarno-białego obrazu i na czytelniejszą fabułę. Choć można odnieść wrażenie, że w warstwie fabularnej trochę poszli na łatwiznę, od strony wizualnej ich krótkometrażówka jest prawdziwym majstersztykiem.   [Czytaj]
TRÓJMIEJSKIE „FESTIWALENIE”
Tadeusz Skutnik
Lato to czas festiwali. Co tam: festiwali! Całego lasu festiwalczyków i festiwalątek. Festiwali z prawdziwego zdarzenia w nim niewiele. Gdańsk też nie jest od nich wolny. Są w końcu po to, żeby ściągać urlopowiczów, a z urlopowiczów haracze. Czy tak – i w jaki sposób – się dzieje? Spróbujmy rzucić okiem na osobliwe zjawisko trójmiejskiego „festiwalenia”.
Najwięcej szumu i zamieszania wywołał w tym roku, jak się zdaje, czternasty już międzynarodowy Festiwal Szekspirowski. Pokazały w nim swoje produkcje teatry oficjalne i offowe, profesjonalne i studenckie z dwunastu krajów, od Anglii, Armenii i Francji po Japonię i Zimbabwe, wykorzystujące przeróżne techniki: etno, pop, wideo, taniec, performans, mimodram. A pracownia Iwony Zając dorzuciła jeszcze mural; nawiązując do poprzednich edycji festiwali („Szekspir z Zającem”, „Szekspir na różowo”), przyozdobiła ona podziemne przejście w pobliżu miejsca, w którym w przyszłości stanie budowla Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego, motywami komediowymi z Szekspira. Tak zostało uściślone hasło tegorocznego festiwalu, którym jest „outsider”: człowiek wiecznie na uboczu – cyrk, błazenada, zabawa, zamiana ról...   [Czytaj]
Byli u Kornela
Mieczysław Orski
Byliśmy u Kornela. Rzecz o Kornelu Filipowiczu. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010, s. 322.

W dwudziestą rocznicę śmierci Kornela Filipowicza Wisława Szymborska i Jan Pieszczachowicz z pomocą Krzysztofa Lisowskiego prezentują – jak określają swoje przedsięwzięcie – „portret wielokrotny” znakomitego, a wciąż niedocenionego i za rzadko przypominanego pisarza. Osobę i twórczość autora m.in. Romansu prowincjonalnego (1960), Pamiętnika antybohatera (1961), Ogrodu pana Nietschke (1965), Co jest w człowieku? (1971), Krajobrazu, który przeżył śmierć (1986), Rozmów na schodach (1989) – by wymienić tylko kilka tytułów z jego bogatej spuścizny – poznajemy tu poprzez wybór rozmów z nim, przede wszystkim zaś na podstawie bardzo miarodajnego wywiadu przeprowadzonego w 1988 roku, dwa lata przed śmiercią pisarza, przez Mikołaja Ruszkowskiego (Bogdana Rogatkę) i opublikowanego w paryskiej „Kulturze” oraz na podstawie zapisków O sobie i innych, aforyzmów i notatek pozbieranych kiedyś (dla „Odry”) przez Wisławę Szymborską, kilkunastu wierszy i opowiadań dobranych pod kątem ich „wagi” autobiograficznej, fotografii, na podstawie wspomnień spisanych przez synów pisarza, przyjaciół, wychowanków, zaprzyjaźnionych z nim twórców różnych dziedzin, znajomych, a także pięknego wiersza Tadeusza Różewicza Rozmowa z Przyjacielem. Na mistrzostwo krótkich narracji autora tomu Mój przyjaciel i ryby zwraca uwagę – analizując zwłaszcza zestawianą ze słynnym opowiadaniem Hemingwaya Stary człowiek i morze nowelę Wielki łosoś – Włodzimierz Maciąg w najbardziej chyba w tym „portrecie wielokrotnym” merytorycznym i wnikliwym studium krytycznym prozy Filipowicza; ten (również niesłusznie zapominany) wybitny krytyk i historyk literatury opowiada także, jak wspierał swojego przyjaciela w jego działaniach konspiracyjnych podczas stanu wojennego w Krakowie. Z kolejnych wypowiedzi, wspomnień, zwierzeń wyłania się wszechstronny, rzetelny, bogaty w szczegóły i niuanse wizerunek pisarza, organizatora życia literackiego w Krakowie, opozycjonisty i konspiratora, a przede wszystkim człowieka (Owo „Byliśmy u Kornela”, które w tamtych czasach było rodzajem magicznego zaklęcia, nie ograniczało się do literackich kontaktów. To był przede wszystkim kontakt z bardzo wpływową osobowością, która przez samą swoją obecność udziela tej pewności w sens istnienia, jaką daje najlepsza literatura – zauważa Jan Józef Szczepański), życzliwego starszego kolegi debiutantów (…był wcieleniem taktu, powściągliwości i serdecznego dystansu, przypominał bohaterów Hemingwaya – wspomina Janina Katz), zapalonego rybaka i kajakarza (wspólne wyprawy spisuje z pamięci syn Aleksander), przyjaciela i opiekuna młodszych adeptów pióra (Jerzy Pilch: Pielgrzymowaliśmy do Kornela Filipowicza, aby się krótkim pobytem w autentycznym gospodarstwie pisarskim umocnić we własnych posłannictwach), wypróbowanego partnera do „wypitki i wybitki” (Miał w sobie coś z dużego chłopca, skory do zabaw i psot, ale i istotnych dla środowiska działań. Czy nie dlatego lgnęliśmy do niego, starsi i młodsi…? – wspomina Urszula Kozioł). W całej barwnej panoramie głosów – z notatkami, listami i zapiskami także m.in. Karla Dedeciusa, Tadeusza Kantora, Artura Sandauera, Ewy Lipskiej, Stanisława i Jana (syna Tadeusza) Różewiczów – ta partia tomu okazuje się zarazem bardzo ciekawą i pouczającą wyprawą w niedawną historię środowisk twórczych – i nie tylko twórczych – PRL-u.   [Czytaj]
CDn (130)
Adam Poprawa
Herbie Hancock, The Imagine Project. Sony Music, Hancock Records Inc. 2010

Jeśli komuś brakuje dzisiaj wielkich, epickich opowieści, niech spróbuje opisać w całej wszechstronności ogrom przedsięwzięcia, którego efektem stała się ta płyta. Od tej strony przedstawia się ona doprawdy imponująco. Dziesięć utworów (w tym parę arcyklasycznych piosenek) nagranych w sumie przez kilkudziesięciu artystów w kilku językach, muzyka sięgająca do różnych źródeł. Herbie Hancock zjeździł świat, rejestrując w wielu studiach (po kilka miejsc kuli ziemskiej na jedną piosenkę!) kolejne fragmenty. Gdyby Homer żył dzisiaj:   [Czytaj]
Konkurs
Szanowni Państwo,

trwa nabór do konkursu sittcomm.award, skierowanego do profesjonalnych
fotografów z Europy Środkowo-Wschodniej - jego zwycięzca, oprócz nagrody
pieniężnej, zostanie także uhonorowany wystawą podczas Miesiąca
Fotografii w Krakowie w maju 2011 roku. Być może Państwa czytelnicy lub
współpracownicy chcieliby wziąć w nim udział.

dziękuję i pozdrawiam,

Magda Gałkowska   [Czytaj]
TRUDNA SZTUKA PRZEPRASZANIA Poradnik dla polityków
Mariusz Urbanek
Obyczaj domagania się przeprosin od wszystkich i za wszystko, który pojawił się ostatnio na polskiej scenie politycznej, spowodował konieczność przygotowania przez służby parlamentarne odpowiednich kodeksów, regulujących kto, w jakiej sytuacji i w jakim trybie zobowiązany jest do przeprosin.
Najbardziej zaawansowane są prace nad poradnikiem „Jak przepraszać Lidera Partii Opozycyjnej”, ponieważ, jak wykazały badania, właśnie takiego poradnika najbardziej brakuje na rynku. Poniżej przedstawiamy kilka model tzw. zachowań ekspiacyjnych z poradnika, który powinien pojawić się na rynku księgarskim jeszcze w tym roku.

  [Czytaj]
SAMORZĄDY TO MY, CZY TEGO CHCEMY, CZY NIE
Z Leonem Kieresem, senatorem RP, rozmawia Stanisław Lejda
Mija właśnie dwadzieścia lat samorządności w Polsce. Jak pan ocenia jej kondycję po tych dwóch dekadach?
– Moim zdaniem to najbardziej udana reforma w minionym dwudziestoleciu. Zupełnie nie przemawiają do mnie argumenty podważające celowość odtworzenia samorządu terytorialnego, uzasadniane przypadkami patologii, bo np. gdzieś tam wyprowadzono burmistrza w kajdankach. Tymczasem samorząd to my. To nie jest struktura, którą jak kamień z księżyca ktoś przywiózł, potem oddano go do muzeum, więc ludzie chodzą i to dziwo oglądają. Jednym się podoba, drugim nie, ale mało kto wgłębia się w jego strukturę. Zawsze byłem marzycielem, natomiast nie jestem nawiedzonym samorządowcem i widzę cały szereg mankamentów, jakie tkwią nie tylko w praktyce samorządowej, ale również w rozwiązaniach prawnych. Nie ma jednak cywilizowanych współczesnych społeczeństw ani państw demokratycznych – bez względu na ich rodowód – bez pierwiastka samorządowego. Trzeba pamiętać jeszcze o jednym: ci, którzy niekiedy dosyć brutalnie krytykują samorząd terytorialny, są jednocześnie entuzjastami społeczeństwa obywatelskiego. To trochę przypomina mi pana Jourdaina, który w sztuce Moliera Mieszczanin szlachcicem nie wiedział, że mówi prozą.   [Czytaj]
Ktoś, kogo obserwuję od pewnego czasu
Wisława Szymborska


Nie przybywa gromadnie.
Nie zbiera się tłumnie.
Nie uczęszcza masowo.
Nie obchodzi hucznie.

  [Czytaj]
Madame Bovary – to ja?
Z Mario Vargasem Llosą rozmawia Sergiusz Sterna-Wachowiak
Za „kartografię struktur władzy oraz wyraziste obrazy
oporu, buntu i porażek jednostki”.

Komitet Noblowski Akademii Szwedzkiej, 7 grudnia 2010


Sergiusz Sterna-Wachowiak: Najbardziej rozległy problem pana pisarstwa chyba celnie wyraził José Miguel Oviedo, który orzekł lakonicznie: Madame Bovary to Mario Vargas Llosa. Bohaterka powieści Flauberta Pani Bovary nosi stygmat, ma jakąś pręgę na duszy, która sprawia, że staje się symbolicznym ucieleśnieniem dezercji z rzeczywistości i przeprowadzki w sferę iluzji. Jak to pogodzić z pana pisarską lojalnością wobec rzeczywistości? Czy jest pan Emmą Bovary?   [Czytaj]
Gra w historię
Mieczysław Orski
Powieściopisarstwo historyczne, dzisiaj oddające w literaturze pole fantastyce eksplorującej – często dorywczo i powierzchownie – „magazyny” dziejów świata, stanowiło jeden z filarów prozy pisanej w PRL-u, i to nie tylko tej powstającej pod piórami zwolenników Sienkiewiczowskiej idei pokrzepiana serc, wśród których przez długi czas poczesne miejsce zajmował Antoni Gołubiew, bądź amatorów uprawiania fikcji historycznej, ożywiających zapomniane „przezrocza” przeszłości w celu nanoszenia na nie własnych idei, konceptów, wizji – takich jak Teodor Parnicki, Hanna Malewska, Mieczysław Piotrowski, Andrzej Kuśniewicz – ale i pisarzy traktujących dzieje jako punkt odniesienia do rozgrywki z peerelowską teraźniejszością, kamuflujących w ten sposób swoje aktualne przesłania, wyzwania i krytyczne rozpoznania pod „starymi dekoracjami” – jak Kazimierz Brandys czy Władysław Terlecki.   [Czytaj]
W SZCZĘŚLIWYM ŚREDNIOWIECZU ŚWIĘTYCH, MNICHÓW I KRÓLÓW
Pietro Citati
W tych dniach Fundacja imienia Lorenza Valli i wydawnictwo Mondadori opublikowały Historię kościelną narodu angielskiego (Historia ecclesiastica Anglorum) Bedy. Michael Lapidge, jeden z najbardziej znanych angielskich mediewistów, jest redaktorem wydania krytycznego i autorem obszernego wstępu, Paolo Chiesa zaś przełożył doskonale tekst na włoski.
Beda urodził się w 672 albo 673 roku, zmarł w 735. Całe życie spędził w klasztorach, które wówczas znajdowały się wszędzie, nawet w najbardziej niedostępnych i górzystych miejscach: w klasztorze w Wearmouth i klasztorze św. Pawła w Jarrow, w pobliżu dzisiejszego Sunderland. Biblioteka pierwszego z nich, zawierająca dwieście pięćdziesiąt rękopisów, była największą anglosaską biblioteką. Wypełniały ją sprzęty kościelne, szaty liturgiczne dla kapłanów i kleryków, relikwie apostołów i męczenników, nauczyciele śpiewu zaś uczyli, słowo po słowie, liturgicznych pieśni. Księgi rozbrzmiewały głosami. Beda dysponował solidną kulturą klasyczną i głęboką kulturą chrześcijańską – znał Euzebiusza, Orosiusa, Hieronima, Józefa Flawiusza, Augustyna, Grzegorza Wielkiego, Rufinusa – a także był biegły w metryce, astronomii, kościelnym kalendarzu świąt ruchomych, biblijnej egzegezie, historii, gramatyce. Lubił czytać, pisać i opowiadać. Lekko się jąkał, ale nie przeszkodziło mu to w napisaniu ogromnego dzieła, którego Historia kościelna narodu angielskiego jest zaledwie drobną częścią.   [Czytaj]
Zapiski rzymskie Wybrane fragmenty z roku 1974
Jan Władysław Woś
10 styczeń 1974, czwartek. Przedwczoraj przeprowadziłem się z „medycznego kołchozu” na Monte Mario, gdzie mieszkałem z pięcioma lekarzami, do pensjonatu na viale Vaticano 51/a. Miałem zamiar przenieść się już w niedzielę, ale było to niemożliwe, ponieważ we Włoszech od pewnego czasu ze względu na ograniczenia w zużyciu benzyny jest zakaz używania w niedziele i święta prywatnych samochodów. Przyczyn decyzji zmiany zamieszkania było wiele. Przede wszystkim ze względu na czas. Traciłem około trzech godzin dziennie na dojazd autobusem do archiwum watykańskiego. Natomiast z pensjonatu, żeby dojść tam pieszo, wystarczy mi dziesięć–piętnaście minut. Poza tym zacząłem odczuwać skutki stołowania się w barach, tawernach i restauracjach. Tu będę żywił się nie tylko regularnie, ale także jak należy. Biskup Władysław Rubin, z którym jestem zaprzyjaźniony, namawiał mnie do zmiany mieszkania, i znalazłem się tu dzięki jego pośrednictwu. Pensjonat Casa Mater Cristi prowadzony jest przez włoskie i hiszpańskie zakonnice. Przełożoną domu jest matka Sandra rodem z Werony. Robi wrażenie osoby spokojnej i zrównoważonej. Dostałem pokój na trzecim piętrze. Jest wyjątkowo mały i znajdują się w nim tylko najpotrzebniejsze sprzęty: wąziutkie łóżko, stoliczek, krzesło, szafa, a w miniaturowej łazience urządzenia sanitarne, umywalka i kabina z prysznicem. Na moją prośbę wstawiono do pokoju wysoki regał, ale o jakimś odpowiednim stole do pracy nie ma nawet co marzyć: nie zmieściłby się.

  [Czytaj]
W kręgu Głowińskiego
Wojciech Browarny
Michał Głowiński: Kręgi obcości. Opowieść autobiograficzna. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010, s. 534 + 1 nlb.


Tak mógłby się zaczynać pamiętnik dawnego mieszczanina, który równie zacnemu czytelnikowi z tego samego kręgu chciałby opowiedzieć o życia swego przypadkach. Michał Głowiński rozpoczyna swoją opowieść od solidnej genealogii, opisu rodzinnego domu i miasta, a kończy przyczynkiem do życiorysu alternatywnego, zamieniając finał w nieoczekiwane, niewczesne – nie spóźnione, ale skierowane przeciwko zamkniętej, ostatecznej narracji o przeszłości – rozważania. Zastanawiałem się wielokrotnie (i zastanawiam się wciąż), jakim byłbym człowiekiem, gdybym w dzieciństwie nie zaznał okropieństw Zagłady (…), gdyby dane mi było przeżyć młodość i ogromną część lat dojrzałych w rzeczywistości społecznej innej od tej, jaką tworzył realny socjalizm. Najbardziej obcesowemu odbiorcy, pochłaniającemu ponad pięćset stron tekstu bez „zastanawiania się”, autor Kręgów obcości daje ostatnią szansę, aby nie skończyć tej lektury zbyt łatwo. Autobiograficzna opowieść Głowińskiego jest narracją historycznie doświadczonego „ja”, świadomego, że dzieje jednostek i zbiorowości, poza wyobraźnią potoczną, nie zamykają się w pełnych i gładkich formach, domkniętych kręgach.   [Czytaj]
Emocje w polityce Być jak Stan Tymiński
Piotr Gajdziński
Poziom społecznych emocji nie był jesienią 2010 roku, gdy Ryszard C. zastrzelił Marka Rosiaka, najwyższy w historii III RP. Bywało gorzej. I będzie gorzej, bo za jakiś czas pojawią się liderzy jeszcze bardziej cyniczni, z nie mniejszym apetytem na władzę, dla których mobilizowanie za pomocą emocji stanie się chlebem powszednim.

  [Czytaj]
Enerde
Jacek Sieradzki


Co to było Enerde? W dowcipie z dawnej szkoły podstawowej: odpowiedź na pytanie z krzyżówki o jedno z dwóch europejskich państw na „e”. Drugim był, rzecz jasna, Erefen. Enerde było satelickim państwem-członkiem bloku wschodniego, utworzonym z radzieckiej strefy okupacyjnej. Było państwem-upokorzeniem, powołanym przez zwycięzcę na podbitym terytorium, stosunkowo najgorliwiej spośród sobie podobnych strzegącym przywiązania do suwerena. Łączącym niemiecki Ordnung z komunistycznym doktrynerstwem, dość, co tu mówić, obrzydliwym. Owszem, było państwem ciężko i krwawo doświadczonym, choćby przez zbudowany w poprzek kraju i stolicy mur, za próby przekroczenia którego naprawdę ginęli ludzie. Aliści mur nie był w stanie zatrzymać na przykład fal radiowych czy telewizyjnych, więc Enerde było krajem pod pewnymi względami odciętym śmiertelnie od wolnego świata, pod innymi zaś – wcale. A pod koniec żywota skwapliwie konsumowało zastrzyki finansowe od kuzynów z wolności w zamian za polityczne poluzowania.   [Czytaj]
DWA LUB TRZY RAZY M, DYSTYCHEM ELEGIJNYM O ZMIENNYM RYTMIE
Adam Poprawa
Marcin Kurek: Oleander. Zeszyty Literackie, Warszawa 2010, s. 68.


Zaskakujące motto pochodzi z Mickiewicza: Serce ustało..., trzema kropkami resztę wersu zastąpił poeta współczesny. Poprzedzenie poematu w taki właśnie sposób wygląda cokolwiek staroświecko; jasne, jest to wrażenie zaprogramowane, i spokojnie można założyć, że Marcinowi Kurkowi na pewno nie idzie o cofnięcie do niegdysiejszych wrażliwości. Niespodzianka przywołania dwóch słów z Dziadów pogłębia się po lekturze całości i powrotach. W Mickiewiczowskim oryginale bowiem Upior (jeszcze bez „o” pochylonego) posiada osobliwy status egzystencjalny, jest jednocześnie żywym i umarłym. Gdyby przywołanie sprowadzało się u Kurka wyłącznie do ironii, sprawa byłaby w miarę nieskomplikowana. Okazuje się jednak, że i bohater jego poematu przebywa w sferze niepewnej, poniekąd granicznej między tutaj a po (śmierci); nie da się wykluczyć, że pomiędzy jednym a następnym nigdzie. Świadomość poprzedniego nigdzie dochodzi zresztą do głosu: Czy to nie szaleństwo wierzyć w istnienie / świata przed naszym urodzeniem?   [Czytaj]
Afrikaans – nowy język
Małgorzata Dziewięcka
W 1902 roku, gdy Burowie przegrali wojnę z Anglikami, burskie Republiki, Transvaal i Oranja, przestały istnieć. Stały się one częścią Imperium Brytyjskiego, w którego imieniu władzę nad nimi przejął Wysoki Komisarz Południowej Afryki, baron Milner. Jego ambicją i celem było wykorzenienie „afrykanerskości”, uczynienie z Burów brytyjskich poddanych mówiących królewskim angielskim, hołdujących tradycji i ideałom Albionu. Ich własny język, afrikaans, miał być zapomniany, wykreślony na wieki. Stanął więc wobec śmiertelnego zagrożenia: nie używano go powszechnie w pisowni, na dobrą sprawę więc znajdował się wciąż we wstępnej fazie rozwoju.   [Czytaj]
Moja teczka-esbeczka, czyli wyrób wideł z błyskiem faryzejskim
Jerzy Szperkowicz


Ależ ona schudła! Anorektycznie! Moja teczka-esbeczka. Egzemplarz, który trzymam w domu, to dwie solidne zszywki pod pieczęciami IPN. Tu – po pięciu miesiącach „pełnej i wielokierunkowej” rewizji archiwów – zamiast się zaokrąglić, okładki wklęsły, obwisły karty i troczki. A wszystko przez spóźnioną (luty 2009) pokusę dopełnienia czterdziestoodcinkowego cyklu „Co jest w mojej teczce?” sylwetkami „Dariusza”, „Iry”, „24”, „Siwego” i innych oczu i uszu SB.
  [Czytaj]
ZANIKAJĄCE IMPERIUM. RELACJE ROSJI Z POLSKĄ
Z prof. Adamem Danielem Rotfeldem, ministrem spraw zagranicznych w rządzie Marka Belki, uczestnikiem międzynarodowych gremiów do rozwiązywania sytuacji konfliktowych, współprzewodniczącym polsko-rosyjskiej Grupy do Spraw Trudnych, rozmawia Magdalena Bajer


Magdalena Bajer: Zacznę od prośby o krótki rys historyczny, powiedzmy od... bitwy pod Połtawą (1709), która ugruntowała potęgę Moskwy w Europie.
Adam Daniel Rotfeld: Można powiedzieć, że historycznie stosunki te na ogół nie układały się dobrze. Powtarzam często – co niektórzy przyjmują z niedowierzaniem – że najlepszy okres naszych stosunków z Rosją to dwadzieścia ostatnich lat. Przed rozbiorami, nie tylko od czasów Katarzyny, która była wraz z Fryderykiem Wielkim inicjatorką rozbiorów Polski, ale wcześniej, od Iwana Groźnego, a po polskiej stronie – Stefana Batorego, nasze stosunki były oparte, najdelikatniej mówiąc, na rywalizacji. Oba sąsiadujące narody dążyły do dominacji na obszarze między ziemiami etnicznie polskimi a tymi, które były zamieszkane przez grupy etnicznie ruskie. Rosja od zarania kształtowała się jako państwo imperialne. Polska Jagiellonów była Rzeczpospolitą wielu narodów. Niektóre z nich rozwinęły się w narody samodzielne. Wieloetniczność i wielokulturowość, uznawane dzisiaj za szczególnie cenne wartości, wymuszały tolerancję, bowiem pokój wewnętrzny w takich państwach może się opierać tylko na poszanowaniu odmienności – zwłaszcza religii, a także języka, obyczaju i stroju.   [Czytaj]
Koniec kryzysu czy jego druga fala?
Stanisław Lejda
Widmo głębokiego kryzysu, które trzy lata temu zajrzało światu w oczy, to nadal temat numer jeden w mediach zajmujących się problematyką ekonomiczną. Nie ma dnia, żebyśmy nie byli bombardowani informacjami, opiniami czy prognozami próbującymi wskazać kierunek, w jakim w najbliższym czasie podąży światowa gospodarka. Te publikacje i wypowiedzi zwykle są mocno przeciwstawne. Oto przykłady z pierwszego tygodnia października.

  [Czytaj]
wiersze
Giennadij Aleksiejew
* * *


Czy byłem kiedyś uskrzydlony?
Czy skrzydła tylko mi się śniły?
A co,
jeśli rzeczywiście
je straciłem?
A co,
jeśli one naprawdę
były białe i długie?
A co,
jeśli one znowu wyrosną?
Ostatnio
często swędzą mnie łopatki.
Ale dokąd lecieć?

  [Czytaj]
UMARŁ POETA
Krzysztof Karasek/b>


Umarł poeta, Jarosław Markiewicz. Zasnął w śmierci, jak powiada Norwid o Słowackim. Przyszła wielka żniwiarka i oddaliła nas od niego. Umrzeć to przecież nic innego, jak przestać być widzialnym. Nigdzie ta prawda nie jest artykułowana bardziej niż w religii i poezji. Umarł poeta, jeden z najlepszych w mojej generacji. Ale zostały z nami jego słowa, żyły w czasie i będą żyć poza czasem. Więc nie całkiem śmierć i nie całkiem umieranie. Non omnis moriar, powiada archipoeta Horacy, „nie całkiem umrę”, i tą formułą wyrażał wiarę poetów w nieśmiertelność słowa. Żył po to by, jak śpiewa walijski poeta Dylan Thomas, „śmierć nie panowała”: And death shall have no dominion. Umiera jednak człowiek, stąd ból i cierpienie. I tęsknota przechowania choćby kilku okruchów-obrazów jego obecności.
W majestacie śmierci wszystkie gesty, zapamiętane lub przypomniane, nabierają ważności.   [Czytaj]
CIACHO I OFIARA
Anna Markowska
Ars Homo Erotica


Społeczne projekty emancypacyjne trafiły do Muzeum Narodowego w Warszawie, jednej z najważniejszych instytucji tego rodzaju w Polsce. Stało się tak za sprawą Piotra Piotrowskiego, zasłużonego badacza powojennej sztuki polskiej i środkowoeuropejskiej, od niedawna pełniącego funkcję dyrektora tegoż muzeum. To wydarzenie o kluczowym zdarzeniu, gdyż właściwie od czasu stalinowskiej odwilży separacja polskich środowisk artystycznych od polityki wydawała się najważniejszą ich zdobyczą.

  [Czytaj]
Matka Teresa od dobrej nadziei
Marcin Adamczak
Paweł Sala, debiutujący w pełnometrażowej fabule filmem Matka Teresa od kotów, jawi się jako postać dość tajemnicza. Nawet sam Internet nie zna bowiem wiarygodnej daty jego urodzenia, nie sposób więc orzec, czy jest młodym, czy podejrzanie starym debiutantem („Przekrój” oraz portal filmweb.pl podają, że ma pięćdziesiąt dwa lata – red). Z całą pewnością natomiast jest debiutantem nader obiecującym. Dramat Sali opowiada historię dwójki nastoletnich chłopców, którzy zamordowali własną matkę. Rzecz nie dzieje się w przy tym w tzw. patologicznej rodzinie. Matka to agentka ubezpieczeniowa, ojciec był zawodowym żołnierzem, film ukazuje jednak narastającą bezradność i osamotnienie wobec rodzącego się zła, agresji i przemocy. Konstrukcja fabuły oparta jest na inwersji narracyjnej, punkt wyjścia stanowi aresztowanie chłopców, potem zaś w rytmie kolejnych scen stopniowo cofamy się w czasie, zmierzając ku genezie tragicznych wydarzeń, w pewien sposób „podróżując w górę rzeki” ku poznaniu jądra ciemności.   [Czytaj]
Ekspatrianci i wypędzeni
Adam Wierciński
Pamięci Ignacego Rutkiewicza


Znany historyk napisał w poważnej rozprawie naukowej: Nikt Polaków z Kresów Wschodnich nie wypędzał [sic!], otrzymali oni tylko możność wyjazdu z ZSRR do Polski. Uczyniła tak ich większość [sic!], ponieważ nie chciała żyć w ZSRR sądząc, że Polska nie stanie się komunistyczna, albo sądząc słusznie, że nawet jeśli komunistyczną się stanie, będzie to bądź co bądź Polska i będzie się w niej żyło lepiej niż w ZSRR. Wielu Polaków, zwłaszcza uboższych, dla których ustrój socjalistyczny był korzystny, pozostało jednak na miejscu; na Wileńszczyźnie byli oni później nawet uprzywilejowani jako narzędzie przeciwko Litwinom oraz dlatego, że Rosjanom było językowo łatwiej porozumieć się z Polakami niż z Litwinami (Jerzy Krasuski, Polska–Niemcy. Stosunki polityczne od zarania po czasy najnowsze, Wrocław 2009, Zakład Narodowy im. Ossolińskich – Wydawnictwo).   [Czytaj]
OSTROŻNOŚĆ JEST WSKAZANA, STRACH PRZED REFORMAMI – NIE
Z Tadeuszem Syryjczykiem rozmawia Stanisław Lejda


Gdy mowa o infrastrukturze drogowej i kolejowej, można spotkać różne opinie na temat dystansu, jaki dzieli Polskę od krajów zachodnioeuropejskich. Niektórzy mówią, że po roku 1989 roku ta różnica zmalała, ale słychać również głosy, że po dwudziestu latach transformacji Europa Zachodnia jeszcze bardziej się od nas oddaliła. A jak to wygląda okiem fachowca?   [Czytaj]
Pisanie to dla mnie jak czopki
Z Januszem Rudnickim, pisarzem, który przeniósł się z Niemiec do Czech, rozmawia Bartosz Sadulski


Wydawał się pan zadowolony z funkcji „polskiego pisarza w Niemczech”, bo było łatwo i przyjemnie. Trudniej jest być pisarzem polskim w Czechach? Czegoś brakuje, czegoś za wiele?   [Czytaj]
Pod kreską. Stokfiszewski na cenzurowanym
Grzegorz Czekański


Igor Stokfiszewski ma kreskę. Jest pod kreską. Na cenzurowanym jest nie od dziś, lecz kreska staje się coraz grubsza i coraz więcej obejmuje. Ponadto coraz większa grupa osób upodobała sobie metodologię kreski. Bo postawisz kreskę – i po kłopocie. Zamażesz problem – i, jak to się mówi, w porządeczku. Masz problem? Nie ma problemu skoro go nikt nie dostrzega – rymowali przed laty niejacy Pijani Powietrzem i taka zasada wydaje się przy Stokfiszewskim obowiązywać. Przy Stokfiszewskim, który z pozycji niesfornego dziecka polskiej krytyki w oczach wielu przeistoczył się w niegroźnego maniaka krytyki literackiej. Wszystko takiemu możesz powiedzieć prosto w oczy, w aparat słuchowy etc., bez obaw, że to całe mówienie i słuchanie uwieńczy się jakimkolwiek zrozumieniem. Maniak wszakże swoje wie. Wie lepiej. I wie, iż ty nie wiesz, że on wie, toteż chce ci to uprzytomnić – żebyś wiedział(a).   [Czytaj]
NOWE WIERSZE
Marek Czuku
Z cyklu: Galeria



Czerwony

spokojnie robię swoje i nic
mnie więcej nie obchodzi
to pięknoduchy

  [Czytaj]
Doktor Hřebejk
Marta Brzezińska


W skrótowo zaaranżowanych pierwszych scenach nowego filmu Jana Hřebejka Czeski błąd bohaterka Lucie dowiaduje się, że jest chora. Obserwujemy postawienie diagnozy, leczenie i powrót do domu. Równocześnie reżyser daje nam do zrozumienia, że gdy ona walczy z chorobą, jej mąż zdradza ją w najlepsze. Podwójne życie nie przeszkadza też niewiernemu małżonkowi realizować filmu o ojcu Lucie, znanym lekarzu psychiatrze. Co więcej, praca nad dokumentem stanie się świetną okazją do zemsty na teściu i do rozgrywki z żoną, bowiem filmowa ekipa dociera do kompromitujących materiałów, z których wynika, że powszechnie szanowany doktor był na usługach komunistycznej służby bezpieczeństwa… Sytuacja zdrady małżeńskiej z początku filmu, niby niewiele znacząca i rozgrywana w typowej dla reżysera ironicznej manierze, pełni rolę szkicu do całego konfliktu. I oto ni stąd, ni zowąd porządna czeska rodzina znajduje się w ogniu odpalanych precyzyjnie przez reżysera ładunków – nieufności, skrywanych frustracji i pretensji. Nie szczędząc właściwie nikogo, burzą one dotychczasowy spokój i szczęście, które okazuje się – jak to zwykle u Hřebejka – fasadowe i kruche. A same motywy zdrady i choroby zyskują w filmie szczególne znaczenie.   [Czytaj]
CZYTANIE BEZ GRANIC
Greta Wierzbińska
Tegoroczną Nagrodę Goncourtów otrzymał Laurent Binet za swoją pierwszą powieść pt. HHhH, wydaną przez wydawnictwo Grasset & Fasquelle. Laureat nie jest jednak zupełnym literackim debiutantem: w roku 2000 ukazały się jego opowiadania Forces et faiblesses de nos muqueuses, a cztery lata poźniej La Vie professionnelle de Laurent b.   [Czytaj]
Estetyka samotności: idiom Flamandów Malta 2010
Joanna Roszak
Anna Brzezińska stworzyła taką paralelę: artyści flamandzcy, którzy wiodą prym w sztukach performatywnych, należą do pokolenia, które w teatrze dokonało przełomu podobnego do tego, jaki spowodowali ich przodkowie w malarstwie XVII wieku . Rzeczywiście, jak w wierszu W.H. Audena o starych mistrzach malarstwa, także twórcy teatru flamandzkiego „nie pomylili się w sprawach cierpienia”. Tegoroczna edycja Malta Festival Poznań była wyjątkowa z wielu powodów – bo dwudziesta, bo pod nową nazwą, bo po raz pierwszy z programem kuratorskim. Organizatorzy zdecydowali się ukazać teatr flamandzki, który umieszcza ideał w intuicji, ukazuje nasze niekiedy mało racjonalne ekscytacje. Spośród nader bogatego programu wybieram tylko kilka punktów. Spaja je koncept smutku i ironii, estetyka samotności, każdy ze spektakli to swoisty akt pożegnania. (Nie wspominam tu o Sutrze, której „Odra” poświęciła dwie strony już w marcu – w Poznaniu świetny spektakl z muzyką mieszkającego w Antwerpii poznaniaka Szymona Brzóski miał swoją polską premierę, zob.: J. Roszak, Ruch po ruchu: Sutra, „Odra” nr 3/2009).   [Czytaj]
Klucze do sztuki Matisse’a
Anna Maja Misiak
Odkrywanie nowych wymiarów malarstwa Henriego Matisse’a trwa. Współpracują przy tym muzealnicy i wydawcy. Kuratorzy najnowszej, zakończonej w czerwcu br. wystawy w Art Institute of Chicago skupili się na pięciu latach najintensywniejszych eksperymentów artysty z farbą i formą. Wypracowane przez niego pomiędzy 1913 a 1917 rokiem metody konstrukcji obrazu widoczne są po części w materiale: jako ślady mozolnego procesu twórczego – przemalunki, szkice, rysy w kolejnych warstwach farby, po części zaś w kompozycji, jako struktury tworzone w nawiązaniu do kubistycznych koncepcji i na przekór nim.   [Czytaj]
Pozycje
Bartosz Sadulski


historyczna


wierszyku napisany przez sen
psie i rano
dziewczyno o pustym imieniu


opowiedzcie mi swoją historię

  [Czytaj]
Kontrapunkt – lustra i ekrany
Piotr Michałowski


XLV Przegląd Teatrów Małych Form KONTRAPUNKT (Szczecin, 20–25 kwietnia 2010) niczego nie odkrył, ale utwierdził schizmę na spolaryzowane nurty poszukiwań: nowej formy artystycznej lub wyrazu społecznego zaangażowania. Zabrakło więc pełni teatru, którą byłaby synteza lepiej rozpoznanych potrzeb widowni i większych ambicji twórców.

  [Czytaj]
TRZA SIĘ BYŁO UBEZPIECZAĆ?
Krzysztof Uściński
O roku ów! Kto ciebie widział w naszym kraju!
Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju,
A żołnierz rokiem wojny; dotąd lubią starzy
O tobie bajać, dotąd pieśń o tobie marzy.



Nie trzeba wyjaśniać, kto i o jakim roku to mówi. Jest to w Polsce cytat równie dobrze znany, jak rocznica pewnej bitwy z bardzo pobożnym zakonem. Bo też narodowa pamięć historyczna to zjawisko fascynujące. Przede wszystkim dlatego, że emocjonalne, więc „nielogiczne”. Tak jest i w tym wypadku: wszyscy pamiętamy, że rok 1812 był rokiem szczególnym; ale prawie nikt nie pamięta, że szczególny był także rok następny, 1813. A przecież nie jest bynajmniej oczywiste, o którym z nich „pieśń gminna” i owi „starzy” dłużej i straszniej opowiadali. Tyle że o tym drugim roku jakoś szybciej zapomniano. A szkoda, bo może – gdybyśmy mieli lepszą pamięć – lepiej by się nam dzisiaj żyło.

  [Czytaj]
250 najlepszych filmów wszech czasów: miejsce trzecie
Marcin Adamczak



Hollywood tradycyjnie, dążąc do odświeżenia swych gatunkowych formuł, co jakiś czas powierza realizację wysokobudżetowej superprodukcji zdolnemu, obiecującemu reżyserowi z obiegu kina niezależnego. Hollywood na zabiegu tym wychodzi dobrze (powstające w ten sposób blockbustery przynoszą wielomilionowe zyski), reżyserzy zaś twierdzą, że oni również, mogąc bez ograniczeń budżetowych realizować za kamerą swoje marzenia. Jednym ze szczęśliwie realizujących ostatnio marzenia jest Christopher Nolan, autor pamiętnego wirtuozerskiego eksperymentu z filmową narracją Memento, ponoć od dziesięciu już lat myślący o realizacji Incepcji. Brytyjczyk wymyślił sobie naprawdę fascynujący film: prawdziwy „wstrząśnięty i zmieszany” gatunkowy koktajl przyrządzony na bazie heist movie, czyli subgatunku opowiadającego o szajkach planujących koronkowo przygotowane rabunki w stylu Oceans’ czy Włoskiej roboty, wzbogaconego zaś ingrediencjami typowo bondowskich strzelanin i pościgów, kina przygodowego i SF w stylu Matrixa po raz kolejny nicującego pytanie: czy otaczający nas świat jest prawdziwy? – co przydać miało koktajlowi subtelniejszego smaku solipsystycznej intelektualnej głębi. Oto niejaki Cobb (identyczne nazwisko nosił czarny charakter, włamywacz z pełnometrażowego debiutu Nolana pt. Śledząc) wraz z pomocnikami, najczęściej na zlecenie rozmaitych korporacji, trudni się włamaniami do podświadomości swoich „ofiar”, wykradając stamtąd ich najpilniej strzeżone sekrety.   [Czytaj]
Gatunek sudecki
Wojciech Browarny
Olga Tokarczuk: Prowadź swój pług przez kości umarłych, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009, s. 314 + 1 nlb.


Gdyby sukces literacki mierzyć skalą zainteresowania pisarzy i czytelników lub, inaczej mówiąc, popularnością gatunku, ostatnia dekada należałaby do autorów powieści kryminalnej. Od czasu debiutu Marka Krajewskiego gwałtownie przybywa thrillerów retro i miejskich powieści detektywistycznych. Rozrasta się literacka mapa polskiego kryminału, ogarniająca już takie miasta jak Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań, Gdańsk, Lublin i międzywojenny Lwów. Okres historyczny, który eksplorują twórcy powieści retro, obejmuje prawie cały dwudziesty wiek i przynajmniej końcówkę dziewiętnastego. Topograficzna i archiwistyczna pracowitość niektórych pisarzy jest imponująca. Tylko ciekawych pomysłów literackich pojawia się niewiele. Autorzy tych powieści ciągle pozostają dłużnikami konwencji noir Raymonda Chandlera, sensacyjnej literatury faktu w stylu Bogusława Wołoszańskiego, zwulgaryzowanej wersji mieszczańskiego realizmu, prozy nostalgicznej lub „małoojczyźnianej”. Ku zachwytowi licznej publiczności, ochoczo łączą modele fabularne, które już dawno zostały połączone. Aż chciałoby się zalecić im lekturę kilku dzieł Stanisława Lema, mistrza krzyżowania gatunków i tradycji literackich. Śledztwo i Katar do dzisiaj utwierdzają mnie w przekonaniu, że powieść detektywistyczna nie jest skazana na alternatywę pospolitego gustu: czytadło albo dziwadło.   [Czytaj]
WEZWANIE DO ZNAJDOWANIA
Magdalena Bajer



Pierwsza z serii książek zamierzonych jako kanon „Teologii Politycznej” wydaje się bardzo konsekwentnym wyborem dokonanym przez środowisko, które stara się szerzyć idee republikańskie we współczesnej Rzeczypospolitej Polskiej. Jest to – w skrócie rzecz ujmując – środowisko filozofów przejętych tradycją starożytną, głęboko nią zainteresowanych i przekonanych, że winna być ona obecna myśleniu światłej części naszego społeczeństwa, bo stanowi rezerwuar idei żywotnych, potrzebnych i dających się z wieloma pożytkami twórczo wcielać w aktualną rzeczywistość.
Ta pierwsza książka to Platon Erica Voegelina (1901–1985) w tłumaczeniu Alicji Legutko-Dybowskiej, dzieło amerykańskiego konserwatysty niemieckiego pochodzenia, wykładowcy kilku najlepszych uniwersytetów, któremu przypisuje się inspirujące i oryginalne ujęcia interpretacyjne.   [Czytaj]
CDn (125)
Adam Poprawa
Suzanne Vega: Close-Up, Vol. 1, Love Songs. Suzanne Vega, śpiew i gitara akustyczna; Gerry Leonard, gitara elektryczna; Michael Visceglia, gitara basowa; Zak Soulam, gitara akustyczna w piosence Caramel. Amanuensis Production 2010


Jak pisać, żeby nie za sentymentalnie? Choć pewnie dość to zabawne, że awangardowy nakaz wstydu uczuć dopada też teraz, gdy zabieram się do pisania o Suzanne Vedze. Jak widać, niektóre dwudziestowieczne idee utkwiły w prywatności na dobre. Ale jedną z idei minionego wieku jest też odkrycie, że człowiek (bo nie tylko ja) składa się również z piosenek. I, mam nadzieję, nie trzeba dodawać, iż nie chodzi tu o rozrywkę.
My name is Luka – tę frazę, podaną zdecydowanym, choć kruchym dziewczęcym głosem, usłyszałem z radia jeszcze gdzieś w połowie lat osiemdziesiątych. Piosenka mocno mi została, więc zacząłem szukać. Udało mi się nawet zdobyć longplay Solitude Standing, z którego utwór pochodził (proszę pamiętać, to jeszcze Peerel). Prawie ćwierć wieku później, pod koniec czerwca 2010 roku, Suzanne Vega zaśpiewała Lukę na Wyspie Piaskowej. Wystąpiła w triu z gitarzystą Gerrym Leonardem i basistą Michaelem Visceglią (który zresztą uczestniczył w sesji Solitude Standing). Akordy na wejście celowo rozluźnione, nie tak wyraziste, jak w nagraniu oryginalnym, nieco wolniejsze tempo, bez napędzających rytm bębnów. Piosenka może jeszcze mocniejsza, bo dołączyło mi się do niej tych dwadzieścia kilka lat. Oczywiście, w międzyczasie słuchałem jeszcze mnóstwa innych rzeczy.   [Czytaj]
Sic gloria transit
Ernest Skalski

Apogeum PiS? Chyba właśnie przemija, przy czynnym udziale prezesa. Lecz nawet bez jego kolejnej wolty niedawne 47 proc. wyborców głosujących za Kaczyńskim i do 40 proc. (w innych sondażach mniej) poparcia dla jego partii nie było kolejnym etapem na drodze do dalszych sukcesów ani nawet trwałą pozycją. Mógł to być punkt szczytowy, po którym rozpoczyna się zjazd w dół. OBOP, najbardziej wiarygodna sondażownia wyborcza, po wyborach dawała Platformie (nie Komorowskiemu) 52 proc. poparcia – 5 proc. więcej niż w momencie wyborów, a PiS (nie Kaczyński) miało mieć 31 proc. – o 9 proc. mniej. W ostatniej dekadzie lipca czuło się już kanikułę; PO miała 43 proc. poparcia, PIS 29. Wyniki sondaży dalekie są od precyzji, ale trend jest oczywisty. Różnica miedzy dwiema czołowymi siłami powiększa się. Niezmiennie dobrze, na poziomie 9–11 proc., lokuje się SLD. Pod kreską znalazło się PSL i jest szansa, że już tam zostanie.

  [Czytaj]
SOLIDARNOŚĆ UMARŁA. NIE ŻYJE NADAL. TYM BARDZIEJ TERAZ
Z Karolem Modzelewskim rozmawia Stanisław Lejda





– Rozmawiamy tuż przed obchodami trzydziestolecia powstania NSZZ „Solidarność” (9 sierpnia – przyp. red.). Był Pan jednym z współtwórców związku, wymyślił jego nazwę. Jaka idea przyświecała wtedy liderom związku?
– Nie można powiedzieć, że mieliśmy wypracowaną strategię, działaliśmy bowiem pod gorącą presją wydarzeń. Wszyscy – i my, i władza. Ideą, która wydawała się sięgać gwiazd, tzn. wykraczać poza wszelkie granice możliwości w tamtym systemie, była legalizacja wolnych związków zawodowych.   [Czytaj]
ESEJE NAJKRÓTSZE
Jan Tomkowski
Sucharek Norwida


Tak, to prawda, że okropni są ci historycy literatury albo historycy obyczaju, albo nawet eseiści wciskający nos w prywatne, najbardziej intymne sprawy pisarzy. Pod pozorem „wzbogacenia” sylwetki artysty albo pokazania kolorytu epoki wydobywają na światło dzienne wstydliwe szczegóły: zaniedbaną garderobę Mickiewicza, apetyt Słowackiego, lęki Prusa.
Wstrętni przyczynkarze, ale…
Z drugiej strony – jakie to ciekawe!
Czy przeszlibyśmy do porządku dziennego nad listem, w którym Słowacki prosi mamę o przepis na baby wielkanocne? Prosi o przepis, a potem może nawet uciera jaja z cukrem, dogląda temperatury w piecu, osobiście zeskrobuje spaleniznę, bo jednak przegapił ten moment, gdy skórka była już złocista i ciasto należało wyjąć z foremki. A może lubił przypalone łakocie?   [Czytaj]
Basquiat – dobra sztuka, zła sława
Krystyna Kuczyńska
Gdyby żył, skończyłby w grudniu pięćdziesiąt lat – Fundacja Beyelera w Riehen koło Bazylei poświęciła Jean-Michelowi Basquiatowi pierwszą w Europie tak wielką wystawę retrospektywną. Z pozostawionych przez niego około ośmiuset obrazów i tysiąca pięciuset rysunków zaprezentowano przeszło sto. To dużo, zważywszy, że tylko znikoma ich liczba znajduje się w zbiorach publicznych i kuratorzy musieli zadać sobie wiele trudu, by wypożyczyć z kolekcji prywatnych tyle prac. Czy wytrzymują one próbę czasu? Czy w masowej pamięci pozostało tylko krótkie życie „na krawędzi” (Basquiat zmarł, mając dwadzieścia siedem lat), przeniesione na taśmę filmową przez Juliana Schnabla dziesięć lat po śmierci artysty? Do dzisiaj jego postać wywołuje skrajne reakcje – jedni widzą w nim wizjonera, inni zdegenerowanego narkomana, pieszczocha bogatych. W 1992 roku we wstępie do katalogu najważniejszej z dotychczasowych retrospektyw Basquiata, która objechała całą Amerykę (premiera wystawy odbyła się w Whitney Museum of American Art w Nowym Jorku), Richard Marshall napisał: Jean-Michel Basquiat najpierw stał się sławny z powodu swojej sztuki, potem z powodu swojej sławy, a później z powodu swojej złej sławy – zmienna historia reputacji, która przesłoniła powagę i znaczenie jego sztuki. Trudno jednak rozpatrywać tę twórczość, nie uwzględniając kontekstu życia artysty i realiów tamtego okresu.   [Czytaj]
CZŁOWIEK Z BLIZNĄ
Piotr Gajdziński
Wyścig do tzw. „dużego pałacu” to zaledwie początek wielkiego, demokratycznego triatlonu, na który składają się wybory prezydenckie, samorządowe oraz parlamentarne. I to właśnie one – zaplanowane na jesień 2011 roku – będą najtrudniejszą i najbardziej morderczą konkurencją. Dopiero ten, kto ją wygra, będzie prawdziwym tryumfatorem zawodów, nawet jeśli po drodze nie uda mu się zdobyć pałacu prezydenckiego oraz stołków w największych polskich miastach. Kontynuując sportowe porównania, zwycięski kandydat zdobył na razie dla swojej partii pool position, ale do pełnego tryumfu ciągle daleko.   [Czytaj]
WSCHODNI DODATEK EUROPY
Małgorzata Dziewięcka
Małgorzata Dziewięcka jest absolwentką Uniwersytetu Wrocławskiego. Pod koniec lat siedemdziesiątych przez trzy lata prowadziła w Montero w Boliwii sierociniec dla stu dwadzieściorga dzieci. Na początku lat osiemdziesiątych, nie chcąc wracać do Polski stanu wojennego, znalazła się wraz z mężem Holendrem w Botswanie, gdzie pracowała najpierw jako nauczycielka, a później stworzyła szkółkę tkactwa dla osób upośledzonych fizycznie. Mąż otworzył centrum rehabilitacyjne dla niepełnosprawnych. Przepracowali w Botswanie łącznie dziesięć lat. Obecnie mieszkają na stałe w Holandii.
Początek dziennika, który prezentujemy, powstawał podczas podróży autorki z mężem i przybranymi dziećmi, Wawą i Mantsią, do Polski latem 1992 roku. Po blisko dwudziestu latach jest skrzącym się szczegółami portretem rodzącego się w Polsce wolnego rynku i świadectwem przemian bardzo gwałtownie przeorujących świadomość Polaków.



Lato w Polsce 1992


23 czerwca, granica polsko-niemiecka
Z gorącej Wielkiej Europy dostajemy się pod chmurę najnowszego jej Dodatku – wschodniego. Grzmi. Koło Bautzen zaczyna padać. Zapewne po to, by szaremu kolorowi, który zapamiętał się w tej części Europy, nigdy nie było dość!   [Czytaj]
Trupiarnia
Gottfried Benn
I. Mały aster

Na stole ułożono trupa dostawcy piwa, wyłowionego z morza.
Ktoś włożył mu między zęby
ciemnego astra w jasnoliliowym kolorze.
Kiedy od strony piersi
spod skóry
długim nożem
wycinałem język i podniebienie, niechcący
musiałem go potrącić, bo ześlizgnął się w leżący
obok mózg.
Ułożyłem mu go w jamie piersiowej,
pośród wełny drzewnej,
gdy go zaszywali.
Z tego wazonu napijesz się do syta!
Odpoczywaj w pokoju,
mały astrze!

  [Czytaj]
Zachwyt, zdziwienie, przerażenie
Jacek Łukasiewicz
1. Zachwyt, zdziwienie, przerażenie – trzy gwałtowne uczucia wśród poetyckich form. Kolejność ich doświadczania nie jest ważna, gdyż są one w jakimś sensie jednoczesne. Zachwyt urodą świata. Zdziwienie przygodnością ludzkiego życia i losu. Przerażenie śmiercią, wciąż w tym tomie obecną, choć nigdy nie nazwaną. Zachwyt, zdziwienie, przerażenie były przeżywane w przeszłości, są przeżywane teraz i będą obecne w nie wiadomo jak długim jeszcze czasie pojedynczego mojego życia. Świat zaś w tomie Urszuli Kozioł Horrendum (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010) – to doświadczenie przeciwstawione krańcowemu doświadczeniu śmierci, która jest wielką niewiadomą, i niech nikt nie udaje, że coś o tym wie na pewno, kiedy o tym nie wie.
A dawne poetyckie formy? Są w wierszach Urszuli Kozioł obecne od początku. Formy wierszowe, miarowe – od Kochanowskiego, Szymonowica po Mickiewicza i krajowy romantyzm; to także wiersz wolny zrodzony z gawędy prozą, z ludowego obrzędu czy z refleksji filozoficznej, poddany intonacjom płynącym z owych źródeł. Te dobrze ukształtowane, zakorzenione i zakorzeniające formy – są mocne, chłonne, otwarte.   [Czytaj]
Zęby krat
Jacek Sieradzki
Finał Dziadów sprzed trzech lat wciąż mi stoi przed oczami. Lech Raczak rozmnożył głównego bohatera dramatu i poumieszczał w różnych przedziałach wiekowych. Gdy dokonały się już narodowo-mistyczno-poetyckie egzorcyzmy, młodych buntowników w białych romantycznych koszulach anioły targały do nieba nieomal na siłę. W ekstazie. Stary, brodaty, zmęczony Konrad samotnie lazł w drugą stronę. Bez słowa i bez asysty hufców niebieskich.   [Czytaj]
Z Nowego Jorku
Małgorzata Pośpiech
Ziemia obiecana. Raj utracony. Część amerykańskiego snu. Spełnionego i niespełnionego. Monumentalność natury, niezwykle zróżnicowane krajobrazy. Zadziwiające pięknem, odmiennością i różniące się skalą od krajobrazów europejskich. Ludzie w tych krajobrazach: plemiona Indian, kowboje, osadnicy i ich potomkowie, farmerzy, poszukiwacze przygód, traperzy, poszukiwacze złota, Chińczycy budujący linie kolejowe, szeryfowie, bandyci. Legendy i mity. Siłą ekspansji europejskich poszukiwaczy. Przekonanie i wiara w niezależność i wolność. Budowanie Nowego Świata na podwalinach wiary i wartościach Starego Świata... Obrazy poruszające wyobraźnię. Utrwalone i zastygłe jak skamieliny w zbiorowej pamięci. Obrazy symbole. Obrazy archetypy. Mitologia i mistyka Zachodu. Fascynujące artystów: malarzy, pisarzy, filmowców i fotografików.   [Czytaj]
Gdańsk po tragedii i zwrocie
Tadeusz Skutnik


„Halny” od Smoleńska przewiał również gdańską kulturę. Nie tylko w tym znaczeniu, że dosłownie odwiał w zaświaty „robotników kultury”; zakłócił rytm i narzucił żałobny nastrój, ale wdarł się gdzieś głębiej; jego skutki możemy odczuwać latami.   [Czytaj]
POMÓŻMY MAŁEMU KAROLOWI !!!
Fundacja na Rzecz Osób Niewidomych i Niepełnosprawnych „Pomóż i Ty”
POMÓŻMY MAŁEMU KAROLOWI !!!

Jesteśmy rodzicami dwójki dzieci mieszkającymi w jednopokojowym mieszkaniu socjalnym . 7 miesięcy temu urodził nam się syn Karol. Przyszedł na świat jako dziecko zdrowe, otrzymał 10 punktów w skali Apgar. Niestety w trzeciej dobie życia nastąpiło zakażenie (sepsa), które spowodowało nieodwracalne zmiany w bezbronnym, malutkim organizmie. Posocznica wywołała zatrzymanie akcji małego serca na jedną godzinę, która wydawała się wiecznością. Lekarze walczyli z całą mocą o życie dziecka. Karolek okazał się jednak silnym dzieckiem. Niestety następstwa zdarzenia odbiły się na całym jego dotychczasowym życiu. Rozwinęła się encefalopatia niedotlenieniowo- niedokrwienna, niedowład spastyczny kończyn dolnych i grzbietu. Dziecko straciło odruch ssania i połykania, ma operacyjnie założoną gastromię (żywienie dożołądkowe).Ponadto ma wadę serca pod postacią ASDI, atrofię mózgu, w przyszłości nie będzie mówił ani chodził. Aby poprawić funkcjonowanie jego małego organizmu potrzebna jest nieustanna farmakoterapia oraz kosztowna rehabilitacja a w przyszłości odpowiednie urządzenia usprawniające opiekę nad Karolem m.in. specjalny materac do hydromasażu i przeciwdziałający odleżynom. Naszej czteroosobowej rodziny nie stać na pokrycie drogich zabiegów leczniczych, zakup specjalistycznych urządzeń i leków dla Karola.

W imieniu Karolka prosimy wszystkich ludzi dobrego serca o pomoc dla naszego syna, który w ciągu swego krótkiego życia tak wiele wycierpiał
Rodzice Aneta i Krzysztof Jasińscy

„Człowiek tyle jest wart ile może dać innym”

Fundacja na Rzecz Osób Niewidomych i Niepełnosprawnych
„Pomóż i Ty”
81-535 Gdynia ul. Płocka 5a
nr konta: Millennium S.A. 63 1160 2202 0000 0000 2920 6273
koniecznie z dopiskiem „rehabilitacja Karola Jasińskiego”

www.pomozity.org
  [Czytaj]
O religii, liberalizmie i polityce wielokulturowości
Z Richardem Shustermanem, filozofem, rozmawia Wojciech Małecki



Wojciech Małecki: W ostatnich dekadach możemy zaobserwować rosnące zainteresowanie filozofów religią, która to tendencja traktowana jest czasem jako element ogólniejszego zjawiska zwanego postsekularyzmem. Tendencja owa daje się dostrzec również w pragmatyzmie filozoficznym, którego przedstawicielem jest pan profesor. Kilka lat temu Richard Rorty napisał wraz z Giannim Vattimo książkę zatytułowaną The Future of Religion; pan także podjął tę tematykę, choć przyjmując przy tym perspektywę inną od reprezentowanej przez Rorty’ego . Chciałbym zatem poprosić pana o komentarz na temat sceptycyzmu Rorty’ego wobec społecznej roli religii; w szczególności na temat jego tezy, że choć kiedyś religia odgrywała istotną rolę w świecie Zachodu, teraz powinniśmy albo wygnać ją ze sfery publicznej, albo też ograniczyć jej wpływy . Co więcej, choć Rorty docenia wkład chrześcijaństwa w rozwój demokracji w Europie, w jednym z wywiadów wyraźnie daje do zrozumienia, że ludzie Zachodu osiągnęliby obecną fazę politycznej ewolucji, nawet gdyby w przeszłości zamiast Chrystusa czcili Baala. Czy zgodziłby się pan z Rortym?   [Czytaj]
Urszula Kozioł
O BAŁAMUTNYM MYLENIU POJĘĆ
Rzadko w naszych dziejach mieliśmy aż taki urodzaj na bałamutne mylenie pojęć jak teraz, po katastrofie prezydenckiego samolotu, w którym zginął cały tłum ważnych osobistości. Tragedia tragedią, ale okrzyknięcie ofiar wypadku bohaterami i męczennikami musi budzić odruch zniecierpliwienia; słusznie więc kilku przytomniejszych publicystów próbowało stonować te określenia (zrozumiałe jakoś w pierwszym odruchu szoku i żalu), co w niczym nie umniejszyło rozmiarów tragedii.
Czyż jednak po tragicznym wypadku samochodowym Bronisława Geremka, wielkiego patrioty, Polaka cieszącego się w kręgach politycznej i naukowej elity Europy autorytetem i sympatią, ktokolwiek zająknąłby się podobnymi sformułowaniami, że jego ,,śmierć na posterunku” (a zmierzał, jak wiadomo, do Brukseli na zajęcia) była męczeństwem albo czymś bohaterskim zgoła?   [Czytaj]
Yang Lian
GDZIE SĄ TE PRAWDZIWE CHINY?
Refleksje po Targach Książki we Frankfurcie


Rok 2010 jest rokiem tygrysa. Istnieje chińskie przysłowie: „prosić tygrysa o jego skórę”. Wyobraźmy sobie ludzi, którzy mają nadzieję, że bestia sama odda im, co ma najcenniejszego. Mniejsza o tygrysa, chodzi raczej o głupotę ludzi, który wierzą w możliwość takiej wymiany.

  [Czytaj]
O wojnie, obozach i pisaniu
Z Zofią Romanowiczową rozmawiał Arkadiusz Morawiec
ARKADIUSZ MORAWIEC: W pani pisarstwie motyw domu powiązany jest zazwyczaj z motywem Raju; Raj, a właściwie jego mit, podlega wszak unicestwieniu, przy czym nieustannie dokonuje pani próby jego restytucji. To zapewne jeden z kluczowych wątków problemowych tej twórczości, niewątpliwie wyrosły z biografii. Czy mogłaby pani powiedzieć kilka słów o swym domu rodzinnym? W utworach literackich oraz we wspomnieniach widać przede wszystkim ojca…
ZOFIA ROMANOWICZOWA: Ojciec mnie wciągnął do konspiracji i razem zostaliśmy aresztowani. Odbył się nad nami sąd wojenny. Część mężczyzn rozstrzelano w Skarżysku. Mojego ojca wywieziono do Oświęcimia. Poznałam kiedyś człowieka, którego wraz z ojcem zabrano transportem ze Skarżyska; opowiadał, jak więźniowie stali, nic nie jedli… Ojciec albo umarł z głodu, albo zamarzł – bo to była zima. Komendant Oświęcimia wysłał mojej mamie kondolencje: jest mu przykro, że mój ojciec umarł na zapalenie płuc, jednak jeżeli mama sobie życzy, to za ileś tam złotych będzie mogła nabyć jego prochy. Wtedy jeszcze nie było krematoriów w obozie, tylko w mieście. I moja mama nabyła te prochy. Są pochowane na cmentarzu w Radomiu. Nawet mam gdzieś tutaj taki dokument…
Na czym polegała pani praca konspiracyjna? Miała pani wówczas zaledwie kilkanaście lat…   [Czytaj]
OSTATNIE TANGO W WARSZAWIE
Igor Biełow


roznosi nas od słów rozłąki i do tego wszystkiego
z nóg zwala woda ognista free jazzu
przepraszam panowie podkoszulek ci ściągnę
od tego wszystkich natychmiast ubywa problemów


co wzięliśmy z muzyki muzyce zawsze oddamy
a ona nam zostawi bez żadnych hopsztosów
komórki nerwowe zwierzęco rozedrgane
i niedopalonego do końca papierosa

  [Czytaj]
DEMONY ŻAŁOBNE
Magdalena Bajer
W sobotę 10 kwietnia spędziliśmy z synem cztery godziny wśród Polaków, którzy przeżywali tragedię pod Smoleńskiem. Podobieństwo do tego, co działo się w czasie pielgrzymek Jana Pawła II do ojczyzny, po śmierci papieża, a także podczas pogrzebu ks. Popiełuszki – było uderzające.
Mszy świętej w archikatedrze warszawskiej słuchałam na Placu Zamkowym wśród ludzi młodych, starych, w średnim wieku i z małymi dziećmi. Ci, którzy nie uczestniczyli, przemykali cicho, żeby nie przeszkadzać. Droga do Pałacu Prezydenckiego trwała ponad pół godziny. Nikt nie pośpieszał, gdy ktoś potrącił, przepraszał.
Ktoś za nami powiedział do swego towarzysza: „Popatrz, cała inteligencja warszawska tu jest”.   [Czytaj]
Seks nocy letniej
Rafał Węgrzyniak
Sen nocy letniej jest już trzecią – po gdańskim Tytusie Andronikusie z 2006 i wrocławskim Hamlecie sprzed dwóch lat – realizacją dramatu Williama Shakespeare’a w dorobku Moniki Pęcikiewicz. Jednak tekstu Shakespeare’a w uwspółcześnionym przekładzie Stanisława Barańczaka rozbrzmiewa w niej niewiele, zaledwie kilkanaście monologów. Raczej trudno je zrozumieć: z powodu albo narzuconego aktorom sposobu recytowania wierszy, mającego wydobywać ich anachroniczność, albo zaniku umiejętności mówienia wiersza. Sztuka Shakespeare’a została całkowicie zdekonstruowana i zmodernizowana. Pozostało w niej dwanaście głównych ról, mocno zresztą okrojonych, i zaledwie zarys fabuły, gdyż nawet wątek Hipolity i Tezeusza stał się marginalny. W wyniku tych zabiegów bez znajomości oryginału nie sposób się zorientować w relacjach łączących postacie i w związkach między poszczególnymi epizodami zachowanymi w adapt   [Czytaj]
W kinie
Marta Mizuro
Jak sen wariata
Ta historia nie zaczęła się jak w inspirowanym nią filmie – od tego, że pewien porzucony przez żonę reporter (rozchwytywany ostatnio Ewan McGregor) próbuje znaleźć sens życia i przypadkiem trafia na sensacyjną historię, która ma korzenie jeszcze w latach siedemdziesiątych. Prawdziwy reporter, Jon Ronson, wiedział, czego szuka, i robił to z innego powodu: chcąc zbadać, jakie metody w wojnie z terroryzmem zastosują amerykańska armia oraz wywiad. Dotarł więc do twórców metod mocno niekonwencjonalnych, z których tylko kilka pokazanych zostało w obrazie Granta Heslova. Obrazie, co istotne, będącym koprodukcją amerykańsko-brytyjską.   [Czytaj]
Zdania, co mają wyrażać trwanie
Grzegorz Tomicki
Piotr Sommer: Dni i noce. Biuro Literackie, Wrocław 2009, s. 92.


Powiedzieć za Heideggerem, że czas jest horyzontem rozumienia bycia i wszelkiej jego wykładni, to powiedzieć o czasie w zasadzie wszystko, czyli zbyt wiele, aby miałoby to cokolwiek znaczyć dla konkretnie usytuowanej jednostkowej egzystencji. Czasowość jest warunkiem możliwości pojawienia się jakiegokolwiek bycia, a zarazem jej ontologiczna interpretacja sama zanurzona jest we własnym czasowo ustrukturyzowanym trwaniu. Nie istnieje zatem żadna obiektywna perspektywa, z której można by poddawać czas bezstronnemu oglądowi w celu wyeksponowania jego „faktycznych” istotowych określników. A ponieważ, jako rzecze filozof, jestestwo bytuje w sposób rozumienia (własnego) bycia – rozumienie bycia samo jest określeniem bycia jestestwa – ów rozumiejący sposób bycia będzie produkował (można się spodziewać, że „bez końca”) rozmaite eksplikacje czasu, jego „istoty”, funkcji i miejsca w życiu człowieka.   [Czytaj]
WIELKOPOSTNE CUDA MUZYCZNE
Lesław Czapliński
Richard Wagner w swoim misterium scenicznym Parsifal przywołuje cud wielkopiątkowy, który w transkrypcji orkiestrowej wiedzie samodzielny byt w repertuarze koncertowym. Na krakowskim, siódmym z kolei, festiwalu muzyki barokowej Misteria Paschalia największy cud muzyczny wydarzył się w Wielką Środę.
Okazał się nim występ zespołów Jordiego Savalla: Capella Reial de Catalunia i Hespèrion XXI, który to występ przybrał najbardziej spektakularną formę, w dosłownym tego słowa znaczeniu, stając się do pewnego stopnia widowiskiem muzycznym poświęconym konfrontacji chrześcijańskiej i dalekowschodniej kultury przy okazji wyprawy misyjnej jezuity Franciszka Ksawerego. Widowisko to rozegrało się w scenerii augustiańskiego kościoła św. Katarzyny, obejmując kolejne plany jego przestrzeni, również akustycznej. Chorałowy śpiew początkowo dobiegał z krużganków, by jakiś czas potem rozbrzmiewać z chóru, a japoński flecista po raz pierwszy nadszedł od strony prezbiterium, w którym też akcja muzyczna dobiegła końca. W przeciwieństwie do hiszpańskich misjonarzy, rekrutujących się spośród franciszkanów i dominikanów i starających się wykorzenić autochtoniczne kulty, portugalscy jezuici Aleksandra Valignianiego i Franciszka Ksawerego nawiązywali do miejscowych obyczajów, aby tym skuteczniej szerzyć nową wiarę. Niewykluczone zatem, iż w swojej działalności sięgali też do tamtejszej muzyki oraz instrumentów, co uzasadniło połączenie w ramach jednego koncertu tradycji muzycznej Półwyspu Iberyjskiego, indyjskiej z Goa (portugalskiej enklawy kolonialnej) oraz japońskiej (m.in. śpiew towarzyszący misterium tanecznemu kagura, związanemu z rdzennym wyznaniem shinto).   [Czytaj]
Czarnobylski Dziennik

Karen Kovacik, przeł. Mira Kuś



Poranny ekspres z Gdańska staje na stacji Warszawa Centralna i podróżni
w pomiętych spódnicach i sztywnych sowieckich dżinsach, niektórzy rozespani,
inni w zdenerwowaniu rozpoczynający dzień, zbierają swoje manatki.


Mój mąż zdejmuje nasze bagaże z metalowej półki, ja chwytam jego ponczo z
kapturem
wiszące na wieszaku. Aby uniknąć kieszonkowców, synchronizujemy nasze
ruchy
bez angielskich słów.   [Czytaj]
LAKIEROWANIE CHOPINA NA CZERWONO
Sławomir Wieczorek


Jeffrey Kallberg, wybitny badacz życia oraz twórczości Fryderyka Chopina, w następujący sposób odniósł się do wydarzeń Roku Chopinowskiego z roku 1999: Logika leżąca u podstaw tych hołdów jest generalnie podejrzana. Obchody rocznicy zgonu kompozytora (…) wydają się inspirowane przez interesowne siły rynkowe: organizatorów szukających sposobów do sprzedania większej ilości nagrań i biletów, badaczy oraz muzyków podnoszących swój zawodowy status poprzez obiekt swojego kultu. Jego zdaniem genezę większości wydarzeń upamiętniających śmieć kompozytora wyrażało hasło: „każdy pretekst do imprezy jest dobry”.

  [Czytaj]
Notatki kwietniowe (poetyckie)
Jacek Łukasiewicz



1. Tak się składa, że ostatnio czytam dużo wierszy. Z obowiązku, łączącego się często z przyjemnością, choć konflikt między przyjemnością a obowiązkiem, bezinteresownością a interesownością u czytających „zawodowo” wiersze jest stały i nie można go usunąć. Tworzenie wiersza jest aktem spontanicznym, któremu towarzyszy wiara, że tekst zostanie przyjęty, że spotka się z empatią. Ale wiersz to zarazem złożona kombinacja sensów, gry słów, niespodzianki składni, rebusy wymagające wyćwiczonego w ich rozwiązywaniu umysłu. To także często zbiór aluzji, cytatów – odwołań do rozmaitych tekstów czy do branych z różnych epok wydarzeń, o których czytelnik winien wiedzieć. Kiedy wiersz staje się zarazem ukryciem i ujawnieniem tego, co ważne, a nieuchwytne dla autora i dla odbiorcy, który owym niespodziankom, owym grom się podda – tym bardziej wymaga od czytelnika bezinteresowności, jakby powiadał nie wprost: „odrzuć wszelkie uprzedzenia, patrz, słuchaj, odczuwaj, bo rzeczywiście otrzymujesz ode mnie coś po raz pierwszy. Porozum się ze mną, jeśli możesz – gdy potrafisz; porozum się z tą chwilą, która jest we mnie. Jest to chwila teraźniejsza, choć nieraz dawno miniona, którą ty, czytając, umiejętnie uobecniasz; wiesz dostatecznie dużo, masz za sobą wystarczające lektury, trening, doświadczenie, abyś to potrafił”. Takie wezwania rozumiem. Coraz częściej jednak są wiersze, które odzywają się do mnie jakby z przyszłości. Wiersze dużo młodszych ode mnie, którzy patrzą na teraźniejszość z innej perspektywy, mnie niedostępnej. Ich los zaczął się kiedy indziej, kiedy indziej przeszli inne niż ja wtajemniczenia. Inne książki czytali, w innej niż ja żyją ikonosferze, choć patrzymy na to samo.   [Czytaj]
Artur Żmijewski - zagubiony rewolwerowiec.
Anna Markowska
Jego wczesne fotografie pokazujące ludzi chromych zyskały mu duży kredyt zaufania własnego pokolenia: mówił o tym, o czym nie mówiły poprzednie generacje artystów polskich – o wykluczonych; poruszał wreszcie tematy istotne dla wszystkich, a nie dla specjalistów. Był jednym z tych, który przywracał sztuce wagę mówienia o bolących i wstydliwych sprawach. A działo się to niedługo po upadku komunizmu i miało moc objawienia – sztuka wreszcie będzie po stronie prawdy i życia, a nie po stronie muzeów, prestiżu i establishmentu.

  [Czytaj]
Alicja i kulturowe niesprzeczności kapitalizmu
Marcin Adamczak
Najnowszy film Tima Burtona śmiało można nazwać jednym z najbardziej oczekiwanych obrazów ostatnich lat. Szczęśliwie dla producentów jego zapowiedzią stał się bowiem zalewający ekrany trzy miesiące wcześniej inny film 3D – Avatar Camerona, olśniewający wizualnie, acz o nader sztampowym scenariuszu, jak się zdaje, umyślnie spreparowanym w uproszczonej formie na użytek rynku międzynarodowego. Tym samym niedoskonałe dzieło Camerona stało się niespodziewanie gigantycznym trailerem dla filmu Burtona, przystawką mającą tylko wyostrzyć apetyt na nadchodzące danie główne, zwiastunem ukazującym możliwości drzemiące w 3D i będące potencjałem do wykorzystania dla innego reżysera z innym scenariuszem w ręku. Wielu kinomanów tak tłumnie nawiedzających seanse z filmem Camerona, opuszczając je nerwowo, wertowało zapowiedzi dystrybutorów, szukając daty premiery filmu Burtona. Opowieść Lewisa Carrolla, wyobraźnia autora Soku z żuka i udział Johnny’ego Deppa zdawały się tworzyć mieszankę zdolną pokazać pyszałkowatemu Cameronowi, a przy okazji i znacznie bardziej z pokazu takiego zadowolonym widzom, czym może być współcześnie spektakl 3D, w pełni wykorzystując drzemiące w obrazie trójwymiarowym możliwości.   [Czytaj]
WIDMOPISANIE
Piotr Kajewski
Wydawałoby się, że sceptycyzm jest czymś naturalnym, niemal przyrodzonym. Ale znalazł się mędrzec, filozof w czasach nowożytnych, który sprawę skomplikował, bo starał się być metodyczny. Łatwo dojść, że chodzi o Kartezjusza, lecz nie znajdziemy refleksji o sceptycyzmie w popularnych Rozważaniach o metodzie, napisanych po francusku, tylko w łacińskich Zasadach filozofii. Nie będę ukrywał, że chodzi mi o te dubia – tam wyłożone. No bo kiedy pierwszy raz (powiedzmy) zetknąłem się z formułą Cogito, ergo sum (Myślę, więc jestem), poczułem się lepiej. Jeszcze bardziej zjednało mnie do Kartezjusza wyznanie (tak to naiwnie odczytałem): dubio, ergo cogito (wątpię, więc myślę). Ale żeby się z tego wyplątać – bardziej metodycznie – chodzi o to, że myśl istnieje – cogitatio est. Dalej konsekwentnie idąc za Mistrzem, trzeba wyciągnąć wniosek: jeśli jest myśl, to musi istnieć ktoś, kto myśli (jakaś istota, która myśli). Znów mantra naznaczona charyzmą: Cogito, ergo sum.
Nie tak dawno przeczytałem wypowiedź pisarza francuskiego, który zatytułował swój tekst w taki sposób: Dlaczego nie napisałem żadnej z moich książek? Później autor prowadzi (minoderyjną?) grę z czytelnikiem, chwaląc go, że zaczął go czytać (sprowokowany?) – bo nie wygasł w nim (czytelniku) duch przygody. Potem przechodzi do modnego podważania słowa, że nie można mu zaufać (sceptycyzm werbalny), nie ma co opłakiwać niemożności jakiegokolwiek prawdziwego porozumienia. Następnie wyznaje: jeżeli nie napisałem żadnej z moich książek, to nie dlatego, że skończyć chciałem z literaturą, nie, zdecydowany jestem przestrzegać praw i obyczajów świata książek. Pisarze, a tym bardziej niepiszący, nie powinni publikować utworów w postaci jeszcze nie uformowanej. Przy okazji można by zapytać: czy kiedy są za bardzo sformatowane, to nie grozi im monotonia albo, gorzej, wyczerpanie?   [Czytaj]
MEMENTO MORI
Urszula Kozioł
O czym można pisać felieton, nad którym zawisła taka data: 10 kwietnia?
O nieoczekiwanej zmianie miejsc?
O nagłym poprzestawianiu priorytetów? Perspektyw?
O tym, co wiadome od zarania dziejów, co nieuchronne, choć za każdym razem, kiedy się wypełnia, budzi uśpione w głębi serc
tremendum, i za każdym razem staje się zaskoczeniem, jak gdyby nigdy dotąd, nigdy wcześniej nie zdarzało się, jakby gdyby było absolutnie niespodziewanym, nieoczekiwanym faktem, na przyjście którego jesteśmy całkowicie nieprzygotowani i którego nie potrafimy przyjąć do wiadomości?
Co z nami wyczynia los, co sprawia śmierć przywracająca sprawom ich istotne znaczenie, sens i hierarchię?   [Czytaj]
Nieszczęśliwy potwór
Janusz Degler: Witkacego portret wielokrotny. Szkice i materiały do biografii 1918–1939. Państwowy Instytutu Wydawniczy, Warszawa 2009, s.560.


Stanisław Ignacy Witkiewicz miał rację, nakazując żonie niszczenie swoich listów. Gdyby go posłuchała, literatura polska byłaby uboższa o barwny dokument epistolograficzny, ale niektóre zachowania i decyzje Witkacego pozostałyby w zapomnieniu i nie napędzałyby wyobraźni biografów i czytelników. Oczywiście czarna legenda i tak była nie do uniknięcia, bo przesądziła o niej samobójcza śmierć Jadwigi Janczewskiej, pierwszej narzeczonej pisarza. Zakopane huczało wtedy od plotek bardziej niż od halnego. Ale szczegóły późniejszego postępowania pisarza z żoną, Jadwigą Unrug, byłyby tylko ich indywidualną sprawą i jej osobistym dramatem i nie przeniknęłyby do świadomości wielbicieli literatury. Niektóre traumatyczne doświadczenia, którym poddawana była Unrug, lepiej w tym miejscu przemilczeć, bo te ponure historie wymagają dłuższego namysłu. Jednak aby zobrazować ich papierowe (listowne) małżeństwo, wystarczy wspomnieć, że żona dała się nakłonić do negocjowania z Czesławą Oknińską, niepokorną kochanką Witkacego, by ta nie odchodziła od jej męża. Do mediacji autor Nienasycenia wykorzystywał też swoich znajomych, choćby niemieckiego filozofa Hansa Corneliusa, który napisał do Oknińskiej perswazyjny list, proszący o nieopuszczanie wyjątkowego kochanka. Ona natomiast, mimo ciągle podejmowanych prób wywikłania się z tego romansu, dała się w końcu zaprowadzić na błotną polanę niedaleko Jezior, aby razem z Witkacym popełnić samobójstwo. W jej przypadku było ono nieskuteczne. Dzięki temu po latach mogła napisać do zakopiańskich przyjaciół list, w którym określała swoją przedwojenną sytuację jednoznacznie: Mam wstręt do swojej przeszłości (tych 10 lat życia ze SIW). Byłam muchą w sieci pająka – o czym mówił mi Strug.   [Czytaj]
Bombardowanie dobroci
Zbigniew Bochenek
Po 11 września 2001, gdy islamscy terroryści skierowali samoloty pasażerskie na World Trade Center i uśmiercili niemal trzy tysiące ludzi, świat Zachodu pod przywództwem prezydenta USA Georga W. Busha wypowiedział wojnę terroryzmowi. Miesiąc później rozpoczęła się militarna interwencja sił koalicyjnych w Afganistanie, a wiosną 2003 w Iraku. Od tej pory minęło już ponad osiem lat. Wojna z terroryzmem pochłonęła w tym czasie wiele ludzkich istnień i niewyobrażalne sumy pieniędzy, ale świat nie stał się dzięki niej dużo bezpieczniejszy. Wprowadzono natomiast środki, które obywatelskie prawa – tak oczywiste do tej pory w krajach demokracji – sprowadzają ad absurdum. Nasze nowoczesne sposoby komunikowania się są już niemal na wskroś kontrolowane: rozmowy telefoniczne, faksy, e-maile, SMS-y. Obserwuje nas coraz większa liczba kamer, wgląd do naszych kont bankowych staje się bardziej dostępny, nasze poczynania w Internecie są całkowicie przejrzyste, płatności kartą bankową rejestrowane, a wkrótce na lotniskach pojawią się najprawdopodobniej rozbierające skanery, pozwalające na tyle dokładnie prześwietlić pasażera, by obnażyć jego intymne części ciała. Kto nie ma nic na sumieniu, ten nie musi się obawiać, przekonują władze. Ale czy na pewno? Jeszcze nigdy dotąd nie byliśmy tak powszechnie inwigilowani, nasze życie i zachowania do tego stopnia infiltrowane, jak obecnie. Tak, tak, George Orwell uśmiecha się znacząco z zaświatów. Tym bardziej że w promieniu dwustu metrów od domu przy Canonbury Square, w którym niegdyś mieszkał, rozmieszczono (jak podano w programie teatralnym) trzydzieści dwie kamery, które na okrągło rejestrują zarówno to, co się wokół dzieje, jak i wszystkich odwiedzających dom pisarza.   [Czytaj]
Europejska Stolica Kultury?
Grzegorz Tomicki
We wrocławskim wydaniu „Gazety Wyborczej” (19.03.2010) ukazał się zredagowany przez Mariusza Urbanka dodatek zatytułowany (proroczo? życzeniowo?) Europejska Stolica Kultury. Wrocław 2016, co brzmi dumnie i niejednego zapewne wrocławianina miło łechce. Czym jest Europejska Stolica Kultury, wyjaśnia Magda Piekarska: To miasto wybrane przez Unię Europejską, która na rok staje się wizytówką życia kulturalnego – własnego, regionu i całego państwa. To szansa na promocję i pozyskanie funduszy na rozwój oferty kulturalnej – wydarzenia w ramach ESK w 60 proc. finansuje Unia Europejska. Miasto, które otrzyma tytuł, zyska Nagrodę im. Meliny Mercouri w wysokości 1,5 mln euro. Działa to na wyobraźnię i pobudza, nie na tyle jednak widocznie, by jeden z drugim wrocławianin tudzież Dolnoślązak – o ile mu Wrocław miły, co na Dolnym Śląsku nie takie znów oczywiste – wykrzesał z siebie odrobinę lokalnego patriotyzmu i oddał swój głos, a najlepiej od razu trzy, bo taka możliwość całkiem legalnie istnieje, na wrocławską kandydaturę na stronie internetowej Stowarzyszenia Miast Kandydujących do ESK www.candidatecities.com (w adres podany w artykule wkradło się jedno niepotrzebne „s”, przed czym zainteresowanych przestrzegam). Ów ranking, będący miernikiem poparcia społeczności lokalnej dla starań o tytuł, okazuje się – na razie, mam nadzieję – miernikiem prawdziwie bezlitosnym. W chwili, gdy to piszę, poparcie Wrocławia osiągnęło poziom 1,51% w skali kraju (moje trzy głosy zrobiły swoje), co przy poparciu Łodzi (43,96%) i idącego z nią łeb w łeb Szczecina (43,51%) wygląda cokolwiek zawstydzająco, a nawet niepoważnie, by nie powiedzieć: śmiesznie. Tymczasem ranking ten jest jednym z ważnych kryteriów, które wezmą pod uwagę eksperci. Nie bez znaczenia jest też, ile miasto przeznacza środków w swoim budżecie na kulturę, i to, czy swoją ofertą jest w stanie zainteresować mieszkańców.   [Czytaj]
JAK STAŁEM SIĘ KOLEKCJONEREM CHARLESA BUKOWSKIEGO
Janusz Zalewski


Zapewne większość czytelników wie, kim był Charles Bukowski – zmarły w 1994 roku pisarz amerykański urodzony w Niemczech. „Odra” drukowała jego prozę w numerach 6/2002 i 11/2003, a „Nowa Okolica Poetów” – wiersze w numerze 10/2002. Należy on już teraz – choć jako dziecko niechciane – do klasyki literatury amerykańskiej. Jego powieści, jak Kobiety (wydanie polskie: Warszawa 1996), i opowiadania, jak Zapiski starego świntucha (Warszawa, 2002), można lubić lub ich nie znosić, ale znać trzeba. Jeśli jednak nie możemy jeszcze pochwalić się znajomością Bukowskiego, to nakłaniałbym do udania się do księgarni lub bibliotek – polskie tłumaczenia jego książek ukazują się dość często.

  [Czytaj]
WYNIK LEPSZY NIŻ POCZĄTEK
z Henrykiem Wujcem, byłym członkiem KSS KOR, sekretarzem Komitetu Obywatelskiego NSZZ Solidarność i posłem kilku kadencji, o Lechu Wałęsie, procesie o torbę, emeryturze, byciu tutorem, „kiełbasie jak za Gierka”, rozmawia Paweł Tomczyk
Czy wciąż czuje się pan odwołany?
– He, he! Nie…
Niebawem minie dwadzieścia lat od chwili, gdy faksem tej treści Lech Wałęsa zdjął pana z funkcji sekretarza Komitetu Obywatelskiego NSZZ „Solidarność, co było początkiem tzw. wojny na górze.
– Nie, nie czuję się odwołany. Uważam, że zostałem wtedy wyróżniony. Bo ja podobno należę do tych, co się nie rzucają w oczy, tylko pracują.
Rzeczywiście, dość skutecznie sprawia pan takie wrażenie.
– Załóżmy, że tak jest rzeczywiście. I co? Choćby nie wiem jak się taki facet naharował, to nikt tego nie widzi. A tu przychodzi wielki człowiek i – dosadnie rzecz ujmując – kopie cię w tyłek. I wtedy nagle wszyscy cię zauważają.   [Czytaj]
KOMUNIKAT O NAGRODZIE „ODRY” 2009
Redakcja i Rada Redakcyjna miesięcznika „Odra” postanowiły przyznać nagrodę za rok 2009
Magdalenie Grochowskiej za książkę Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu (Świat Książki) – rzetelny i wszechstronny portret jednej z najważniejszych postaci XX wieku na tle sporów toczących się na emigracji i w kraju o kształt powojennej Polski.
Magdalena Grochowska jest reporterką „Gazety Wyborczej” (od 1996 roku), laureatką Grand Press w kategorii reportaż prasowy (2005) oraz autorką zbioru Wytrąceni z milczenia(2005).
To trzecia nagroda „Odry” przyznana za twórczość reporterską, wcześniej uhonorowani zostali Hanna Krall i Ryszard Kapuściński. Nagroda miesięcznika przyznawana jest od 1962 roku.
  [Czytaj]
O RZEKOMYM UPADKU FILOZOFII I SPOŁECZEŃSTWIE BEZ ELITY
z profesorem Jackiem Hołówką rozmawia Damian Leszczyński


DAMIAN LESZCZYŃSKI: Czym według pana jest dziś filozofia i jaką rolę pełni w kulturze?
JACEK HOŁÓWKA: W odróżnieniu od tego, czym była w przeszłości, kiedy bywała silną inspiracją dla rozmaitych światopoglądów i swoją treścią fascynowała tysiące czytelników, w tej chwili filozofia przestaje być dyscypliną autonomiczną i coraz częściej staje się dyscypliną usługową. Jestem z tej zmiany dość zadowolony, ponieważ moim zdaniem tradycyjne problemy filozoficzne, jak te, które dominowały w metafizyce i epistemologii, w teoretycznych koncepcjach państwa albo apriorycznych koncepcjach duszy, opierają się na założeniach, które brzmią arbitralne i bezpodstawne. Dziś o filozofii przypominamy sobie, gdy dochodzi do sporu o konkretne sprawy: karę śmierci, zapłodnienie in vitro, małżeństwa homoseksualne, prawo kobiety, by została księdzem, prawo dziecka, by oskarżyło swych rodziców i cały system prawa o bezprawne urodzenie. Są to spory o wartości, program społecznego działania, oddzielenie Kościoła od państwa itd. I te właśnie problemy, choć kłopotliwe i prowadzące do ostrych sporów, są wbrew pozorom lepiej rozwiązywalne niż problemy akademickie. Bowiem cała tradycyjna filozofia od czasów średniowiecza do dziewiętnastego wieku była właściwie scholastyczna, czyli dogmatyczna. Proponowane w niej rozwiązania były apriorycznym złudzeniem i apodyktycznym mentorstwem. Współczesna filozofia taka nie jest.   [Czytaj]
Smak władzy
Piotr Gajdziński


– Widzi pan, to jest prawdziwa władza! Pastuchowi z syberyjskiej Tuły dał zegarek za ponad 10 tysiąca dolarów, taki sam wręczył ślusarzowi z zakładów wagonowych w Tuwie. W mieście Artiom nad Morzem Japońskim kazał naprawić wyciąg narciarski, dziewczynkę z Buriacji zaprosił na bal w Moskwie, luksusowy hotel w Moskwie opłacił, a jeszcze drogę i szkołę wyremontował.
– Obiecał – prostuję. – Obiecał wyremontować.
– Obiecał, to i wyremontuje – zaperzył się staruszek.

  [Czytaj]
RESZTA CHRZEŚCIJAŃSTWA
Piotr Nowak
Religia tam, w grobie – to przecież oczywiste; tu natomiast, skąd
bierze swój początek ucieczka przed grobem – przez dzieci, przez rodzenie – jest
tylko grzech i brodzenie w oceanie „satanicznych miazmatów”. Szatan – życie.
Bóg – śmierć
.
W.W. Rozanow



PUSTA OBIETNICA


Mówię do Ciebie, Panie, przez mrok tysiącleci,
O, Stwórco, który wszechmoc masz,
Że omamiono nas, że łkamy jak dzieci,
Szukając: gdzież jest Ojciec nasz?


  [Czytaj]
Pieśń o zmierzchu
Walt Whitman


Siedzę o późnym zmierzchu, sam, przy migotliwym płomieniu dębiny
I rozmyślam o scenach dawno minionej wojny, o milionie pogrzebanych, nieznanych żołnierzy,
O bezpańskich nazwiskach tych, co nie wrócili – nieogarnionych jak powietrze i morze;
Krótki rozejm po bitwie, posępny pogrzebowy pluton i głębokie rowy wypełnione
Trupami zebranymi z całej Ameryki – z północy, południa, wschodu, zachodu, zewsząd,
Z lesistego Maine, z farm Nowej Anglii, z żyznej Pensylwanii, z Illinois, z Ohio,
Z bezkresnego Zachodu, z Wirginii, z Południa, z obu Karolin, z Teksasu
(Nawet tutaj, przy słabym świetle, pośród cieni tego pokoju, w bezszelestnie migocących płomieniach,   [Czytaj]
Śladem pośladków
Jacek Sieradzki



W (…) teatrze panuje często przyzwolenie na pokazywanie widzom rzeczy nie-skończonych, niedopracowanych – zgoda na brak rzemiosła. Uważam, że w teatrze „poszuki-wać” można na etapie prób, ale potem trzeba coś „znaleźć” przed premierą, żeby pokazać widzowi.
Joanna Szczepkowska


  [Czytaj]
Nieoczekiwane konteksty audiosfery
Monika Pasiecznik
Zachodnia kultura zdominowana została przez jeden zmysł – wzrok. Filozofowie uznali go za najważniejsze narzędzie poznania, choć wystarczy zamknąć oczy lub odwrócić głowę, by odciąć się częściowo lub całkowicie od rzeczywistości. Dlaczego zatem inne zmysły znalazły się w cieniu wzroku? Zwłaszcza słuch, który jest permanentny i umożliwia odbiór wielu zjawisk jednocześnie, niezależnie od miejsca ich występowania?
To jedno z pytań, jakie stawia Tomasz Misiak w książce Estetyczne konteksty audiosfery. Autor zastanawia się również nad możliwością zastąpienia starych, często już martwych metafor wizualnych metaforami budowanymi na podstawie procesów słyszenia i dźwięku, które okazują się lepsze dla zrozumienia zmian zachodzących we współczesnej filozofii, sztuce, kulturze pod wpływem możliwości niesionych przez nowe technologie. Globalna komunikacja i cyberprzestrzeń mają naturę nieciągłą, symultaniczną, wirtualną. Skierowany punktowo wzrok już jej nie ogarnia. Potrzebne są inne narzędzia – i tu właśnie otwierają się możliwości dla słuchu.   [Czytaj]
Dylematy tożsamościowe Niemców
Magdalena Latkowska
SONDERWEG. Spory o „niemiecką drogę odrębną”. Redakcja Hubert Orłowski. Wydawnictwo Poznańskie, seria: Poznańska Biblioteka Niemiecka. Poznań 2008, s. 622.
Opracowany przez profesora Huberta Orłowskiego wybór tekstów pochodzących z XX i początku XXI wieku dotyczy tzw. Sonderweg, czyli kwestii istnienia odrębnej niemieckiej drogi historycznej. Publikacja dokumentuje szeroki nurt tej debaty, której najbardziej intensywna faza rozpoczyna się po II wojnie światowej. Dokumentowanie debaty o Sonderweg jest potrzebne chociażby dlatego, że, jak podkreśla autor, bez jej zrozumienia nie da się w ogóle zrozumieć dylematów związanych z niemiecką tożsamością narodową: W pewnym sensie formuła niemiecka droga odrębna przekształca się po 1945 roku w tyleż wyrazisty, co niestrudzenie kwestionowany model wyjaśniania meandrów dziejowych Niemiec XIX i XX wieku, ba: przekształca się w – mniej lub bardziej krytycznie postrzegany – mit założycielski narodu niemieckiego i warunek pojmowania historycznej tożsamości narodowej. W tym ujęciu właściwie każda niemiecka debata tożsamościowa w jakimś stopniu dotyka Sonderweg. Tym cenniejszy jest wybór tekstów Orłowskiego, sprawnie przeprowadzający czytelnika przez gąszcz niemieckich polemik historycznych.   [Czytaj]
O Janie Karskim


Książka Yannicka Haenela o Janie Karskim sprawiła, że postać polskiego bohatera przez ostatnie miesiące nie schodzi z łamów światowej prasy; i chociaż wiele osób (w tym głównie Claude Lanzmann) zarzuca francuskiemu pisarzowi błędy i przeinaczenia, zainteresowanie – jakże spóźnione! – osobą Karskiego w świecie ma coraz szerszy odzew. ,,Le Figaro” (4.03) relacjonuje obszernie wizytę i rozmowę z bliską przyjaciółką Karskiego, osiemdziesięciopięcioletnią Kayą Mirecką Ploss, która jest egzekutorem jego testamentu.   [Czytaj]
Z Berlina
Mateusz Hartwich
W cieniu wielkich rocznic historycznych roku poprzedniego niemal niezauważone przeszły rocznice o charakterze kulturalnym. Na rok 2009 przypadało dziewięćdziesięciolecie powstania szkoły wzornictwa Bauhaus oraz stulecie manifestu futurystycznego. O ile pierwsza rocznica z oczywistych względów spotkała się ze stosunkowo dużym zainteresowaniem w Niemczech, a architekturze modernistów poświęcono kilka dużych wystaw, o tyle w drugim wypadku odzew były mniejszy. Najważniejszym bodaj wydarzeniem związanym z ruchem zapoczątkowanym przez Tommaso Marinettiego artykułem w „Le Figaro” była berlińska wystawa Die Sprachen des Futurismus (Języki futuryzmu). Ekspozycja powstała przy wydatnej pomocy włoskiego Museo di Arte Moderna e Contemporanea di Trento e Rovereto, a żeby było ciekawiej, pokazywana była w muzeum, stworzonym przez czołowego twórcę… Bauhausu, Martina Gropiusa.   [Czytaj]
MIEJSCA LITERATURY – prezentacje i warsztaty literackie
OGŁOSZENIE


Organizatorzy 40. Jubileuszowej FAMY. Międzynarodowy Kampus Artystyczny (Świnoujście, 16-29.08.2010) ogłaszają nabór uczestników do udziału w projekcie „Miejsca Literatury”


Dziesięć zakwalifikowanych osób weźmie udział w warsztatach literackich (poezja, proza, reportaż), prowadzonych przez Darka Foksa, a także w cyklu spotkań autorskich i warsztatowych w wybitnymi pisarzami z Polski i zagranicy. Prace uczestników publikowane będą w biuletynie literackim. Przewidziane jest też wydanie Antologii „Swinemünde – Świnoujście”, zawierającej najciekawsze teksty. Ponadto, uczestnicy warsztatów będą rywalizować o jedną z festiwalowych nagród - literacką Nagrodę im. Mariana Redwana (2 000 zł brutto).


Zapraszamy osoby pełnoletnie, studentów, przed debiutem książkowym.

  [Czytaj]
ENTLICZEK, PENTLICZEK czyli co zrobi(ł) Donald Tusk?
Mariusz Urbanek
Przez ostatnie cztery lata Platforma Obywatelska przyzwyczajała Polaków do myśli, że następnym prezydentem Rzeczypospolitej będzie Donald Tusk. I przyzwyczaiła skutecznie. Od co najmniej połowy kadencji Lecha Kaczyńskiego nikt już nie zastanawiał się, czy Tusk wygra, ani nawet, czy wygra już w pierwszej turze, bo to było przesądzone, słuszne i sprawiedliwe. Jedynym pytaniem było, jak bardzo druzgocącą klęskę Kaczyński poniesie, co zresztą też wydawało się słuszne i sprawiedliwe.

  [Czytaj]
Literatury wobec zmian komunikacji
Anna Nasiłowska


Obiegi literackie dziś
Polski tłumacz książki Petera Sloterdijka Krytyka cynicznego rozumu rozpoczyna wyjaśnienia i uwagi dotyczące prezentowanego dzieła od nawiązania do Krytyki czystego rozumu Immanuela Kanta. Słusznie, tytuł niewątpliwie odsyła do dzieła filozofa z Królewca, które stanowi fundament klasycznej filozofii. Dalsze spostrzeżenia są takie: Prawie dwieście lat póżniej inny niemiecki filozof, Peter Sloterdijk, opublikował książkę pod tytułem Krytyka cynicznego rozumu. Stała się ona wydarzeniem, bestsellerem, wydawniczym hitem, książką epoki, „mistrzowskim dziełem pisarstwa filozoficznego”, „dziełem fundamentalnym”, „dziełem naukowym o prekursorskim charakterze”, „książką kultową” – żeby przytoczyć niektóre z określeń, jakie pojawiły się po jej wydaniu .   [Czytaj]
Uff…, czyli trud kolekcjonowania
Dorota Hartwich



Specyfiką sztuki medialnej jest intermedialność, czyli pozytywnie rozumiana nieczystość gatunkowa, i wielowymiarowość w zakresie języka, stylu i ekspresji. Choć czwarta odsłona kolekcji Dolnośląskiego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, zatytułowana Uff…, ma – zgodnie z założeniami kuratorów wystawy Sylwii Świsłockiej-Karwot i Andrzeja P. Batora – jasno zakreślone ramy gatunkowe (szeroko rozumiany foto-medialny nurt sztuki, jak czytamy w katalogu), stanowi przykład ekspozycji, która narzuconemu obramowaniu wyraźnie się wymyka.

  [Czytaj]
Sól ziemi
Elżbieta Lipińska


Nie na darmo to morze jest martwe. Lecz ślady,
co powinny utrwalić się w soli, odcisnąć
swoje piętno, zgubione na zawsze. Odpadło
tyle skojarzeń, myśli, imion i miłości,

  [Czytaj]
Każdy ma swego anioła
Zbigniew Bochenek


Przypadek zrządził, że najnowsza powieść Herty Müller Atemschaukel (Huśtawka oddechu) ukazała się w Niemczech krótko przed przyznaniem pisarce Literackiej Nagrody Nobla. Wywołany tym wyróżnieniem boom na twórczość znanej do tej pory głównie miłośnikom i znawcom współczesnej literatury niemieckojęzycznej autorki wywindował tę niełatwą, wysmakowaną literacko książkę na czołowe miejsca bestsellerowych list, co – w czasach totalnej infantylizacji i zidiocenia zalewającej nas zewsząd popkultury – niezmiernie wszystkich piśmiennych uradowało.   [Czytaj]
Granice wyczerpania
Marcin Adamczak


Najnowszy film Jim Jarmuscha zapowiadał się intrygująco. Limits of Control miał łączyć cechy kina kryminalnego, gangsterskiego i revenge movie z Jarmuschowskim auteur touch, hipnotyczną atmosferę z mgiełką właściwej temu reżyserowi filozofii. Autor Nieustających wakacji jako mistrz nastroju, lakonicznego dialogu, filmowej bezpretensjonalności i głębszego wymiaru dyskretnie wychylającego się zza filmowych kadrów, a przy tym zręczny demiurg filmowego „nic-nie-dziania-się” fascynującego często znacznie bardziej niż wiele z rozbuchanego „dziania się” kina przełomu wieków, wchodzący w dialog z tradycją kina, ze Zbiegiem z Alcatraz i Dorwać Cartera na czele. Połączenie więcej niż obiecujące. Sceną nawiązującą do filmu Johna Boormana z 1967 roku, sugerującą, iż najnowsza fabuła Jarmuscha to przedśmiertne marzenie więźnia lub jego konwulsyjny sen, rozpoczyna się zresztą Limits of Control, a jednym z koproducentów jest założona na potrzeby tej realizacji spółka ukrywająca się pod nazwą Point Blank. Trailer wyświetlany na ekranach polskich kin już wczesną jesienią 2009 roku prezentował się świetnie. Nie pierwszy raz jednak trailer okazał się rosiczką podstępnie zwodzącą widzów.   [Czytaj]
Wiersz, ta ciemna rękojmia
Marcin Kurek
Jacek Łukasiewicz: Wybór wierszy. Oficyna Wydawnicza Atut, Wrocław 2009, s. 237.



Pierwszy Wybór wierszy Jacka Łukasiewicza, ujmując czytelnika lakonicznością tytułu, każe jednocześnie zastanowić się nad szczególną naturą gatunku, jakim jest antologia ułożona przez samego autora. Poeta debiutujący w 1959 roku książką Moje i twoje, po której w ciągu ponad czterdziestu lat ukazało się jeszcze dziesięć tomów, ale także krytyk towarzyszący pokoleniu „Współczesności”, historyk poezji, autor monografii Jastruna, Herberta, Mickiewicza, Grochowiaka, wieloletni profesor Uniwersytetu Wrocławskiego, wreszcie członek kolegium i rady redakcyjnej „Odry”, zgromadził tu przeszło sto pięćdziesiąt wierszy, w tym w dwóch blokach kilkadziesiąt dotąd niepublikowanych bądź pochodzących spoza ogłoszonych książek (Wiersze z wielu lat i Z nowych wierszy). Z jednej strony wybór autorski ujawnia oczywisty dystans, z jakim pisarz traktuje swoje dawniejsze utwory – poza ostatnim tomem, Deszczyk i inne wiersze (2005), z którego zaczerpnięto blisko trzydzieści tekstów, każda z wcześniejszych książek reprezentowana jest jedynie przez kilka lub kilkanaście wierszy. Z drugiej zaś, korpus powstający przez niemal pół wieku i obejmujący setki liryków został zapewne w Wyborze zrewidowany i oceniony na nowo poprzez szczególnie intensywne naświetlenie takich tematów, scen i fraz, które w przekonaniu autora najbliższe są jego współczesnym odczuciom, a może po prostu brzmią wciąż intrygująco bądź przywołują ważne chwile, osoby, sny. Subiektywizm takiego wyboru, będący konsekwencją oglądu z dzisiejszej perspektywy, mimo wszelkich różnic, nadaje książce wyraźnej spójności.   [Czytaj]
Grotowski Inspiration w Wiedniu
Marek F. Nowak
W ramach obchodów Roku Jerzego Grotowskiego pod patronatem UNESCO zorganizowano w Wiedniu w dniach 17–18 października 2009 warsztaty Grotowski Inspiration. Odbywały się one w placówce zwanej „Salon 5”, wchodzącej w skład siedziby wiedeńskiego stowarzyszenia na rzecz wspierania sztuki i technik multimedialnych; salon ten mieści się w pofabrycznym budynku zaadaptowanym na centrum kulturalne. Warsztaty prowadziła prof. Grażyna Dyląg, szefowa klasy mistrzowskiej w instytucie Max-Reinhardt-Seminar Hochschule für Musik und darstellende Kunst w stolicu Austrii.   [Czytaj]
Z Wiednia
Grażyna Krzechowicz
W Wiedniu zapanowała moda na muzykę barokową. Theater an der Wien, nowy teatr operowy typu stagione, wprowadził do swego repertuaru Odświętne Dni Barokowe, zapraszając publiczność do podróży po świecie muzyki dawnej. Poprzedziła je premiera opery Georga Friedricha Händla Ariodante w koprodukcji z Théâtre des Champs-Elysées w Paryżu.   [Czytaj]
ZMEDIATYZOWANA POLITYKA, SPOLITYZOWANE MEDIA
Z doktorem Zbigniewem Bajką, wykładowcą Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz zastępcą kierownika Ośrodka Badań Prasoznawczych w Krakowie, rozmawia Stanisław Lejda


Na poziom polskich mediów narzekają już chyba wszyscy, nawet politycy, a także sami dziennikarze. A jak jakość pracy tych ostatnich oceniają prasoznawcy?
– Gdybym zabrał głos jako historyk mediów (niedawno ukazała się Historia mediów autorstwa Zbigniewa Bajki, pierwsza w Polsce tak obszerna książka na ten temat – przyp. red.), mógłbym powiedzieć, że na prasę narzekano, odkąd zaczęła się ukazywać. Najpierw tworzyli ją głównie literaci i księża, ale nie każdy znakomity literat okazywał się dobrym dziennikarzem. W okresie międzywojennym polska prasa była bardzo upartyjniona.   [Czytaj]
Popkultura czy poptresura?
Tomasz Kozłowski


Świadoma konsumpcja to mit. Emocje, nawyki i apetyty – oto kluczowe determinanty naszych zachowań. W spektaklu popkultury bliżej nam do posłusznych zwierzaków niż suwerennych aktorów.


Termin „popkultura” to nazwa bardzo nieszczęśliwa. Sugeruje, że popkultura jest kulturą naprawdę, wspólnotą wartości i postaw podzielanych przez zbiorowości, służącą komunikacji i regulującą życie w grupie. Więcej, sugeruje ewolucję owej wspólnoty, nie tylko w sensie ilościowym, ale i jakościowym. Kształtowanie się tradycji, która wytycza nowe szlaki myśli i symboli. Ale sam fakt, że popkultura operuje na określonych treściach, formach i zachowaniach, a więc na „tworzywie kultury”, nie oznacza jeszcze, że mamy do czynienia z kulturą prawdziwą. Podobnie jak sam fakt wytatuowania sobie chińskiej litery na ramieniu nie implikuje znajomości chińskiego alfabetu. Niewykluczone bowiem, że mamy jedynie do czynienia z dobrze ugruntowanym przemysłem posiadającym potężną sieć dystrybucji, który wytwarza produkty dla naszych umysłów. A że nasze umysły dobrze czują się w środowisku kulturowym – oferowana jest im jej przyjemna i lekkostrawna proteza tegoż, na czym przy okazji robi się kupę pieniędzy.

  [Czytaj]
Za garść papierosów, kilka paszportów lub mieszkanie
Marcin Adamczak
Kilka lat temu Barbara Kosecka porównała polskie filmy do siatki na zakupy, pisząc: polskie filmy, nawet te realizowane mistrzowską ręką, na ogół się „nie kleją”. Są „częściowe”, przechodzą od sceny do sceny metodą „sitcomu”, nie dostarczając widzowi żadnego mentalnego pomostu pomagającego wyobrazić sobie całość (…) nie można wejść w coś, co nie ma struktury, lecz tylko części; co – jak popularna w latach 70. sznurowana siatka na zakupy, w razie potrzeby dziesięciokrotnie zwiększająca objętość – zasadniczo składa się z dziur, przez które wszystko wypada. Rzeczywiście nader często tak właśnie w polskim kinie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych bywało. I tym większe wrażenie sprawia Dom zły Wojciecha Smarzowskiego, jaskrawo wyróżniający się na tle amorficznych „filmów-sznurowanych siatek” obraz o doskonałej strukturze i błyskotliwe zrealizowanym scenariuszu, przykład rzadkiej w polskim kinie ostatnich dwudziestu lat jakości. Nie ma większego sensu skupianie tutaj uwagi na poszczególnych elementach: reżyserii, zdjęciach, scenariuszu czy aktorstwie; ten krótki tekst zamieniłby się bowiem wówczas w monotonną litanię komplementów.   [Czytaj]
Tryby
TOMASZ HRYNACZ


Na zmianę: wlot, wylot. Pływanie
głębokie w studni pamięci. Bordowy miąższ chmur,
mleczna posypka ziemi. Nie na miejscu to twoje zakłamanie.


Jak wiele innych. Stanowczy ton, podrzędna składnia.
Jesień w trybie przypuszczającym. Wyrój bazaltowych
słów. Wchodzisz czy zostajesz? Sparciały całun nieba.


Twój język słodki do bólu.

  [Czytaj]
Poznać tych, którymi się jest
Michał Paweł Markowski: Życie na miarę literatury. Homini, Kraków 2009, s. 376.


Życie na miarę literatury nie powstałoby – przyznaje Michał Paweł Markowski w eseju Przyjaźń, histeria, melancholia – gdyby jakiś czas temu nie zaistniał tekst o tym właśnie tytule. Okolicznościowy artykuł, który w formie zalążkowej posłużył za zarys filozofii, jaką przyjął Międzynarodowy Festiwal Literatury im. Josepha Conrada, organizowany przez „Tygodnik Powszechny” i Kraków. Kiedy artykuł był już gotowy – streszcza historię Markowski – postanowiłem jakoś wyklarować moje poglądy na literaturę (…) i przedstawić je w postaci książki-manifestu.   [Czytaj]
Z Berlina
Małgorzata Ćwikła


Dominacja rzeczywistości potrafi w niezwykły sposób uczynić teatr namacalnym. Może także wymazywać dramaturgię, na jej miejsce wprowadzając szereg mniej ciekawych dokumentów, o których atrakcyjność walczyć muszą aktorzy. W najnowszym spektaklu Luka Percevala, otwierającym sezon w hamburskim Thalia Theater i będącym pierwszą realizacją twórcy jako głównego reżysera tej sceny, The Truth about The Kennedys, przepisana z gazet fabuła ciągle się uaktualnia, natomiast nadmiar faktów i tekstu zostawia w tyle wrażenia teatralne. Kilka dni przed premierą zmarł senator Edward "Ted" Kennedy, najmłodszy brat Johna Fitzgeralda, a podczas ostatnich wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych jeden z patronów Baracka Obamy. Tym samym historyczny materiał wzbogacił się o kolejny, zamknięty rozdział. Dla Percevala był to powód, by historię wzlotu i upadku legendarnego klanu zakończyć monologiem Teda – mniej znaczącego, młodszego brata w zorientowanej na doskonałość rodzinie, której nie dane było długo przetrwać na wywalczonych szczytach.   [Czytaj]
Z Wiednia
Marek Feliks Nowak
Felix Austria! Po raz drugi z rzędu laureatem Nagrody im. Georga Büchnera, uważanej za najważniejsze wyróżnienie w dziedzinie literatury niemieckojęzycznej, został Austriak. Walter Kappacher przez dziesięciolecia stworzył ze wszechmiar wybitne, lecz przez długi czas nie zauważane oeuvre – stwierdziła Niemiecka Akademia Języka i Poezji. Dopiero po ukazaniu się powieści Selina w 2005 roku został naprawdę dostrzeżony, podkreśliło jury. Jego spokojna, muzykalna proza pełna melancholijnej bezkompromisowości, zawsze smutna, choć nigdy przygnębiająca, ukazuje nam nas samych – napisano w uzasadnieniu. Nagroda w wysokości 40.000 euro została wręczona 31. października 2009 w Darmstadt podczas jesiennego posiedzenia Akademii. Tym samym Kappacher dołączył do grona tak wybitnych laureatów tej nagrody jak Heinrich Böll, Thomas Bernhard, Friedrich Dürrenmatt, Friederike Mayröcker, Elfriede Jelinek, Günter Grass czy Elias Canetti.   [Czytaj]
ŚWIAT NIE DO ŻYCIA I NIE DO WYTRZYMANIA
Adam Chmielewski


Pod koniec swego awanturniczego, nieszczęśliwego i krótkiego życia Marek Hłasko napisał, że w momencie swojej ucieczki z poststalinowskiej Polski na Zachód nie wiedział jeszcze, że świat dzieli się na dwie połowy, z tym że w jednej jest nie do życia, w drugiej – nie do wytrzymania.
Polski ruch solidarnościowy, który wstrząsnął Europą i przyspieszył upadek „realnego socjalizmu”, kierował się ideą, zgodnie z którą obalenie podziału świata sprawi, iż życie ludzi w Polsce oraz w innych krajach środkowej Europy, nawet jeżeli nie stanie się całkowicie szczęśliwe, to przynajmniej będzie wreszcie znośne. Warto postawić pytanie, czy to się udało.   [Czytaj]
Manhattan z przypadku
Jacek Ratajczak, Natalia Kopeć
Bądźcie przygotowani na coś, co może przypominać USA z lat dwudziestych – napisał w e-mailu Aditya Singhal przed naszym przyjazdem do miasta, które w ciągu ostatnich dwudziestu lat przekształciło się z wioski na obrzeżach Delhi w jedno z najważniejszych centrów biznesu w Azji.

  [Czytaj]
Polski pisarz to dla mnie ciągle postać z Mrożka
Z Jarosławem Klejnockim, poetą i krytykiem, rozmawia Radosław Wiśniewski
Radosław Wiśniewski: Rozmawiamy w roku 2009, od przełomu w 1989 mija dwadzieścia lat. Mam pytanie do ciebie jako do aktora i obserwatora przemian literackich tym czasie: czy nadal uważasz, że ten rok 1989 był taki ważny?
Jarosław Klejnocki: Należy wyróżnić dwie sfery, które na siebie zachodzą, ale trzeba je rozdzielać i widzieć osobno. To kwestie zmiany politycznej i postępującej w tle zmiany kulturowej. My, jak rozumiem, skupiamy się na tej drugiej kwestii. I tutaj sytuację literatury zrewolucjonizowało pojawienie się wolnego rynku i, druga sprawa, początek wolności słowa. W związku z tym po roku 1989 trzy nurty literatury polskiej – oficjalny, bezdebitowy i emigracyjny – zlały się w jeden.   [Czytaj]
Słodka choroba Konsternacje Wilhelma Genazino
Arkadiusz Żychliński
Urodzony w 1943 roku w Mannheim Wilhelm Genazino jest autorem około dwudziestu powieści i ponad dziesięciu zbiorów esejów literackich. Debiutował w roku 1965, ale uznanie zdobył wydaną pod koniec lat siedemdziesiątych trylogią Abschaffel (Abschaffel, 1977; Die Vernichtung der Sorgen, 1978; Falsche Jahre, 1979). Pośród innych powieści warto wspomnieć zwłaszcza o następujących: Der Fleck, die Jacke, die Zimmer, der Schmerz (1989); Die Liebe zur Einfalt (1990); Leise singende Frauen (1992); Die Obdachlosigkeit der Fische (1994); Das Licht brennt ein Loch in den Tag (1996); Ein Regenschirm für diesen Tag (2001); Eine Frau, eine Wohnung, ein Roman (2003); Die Liebesblödigkeit (2005); Mittelmäßiges Heimweh (2007); Das Glück in glücksfernen Zeiten (2009). Genazino jest laureatem licznych nagród, w tym także najważniejszej nagrody literackiej niemieckiego obszaru językowego, Nagrody Büchnera (2004). W języku polskim ukazała się jak dotąd jedynie w wydawnictwie Atut powieść Kobieta, mieszkanie, powieść (przeł. A. Buras, Wrocław 2006), swego rodzaju „portret artysty z lat młodości”, znakomita, przewrotna historia młodego, nadwrażliwego chłopca – do pewnego stopnia (choć to nieistotne) porte-parole samego autora – poszukującego swojej drogi do literatury. Nakładem PIW-u wychodzi właśnie przekład tragikomicznej (o)powieści o Abschaffelu (Abschaffel. Trylogia, przeł. A. Chałabiś), minutowym zapisem powszedniości protagonisty, drobnego urzędnika w wielkim przedsiębiorstwie (nb. Abschaffel jest nazwiskiem znaczącym; abschaffen to usuwać, anulować, znosić). A. Ż.   [Czytaj]
Okiem królika
Marta Brzezińska
Wyobraźmy sobie zieloną trawę, a na niej setki królików, które swobodnie kicają, skubią źdźbła, poruszają noskami, ich sierść błyszczy w słońcu… Czy to scena z filmowej adaptacji Wodnikowego wzgórza? A może to Piotruś Królik wyrusza zażyć przygody z rodziną i przyjaciółmi? Otóż nie. Króliki, które w grudniu zagościły w kinach, nie są związane w żaden sposób z bajkowym kontekstem przeciwnie, na ich drobnych grzbietach spoczął poważny i wcale niemały ciężar filmowej metafory. Puchaci i płochliwi bohaterowie służą dwojgu reżyserom, Bartkowi Konopce i Izabeli Plucińskiej, do opowiedzenia historii o murze w środku Europy, o egzystencji w jego cieniu i o świecie po jego upadku. Dwie filmowe opowieści, dokument Królik po berlińsku i krótkometrażowa animacja Esterhazy, mierzą się z najnowszą historią w sposób wyjątkowy, z rzadko spotykanej, zwierzęcej perspektywy.   [Czytaj]
ROZWAŻNA I… ROMANTYCZNA?
Mirosław Ratajczak
Na potrzeby wystawy Kamy Sokolnickiej O bieli, elipsie i nudzie zmodyfikowano przestrzeń wrocławskiego Studia BWA. Widz, przekraczając próg galerii, trafiał do zaciemnionego wnętrza o czarnych ścianach, które bez większego ryzyka można by określić jako black cube. W głębi sali stożek światła zwisającej z sufitu żarówki wycinał jasny krąg na podłodze. W jego centrum umieszczono zbiornik z czarną jak smoła cieczą, przypominający żelazną beczkę „wkopaną” głęboko w ziemię, albo studnię o niskiej, kilkunastocentymetrowej zaledwie cembrowinie. Albo wejście do kanału, na co mogłaby wskazywać prymitywna, żelazna drabinka, wystająca z czarnej czeluści. Oba elementy tej instalacji – żółto złociste światło elektryczne i głęboka, jakby pierwotna czerń wypełniająca studnię, trwały w napiętej równowadze, niczym zastygli w zwarciu zapaśnicy o takim samym potencjale mocy, lub zapadłe w hipnotyczny trans dwie, oczarowane swoją odmiennością istoty. Kama Sokolnicka napisała kiedyś, że interesuje ją w sztuce „przemienianie miejsca w stan umysłu”. Można było tego doświadczyć w mroku Studia BWA.   [Czytaj]
Farbiarka idzie w noc...
Anna Piwkowska: Farbiarka. Wydawnictwo Znak, Kraków 2009, s. 48.



Tylko tam, gdzie są groby i wielkie kurhany, / i aleje menhirów, i zwykłe kamyki, / i bryłki ochry dobre do barwienia (…) Tylko tam się spotyka człowiek ze swym bogiem… Tylko tam, poruszając się po „alejach menhirów”, z „bryłkami ochry” w dłoniach, szukając schronienia w grotach Altamiry, gdzie zostały rude bizony niebieskie od światła, człowiek ma też szanse spotkać się z tymi, co przebyli już Lete, którzy wracają z farbiarzami do swych dawnych domów.   [Czytaj]
Z Genewy
Beata Zakęs
27 października 2009 szwajcarska Polonia miała okazję gościć Agnieszkę Holland w sali Misji Polskiej w Genewie. Poruszająca się od lat między Stanami Zjednoczonymi i Francją (Paryż, Bretania) polska reżyserka spędza ostatnio coraz więcej czasu w kraju. Rodakom z zagranicy opowiadała między innymi o przyczynach swojego zaangażowania w reformę polskiej telewizji publicznej. Otóż kilka lat postanowiła ona zrealizować serial o współczesnej Polsce zatytułowany Ekipa, który miał być ze strony Holland, jak powiedziała w Genewie: „czynem obywatelskim, aby zachęcić Polaków do bardziej czynnego udziału w życiu politycznym”, a więc i próbą zmiany negatywnego image’u polityki, jaki przez lata wyrobił sobie przeciętny obywatel naszego kraju. Inspiracją tego przedsięwzięcia były rozgrywane w kręgach władzy seriale amerykańskie, które według realizatorki stały się swojego rodzaju współczesną powieścią obyczajową – takimi jak XIX-wieczna wielka powieść realistyczna (dzieła Dostojewskiego czy Sienkiewicza ukazywały się przecież najpierw w odcinkach w prasie). „W Polsce serial był raczej na poziomie latynoskiej telenoweli, trzeba było więc coś z tym zrobić”. Jak przyznaje inicjatorka pomysłu, „doświadczenie było ciekawe, ale sukces połowiczny... ” Serial trafił do Polsatu, gdzie prawie zniknął wśród reklam, ale okazał się mieć pewien bezpośredni wpływ na kolejne wybory ( bo upatrzono się m.in. podobieństwa głównego bohatera do Donalda Tuska).   [Czytaj]
BYĆ NIEPRECYZYJNYM I MGLIŚCIE WSZYSTKO PRZEDSTAWIAĆ.
Z prof. Stanisławem Gomułką, jednym z najbardziej cenionych w świecie polskich ekonomistów o finansowej strategii rządu, grze o zachowanie władzy, kreatywnej księgowości i oszczędnym gospodarowaniu prawdą rozmawia Stanisław Lejda


Jeszcze do niedawna rząd zapewniał, że kryzys nam nie grozi. Teraz słyszymy o rekordowym deficycie budżetowym, wywołanym kryzysem, którego być nie miało. Jaki jest prawdziwy stan polskiej gospodarki?
– Częściowo do tego zamieszania przyczynili się rząd i minister finansów. Na początku roku usłyszeliśmy: Polska tym właśnie różni się od innych krajów, że one zwiększają deficyt budżetowy, my zaś tego robić nie zamierzamy. Wkrótce jednak okazało się, że deficyt sektora finansów publicznych był w ubiegłym roku niespodziewanie wysoki – wyniósł aż 3,9 proc. PKB, czyli około 50 miliardów złotych. Co istotne, pojawił się w sytuacji stosunkowo wysokiego wzrostu gospodarczego. Spowodowało to zaniepokojenie wśród ekonomistów, bo jeśli w zeszłym roku mieliśmy tak duży deficyt, to co będzie w roku 2009? No i w tym roku mamy zmieniającą się ocenę wielkości deficytu budżetowego. Początkowo rząd utrzymywał, że nie będzie go zwiększał, co ekonomistom – w sytuacji, kiedy dochody budżetu musiały być sporo niższe niż zakładano – wydawało się dosyć dziwne. Ponadto rząd nie przedstawił żadnych propozycji ustaw zmniejszających wydatki. Na początku tego roku oszacowałem, że dochody państwa będą o około 40 mld niższe niż w roku 2008. Niektórym ministrom ta ocena wydała się zbyt pesymistyczna. Tymczasem w maju pojawiła się prognoza Ministerstwa Finansów, mówiąca o zmniejszeniu dochodów w 2009 r. o 44 mld zł. W związku z tym rząd zaproponował wzrost deficytu, lecz tylko o 9 mld. Była to więc kolejna niejasna informacja, bo jeśli brakuje 44 mld, to dlaczego o tyle samo nie wzrasta deficyt? Potem okazało się, że rząd zaproponował oszczędności na kwotę zaledwie około 10 mld, natomiast przesunął kilka istotnych wydatków poza budżet centralny.   [Czytaj]
Naród z wieczną skazą – rodzina czysta jak łza
Klaus Bachmann


Co z niemieckich badań nad pamięcią zbiorową wynika dla polskiej debaty o polityce historycznej? – Dlaczego odgórna polityka historyczna jest skazana na klęskę? – „Źli naziści prześladowali dobrych Niemców – i źli komuniści dobrych Polaków”.


Polska debata o polityce historycznej cierpi na przynajmniej jeden poważny deficyt: jej uczestnicy za dużo zajmują się roztrząsaniem tego, czy państwo powinno ingerować w społeczne interpretacje przeszłości, a za mało tym, czy w ogóle jest w stanie to robić skutecznie. Doświadczenia innych krajów pokazują, że interpretacja przeszłości jest raczej wynikiem społecznych oddolnych procesów niż rezultatem świadomej polityki państwa. Niemcy są tego znakomitym przykładem. RFN i NRD w tym samym czasie były poddawane dwom równym „politykom historycznym”: amerykańskiej reedukacji – powiązanej z prawnym rozliczeniem nazizmu, i sowieckiej propagandy, z jej masowymi represjami i wywłaszczeniami. Po 1949 roku oba państwa niemieckie prowadziły własną politykę historyczną. Po zjednoczeniu polityka znów była jedna – lecz odnosiła się ona wtedy do okresu nazistowskiego i komunistycznego.   [Czytaj]

Szczęście III

Mieczysława Buczkówna


Szczęście jest wtedy gdy nikt nie umiera
Szczęście jest kiedy nic nie uwiera
Szczęście to nie spoglądać
W przepaść nieba
Szczęście kiedy do szczęścia
Nic nie potrzeba
TAM – takie lądy odległe nie dla mnie
Dla tych w Kosmosie rakiet
Odległości takie!
Szczęście to tutaj być raz tylko
Choć jesteś chwilką...

  [Czytaj]
Elegia na odejście. Rzecz o eutanazji
Arkadiusz Żychliński
Media vita in morte sumus.
Notker Balbulus


I. Tragedia człowieka, który nie został stworzony do tragedii – to tragedia każdego człowieka, pisze Philip Roth w powieści Amerykańska sielanka (tłum. J. Kozak, 2001)).Zaś w prawdziwej, jak wyraźnie zaznacza, historii Dziedzictwo (tłum. J. Jarniewicz, 1991) daje bardzo przejmujący opis takiej tragedii z własnego życia, opisując powolne umieranie ojca, Hermana Rotha, zmarłego jesienią 1989, półtora roku po zdiagnozowaniu u niego guza mózgu. Tych zdań nie zapomni chyba nikt, kto je kiedykolwiek przeczytał: Zmarł trzy tygodnie później. Przez dwanaście godzin agonii, która zaczęła się przed północą 24 października 1989, a skończyła po południu następnego dnia, ojciec walczył o każdy oddech i był to przerażający wybuch energii, końcowy pokaz jego trwającej całe życie upartej wrażliwości. Trzeba to było zobaczyć.   [Czytaj]
Żywioły
Jacek Sieradzki


Spośród tematów, którymi żył tegoroczny Dialog﷓Wrocław, bodaj najmniej pociągająco wy-padło jego hasło przewodnie: Wobec zła. Mam w ogóle podejrzenie graniczące z pewnością, że Krystyna Meissner, wybierając spektakle na festiwal, kieruje się (najzupełniej słusznie) wcale nie tematycznym kluczem. Szuka oryginalnych wypowiedzi scenicznych, któ-re są niegłupie, w których jest siła, motoryka, moc przemawiania do widza, a może też i tro-chę niemodnego piękna. A potem musi to wtrynić pod wspólny mianownik, na tyle pojemny, żeby zmieścić możliwie cały afisz festiwalu. Obrane hasło było pod tym względem nader po-ręczne: właściwie wszystko, co się rusza na scenach, mogło się w nim zmieścić, może poza najgłupszymi farsami. Zresztą nie wiem, nie bywałem na seminariach, gdzie tędzy gębacze rozbierali na czynniki pierwsze kwestię unde malum w poszczególnych spektaklach. Ogromny program główny, z dwoma kolubrynami scenicznymi trwającymi po sześć godzin, połknął mnie bez reszty; ocalone skrawki czasu służyły tylko pośpiesznej regeneracji mocy percepcyjnych.   [Czytaj]
Bękarty Baudrillarda
Marcin Adamczak



W tekstach poświęconych Quentinowi Tarantino niemal rutynowo już przywołuje się epizod z jego życiorysu, kiedy to w latach 80., po porzuceniu szkoły, pracował w wypożyczalni Video Archives, a nałogowe oglądanie wszystkiego, co mogły zaoferować jej półki, okazało się uczelnią filmową młodego Kalifornijczyka. Bogactwo intertekstualnych nawiązań w najnowszym filmie autora Pulp fiction również próbowano tłumaczyć ową przeszłością, można jednak wątpić, czy w Video Archives znajdowały się kasety z np. kinem niemieckim lat 20. Szczerze też wątpię, by Tarantino tak dobrze pamiętał to, co oglądał parę dekad temu. Jego imponującą filmową erudycję kojarzyć można raczej z inną sytuacją, której obraz przebija niekiedy z ostatnich wywiadów Tarantino. W swojej posiadłości, niczym w Wellesowskim Xanadu, w prywatnej sali kinowej nałogowy maniak X Muzy raczy się kilkoma tytułami dziennie. W dużej mierze odcięty od świata, za to z nieprzebraną filmową klasyką w zasięgu ręki, niemal zupełnie zaimpregnowany na pozakinową rzeczywistość.   [Czytaj]
Czujność poetyckiej samotności
Karol Maliszewski
Mariusz Grzebalski: Niepiosenki. Biuro Literackie. Wrocław 2009, s. 51.

Niepiosenki wskazują na istnienie piosenek, zaprzeczenie przywołuje pamięć prawzoru gestu i intencji. Czy jest więc tak, że Mariusz Grzebalski zakończył jakąś epokę w życiu i twórczości, że do tej pory pisał coś, co od biedy można nazwać piosenkami, a teraz mówi temu stanowczo NIE? Odpowiedzi na to pytanie może być wiele. Nasuwa się także taka: autor Negatywu zawsze pisał niepiosenki, ale zdekonspirował się dopiero teraz, wskazał na coś w swoim pisaniu podstawowego, na afirmację smutku jako wręcz niezbędną, żeby nadać życiu sens. Bo w tych wierszach chodzi wciąż o to samo: o życie i sens. O wyrywanie sensu spod wpływu dominującego niesensu. Opowiadane historyjki mężnie gromadzą argumenty na rzecz wartości życia. Toczy się rozprawa, na której oskarżony ma wyrok skazujący w kieszeni, lecz mimo to poeta (w którego szaleństwie jest metoda) śle kolejne wiersze niczym świadków obrony. Chodzi o ocalenie kilku zaledwie okruchów. Chodzi o pamięć kilku miejsc, osób i uczuć. Niepiosenki w tym sensie stają się sygnałem ascezy i redukcji. Piosenki być może mogły pozwolić sobie na więcej. Grzebalski znalazł się w miejscu, które sprzyja problematyzacji tego „więcej”. W miejscu, które sprzyja eksponowaniu „raczej mniej”. Zaczyna mu wystarczać parę kresek, żeby uwydatnić i uwypuklić to, co najważniejsze. Wystarcza czystość dziecięcego rysunku, haiku przesłań i gestów.   [Czytaj]
Różne oblicza Stryjeńskiej
Piotr Kosiewski


Wystawa Zofii Stryjeńskiej w krakowskim Muzeum Narodowym, pokazywana następnie w Poznaniu i Warszawie, przypominała jedną z najciekawszych artystek dwudziestolecia międzywojennego. Była też jednym z najważniejszych wydarzeń wystawienniczych ostatniego czasu.
Wyjątkowość Zofii Stryjeńskiej dostrzegano w II RP. Zajęła niezwykłe miejsce w życiu artystycznym swego czasu. Zdobyła pochwały krytyki, odniosła też komercyjny sukces. W latach dwudziestych, nie tylko w Polsce, był to ewenement. Kobiety, chociaż dopuszczone do uczelni artystycznych i coraz częściej pokazujące publicznie swe dzieła, nadal zajmowały pośrednią pozycję w świecie sztuki, niezależnie od tego, czy były związane z kolejnymi awangardami, czy też tworzyły dzieła bardziej tradycyjne. Nawet najwybitniejsze z nich pozostawały w cieniu wybitnych mężczyzn. Widziano w nich przede wszystkim współpracowniczki, żony lub przyjaciółki artystów.   [Czytaj]
WERNISAŻE
Mirosław Ratajczak


Na początku października w Galerii „Awangarda” BWA Wrocław zaprezentowano najlepszy tegoroczny dyplom wrocławskiej ASP – pracę Justyny Drozd pt. Płasko-przestrzeń (pracownia rzeźby III, promotor prof. Christos Mandzios). Po raz pierwszy bodaj w wieloletniej historii tego konkursu jury nagrodziło, i to w sposób zdecydowany, dzieło rzeźbiarskie. Wrocławianie mieli okazję zobaczyć je w lipcu, w witrynie galerii przy ul. Wita Stwosza, jesienią obejrzeli niejako wariant zwycięskiej pracy, ponieważ oryginał pojechał do Gdańska na ogólnopolski konkurs Dyplom 2009 – otrzymał tam wyróżnienie honorowe i został zakupiony do gdańskich zbiorów. (W tym samym konkursie wyróżnienie honorowe otrzymał także Jarosław Grulkowski z Wrocławia za cykl graficzny pt. Ecce homo!)   [Czytaj]
W Ł Ó Ż M Y I M B U Ł A W Ę D O T O R N I S T R A
Z profesorem Andrzejem Białasem, fizykiem, prezesem Polskiej Akademii Umiejętności, rozmawia Magdalena Bajer


Panie profesorze, wypowiadał się pan wielokrotnie i od dawna o edukacji Polaków. Były to wypowiedzi, jak się teraz okazuje, w wielu elementach prekursorskie – krytyczne wobec istniejącej sytuacji. Ponieważ mamy ze strony obu odpowiedzialnych resortów zapowiedzi spełnienia niektórych pana postulatów, proszę najpierw o przedstawienie idealnego modelu edukacji, a następnie o odniesienie go do realnych lub potencjalnych możliwości.
– Odwołam się do własnych doświadczeń. Ja ukończyłem szkołę jedenastoletnią, a poszedłem do niej w wieku lat sześciu, jak zresztą wielu moich kolegów. Zdawałem maturę, mając lat siedemnaście...   [Czytaj]
Rozkosz sprawowania władzy
Z profesorem Bogdanem Wojciszke, psychologiem, o wypinaniu piersi, szydle wychodzącym z worka, farbowanych włosach kanclerza Schroedera, śmierci prezydenta Kennedy’ego, szefach i podwładnych rozmawia Piotr Gajdziński


Czy poczucie władzy wpływa na fizyczność? Przechodząc ulicą, potrafi pan profesor rozpoznać ludzi, którzy mają poczucie posiadania władzy?
– Władza ludzi „wydyma”. Stają się nieco więksi, wypinają pierś. Udowodniły to przeprowadzone kilka lat temu badania, które pokazały, że osoby mające poczucie posiadania władzy stają się obszerniejsze. Dobrze opisał to w jednym ze swoich felietonów Jerzy Pilch, twierdząc, że władza przepoczwarza ludzi – skulona postać, gdy poczuje władzę, staje się dostojniejsza, bardziej rozległa, obdarzona senatorskim brzuchem. To zresztą najlepiej widać, gdy przełożony występuje z podwładnym. Pionowy wymiar ludzkich relacji rządzi się bowiem zasadą komplementarności, co oznacza, że z reguły ludzie dostosowują się do siebie. Przełożony się „wydyma”, a podwładny kurczy. Dzięki temu interakcja między nimi jest bardziej harmonijna.   [Czytaj]
wiersze
Janina Katz
Za mało

Za mało
cienistych alej.
Spacerów biodro w biodro.
Pierścionków baldachimów
turkawek i kukułek.
Brakowało też psa:
irlandzkiego setera.
I domu.
  [Czytaj]
MIĘDZY DŹWIĘKIEM A PRZESTRZENIĄ
MICHAŁ LIBERA



I
Faktycznie, przegląd najbardziej klasycznych dzieł sztuki dźwięku wydaje się potwierdzać przekonanie, iż pojęcie to denotuje zbiór zróżnicowanych prób zbadania relacji między dźwiękiem a przestrzenią.
Na przykład: rezonans. Powszechnie znane zjawisko akustyczne – specyficzna właściwość każdego układu przestrzennego – może być nie tylko kontekstem danego wykonania, ale modus operandi samego dzieła. W połowie lat 60. Alvin Lucier skonceptualizował utwór znany pod tytułem Music for a Solo Performer. Siedzący nieruchomo na scenie tytułowy wykonawca solowy podłączony był do elektroencefalografu, który rejestrując zmiany potencjału elektrycznego fal mózgowych, dokonywał ich transpozycji na dźwięk, emitowany następnie z głośników. Dźwięk ten rezonował z rozstawionymi w sali instrumentami perkusyjnymi, które – wzbudzane – s a m e grały.   [Czytaj]
Świat bez szczelin
Paweł Mackiewicz
Piotr Sommer: Dni i noce. Biuro Literackie, Wrocław 2009, s. 85; Piotr Sommer: Rano na ziemi (wiersze z lat 1968–1998). Wydawnictwo WBPiCAK w Poznaniu, Poznań 2009, s. 240.



Czy jubileusze są potrzebne? To zależy. Na przykład od tego, jak się je obchodzi. Zależy, kto jest jubilatem. Nieobojętne wreszcie, kto jubilata uhonoruje – czy własny jubileusz najsolenniej uczci sam zainteresowany, czy też spontanicznie uczynią to postronni, darzący jubilata życzliwą, bezinteresowną pamięcią. Czasem zdarza się, że utwory artystów, których obecność na półkach księgarskich od lat wydaje się czytelnikom czymś oczywistym i niewymagającym okolicznościowego komentarza, naraz zaczynają skłaniać do tego, by odczytywać je właśnie jako jubileuszowe.   [Czytaj]
Modernizm – i sztuka Afryki, Oceanii
Krystyna Kuczyńska



Fundacja Beyelera w Riehen k. Bazylei cieszy się zasłużoną sławą – od przeszło dziesięciu lat w zaprojektowanym przez Renza Piano pawilonie wtopionym w krajobraz odbywają się wystawy niezmiennie pobudzające do intelektualnej gimnastyki. Z ogromnych okien budynku rozciąga się idylliczny widok na łąki, pasące się krowy i wzgórze Tullingen. Zamknięta w końcu czerwca, trwająca prawie pół roku wystawa: Bildwelten. Afrika, Ozeanien und die Moderne (Światy obrazów. Afryka, Oceania i Moderna), zaskoczyła wielu nietypowym spojrzeniem, wykraczającym poza standardowe ramy popularyzacji sztuki.   [Czytaj]
MALTA WYCZERPANIA
Agata Barełkowska
Tegoroczna MALTA, odbywająca się w dniach 22–27 czerwca w Poznaniu, była ostatnią odsłoną tej teatralnej imprezy w jej dotychczasowej formule. Wkrótce MALTA zmieni się w festiwal, który każdego roku pod okiem innego kuratora eksplorować będzie nowe teatralne terytoria. W roku 2010 tematem przewodnim stanie się teatr flamandzki, a nad festiwalem czuwać będzie Sven Birkeland. Kolejna edycja podejmie wątek wykluczenia, a w roku 2012 głównym zagadnieniem staną się pogranicza Europy i Azji: to, co dzieje się na styku dwóch kultur. Wydaje się, że decyzja dyrekcji o zmianie formuły festiwalu i wprowadzeniu corocznego i d i o m u, który będzie ukierunkowywał główny nurt programowy, jest trafna, i należy mieć nadzieję, że przywróci ona MALCIE jej dawną świetność. Tegoroczny festiwal pokazał bowiem, że dotychczasowe pomysły na organizację poznańskiego festiwalu powoli się wyczerpują. W katalogu festiwalowym można było przeczytać, że organizatorzy chcieliby kontynuować fuzyjny sposób myślenia o miejskim (ale nie tylko) teatralnym święcie. Nie jest to jednak przypadkowy artystyczny Mischung wypełniający kilka festiwalowych dni, lecz zbiór wydarzeń dedykowanych poszczególnym lokalizacjom i oczekiwaniom publiczności. I o ile myślenie o festiwalu jako święcie zagarniającym różnorodne miejskie przestrzenie doczekało się interesującej realizacji, o tyle oczekiwania publiczności często pozostawały niespełnione.   [Czytaj]
CZYTANIE BEZ GRANIC
Jerzy Pabian
O czym nie można milczeć, o tym trzeba mówić

Przez takie odwrócenie słynnej maksymy Ludwiga Wittgensteina i poprzez wielokrotne przywołanie cytatu z Rainera M. Rilkego, który w jednym z wierszy opisujących rzeźby Rodina w Luwrze stwierdził: Musisz zmienić swoje życie!, otwiera sobie pole do swobodnej dyskusji nad przyszłością ludzkości jeden z najbardziej znanych współczesnych filozofów niemieckich, Peter Sloterdijk, znawca m.in. niezliczonej ilości sentencji pozwalających w jednym zdaniu ująć istotę omawianego problemu.   [Czytaj]
NIE WIERZĘ HISTORYKOM, KTÓRZY TWIERDZĄ, ŻE SĄ OBIEKTYWNI
Z prof. Włodzimierzem Suleją, historykiem, rozmawia Stanisław Lejda


Czy historia jest nauką obiektywną?
– Nie jest. I to nie z powodu materii, jaką się zajmuje, ale ze względu na ludzi, którzy ją uprawiają. Jeżeli historyk mówi, że jest obiektywny, to z reguły mu nie wierzę. Zawsze bowiem będzie kierował się racjami subiektywnymi. Dlatego twierdzę, że historyk powinien w swej pracy dążyć do maksymalnej rzetelności, czyli do uwzględnienia wszystkich świadectw dokumentujących założone tezy. Ale przede wszystkim powinien przytoczyć fakty, które przeczą przyjętemu założeniu. Oczywiście, możemy dążyć do odtworzenia tego, co się wydarzyło, możliwie wiernie, natomiast nigdy nie zrekonstruujemy przebiegu wydarzeń tak, jak było naprawdę. Dlatego jestem zwolennikiem poglądu, że możemy być tylko rzetelni, ale na pewno nie będziemy obiektywni.   [Czytaj]
Korespondencja
Władimir Britaniszski





Ojciec Aleksandra Iwanowa,
Andrzej Iwanowicz,
w końcu nigdy nie był
we Włoszech.
Nie było jakichkolwiek możliwości
oprócz woli po temu
Najjaśniejszego:
„Będę w Rzymie,
jeżeli dozwolić raczy
On”.
On, czyli Mikołaj I
(a być może Bóg, co zresztą na jedno wychodzi),
ostatecznie dozwolić
nie raczył.   [Czytaj]
POD STOŁEM
Józef Kelera


Praga w pierwszym tygodniu września nie była posypywana bombami tak obficie, jak Warszawa lewobrzeżna, co Jasio gotów był uznać za haniebne lekceważenie przez Luftwaffe tej może i drugorzędnej, ale zawsze zasługującej na poważne traktowanie dzielnicy za Wisłą. Nie schodzili więc wcale do żadnego schronu, którego zresztą chyba nie było w pobliżu; a może był, ale dopóki siedzieli na Pradze, Jasio nic o schronie nie słyszał; a jeśli słyszał, to z takim bodaj pouczeniem, żeby na wypadek bombardowania nie na szukać schronu, bo najłatwiej wtedy zginąć po drodze. Mimo powtarzających się alarmów dla miasta Warszawy nie opuszczali zatem mieszkania na pierwszym piętrze, z balkonem od ulicy. Balkon był jednak szczelnie zamknięty, a wszystkie szyby bardzo dokładnie opatrzone klejonymi na krzyż paskami papieru.   [Czytaj]
Weźmy sztukę i życie we własne ręce
Anna Markowska
53. Biennale w Wenecji



Giełda w tramwaju wodnym dowożącym do pawilonów biennale wskazywała wyraźnie, że praca Aleksandry Mir cieszyła się powodzeniem. Ola przygotowała kartki z Wenecji, do wzięcia. Leżały w kartonach na podłodze w Arsenale i przed kafeterią w Giardini di Biennale na stojakach – każdy mógł wynieść z wystawy dowolną ich ilość, nakleić znaczek i wysłać z wycieczki. Część pewnie się zorientowała, że na kartkach – wbrew dużemu napisowi VENEZIA – faktycznie nie zawsze jest przedstawiona Wenecja: były tam bowiem i afrykańskie pustynie, i skandynawskie fiordy, a nawet opera w Sydney... Ale tym turystom, którzy zwiedzają jedynie okolice placu św. Marka, napis i romantyczny pejzaż zupełnie wystarczały. Mir, obywatelka Szwecji urodzona w Lublinie, która po 15 latach mieszkania w Nowym Jorku przeprowadziła się niedawno do Palermo na Sycylii, swoją pracą dowcipnie skomentowała zarówno jakość suwenirów, jak i wspomnień z wycieczek, a przy tym zrobiła to bez moralizowania. Z niedowierzaniem patrzyłam w tramwaju wodnym na Amerykankę, która wzięła około setki widokówek i z wypiekami na policzkach je przeglądała. W ten sposób kolokwialne powiedzenie o bogatszym powrocie z podróży nabrało nowych – dosłownych – znaczeń.   [Czytaj]
DZIENNIK KONTAKTOWY 2009
Tomasz Mościcki


Sobota, 23 V. Dzień pierwszy: przez góry i doły
Dostać się z Warszawy do Torunia i przybyć na czas to czyn nieledwie heroiczny. Wymaga odwagi rajdowca i obojętności kierowcy spychacza. Kilkadziesiąt kilometrów drogi to wykopy, prace drogowe, czyli korki, wertepy. Dwa lata temu jechało się przez coś w rodzaju krajobrazu po bitwie. Góry ziemi, doły, poryty asfalt. Dziś jest nieco lepiej, w każdym razie droga Warszawa–Toruń wciąż wiele mówi o mocarstwowych ambicjach naszego kraju. Wielkie zamiary przy mikrych możliwościach ich urzeczywistnienia. A to wszystko na niecałe trzy lata przed wymarzonym Euro 2012.   [Czytaj]
Elektronika na stolikach
Monika Pasiecznik


Stało się. Festiwal Musica Genera przeniósł się do Warszawy. Utworzone w Szczecinie przez Annę Zarady i Roberta Piotrowicza największe i najważniejsze forum eksperymentalnej muzyki elektronicznej i improwizowanej pożegnało się z rodzimym miastem. W folderze programowym tegorocznej 8. edycji użyto nawet określenia ,,nowe otwarcie”. Na pewno skończył się pewien rozdział w historii Genery.   [Czytaj]
Koliste ruiny żywota Cadena Cotarda
Marcin Adamczak


W Hollywood zawód scenarzysty dostarcza powodów do ambiwalentnych odczuć, albowiem zakupionego tekstu nigdy nie traktowano tam jako gotowego dzieła, ale jako materiał do obróbki, często w wykonaniu zmienianych lekką ręką całych zespołów autorów lub anonimowych script doktorów. Prowadziło to do sytuacji wielokrotnie opisywanych przez hollywoodzkich pisarzy, że gdy oglądali na ekranie film, nominalnie powstały według ich scenariusza, rozpoznawali w nim zaledwie kilka scen i strzępy dialogów swojego autorstwa. Z drugiej strony, wobec powtarzanych nieustannie w ostatnich latach narzekań na brak oryginalnych, pomysłowych i nowatorskich scenariuszy, znacząco wzrosła pozycja finansowa ich autorów. Uznani scenarzyści otrzymują obecnie sumy rzędu 1–2 milionów dolarów za scenariusz, a rekordziści nawet parokrotnie większe, pracując przy tym w relatywnie komfortowych warunkach, pozwalających im omijać stresującą rzeczywistość planu filmowego. Jedną z takich rozchwytywanych gwiazd ostatnich lat był Charlie Kaufman, autor m.in. Być jak John Malkovich, Adaptacji, czy Zakochanego bez pamięci, cieszący się reputacją mistrza „zwariowanych” scenariuszy o niebłahej treści.   [Czytaj]
Wroclove we dwoje
Wojciech Browarny
Jacek Antczak, Anna Fluder: Wrocławianie. 30 rozmów. Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2008, s. 366.





Wrocławianie Jacka Antczaka i Anny Fluder to książka napisana, by tak rzec, con amore. O emocjonalnym przywiązaniu jej autorów i ich rozmówców do Wrocławia świadczy nie tylko typografia tytułu z podkreślonymi na czerwono literami słowa „love”, ale także podstawowe założenie książki. Fluder i Antczak w otwierającej tom rozmowie autorskiej, pytając, „jacy są” wrocławianie, naprowadzają czytelnika na ślad tej miłości. Powiedziałbym, że „fajni”. Tylko, że jeden z najpopularniejszych wrocławian nie pozwoliłby nam załatwić tego jednym i to nadużywanym słowem. Moglibyśmy więc dodać, że są „super”, a często nawet „odlotowi”, ale musimy mieć na to dowody i argumenty. Otóż to. Miłość nie wymaga usprawiedliwienia, chyba że jest to miłość własna, która niewsparta refleksją, łatwo zamienia się w ksenofobię lub pychę.   [Czytaj]
„Encyklopedia” jednak na wyrost...
Adam Wierciński
Wydawnictwo Kluszczyński w Krakowie zdobyło się na wielką księgę – na Encyklopedię Kresów (wydanie nowe, poprawione i uzupełnione, Kraków 2007?, 2008?). Kilka tysięcy haseł (3600), dużo ilustracji (ponad 110), dobry papier, czytelny układ. Zamiast wstępu ciepłe wspomnienie lwowskie Stanisława Lema. Biogramy iluż to postaci związanych z historią i kulturą ziem wschodnich dawnej Rzeczypospolitej, hasła tematyczne, historia miast i miasteczek; nauka, kultura, literatura; kościoły, cerkwie, synagogi, meczety, zbory, o kienesie, świątyni karaimskiej, też znalazła się wzmianka; rezydencje, twierdze, zamki, pałace, dwory, dworki, zagrody, chaty i karczmy. I mapy różne. Historyczne. Te sprzed lat. I administracyjne z różnych epok. Ale zabrakło, jakże przydatnych w tej Księdze, map przedstawiających zasięg i rozmieszczenie grup etnicznych, językowych i wyznaniowych.
Krajobrazy, tyle ich, z południowego wschodu i z północnego. Ruiny. Ślady dawnej świetności. Ze smakiem dobrane ilustracje: obrazy, rysunki, grafiki, fotografie sprzed lat i współczesne. Rzecz o kulturze materialnej i duchowej dawnego polskiego (i nie tylko polskiego) Wschodu. Nie tylko podzwonne. Rzecz o dziedzictwie kulturalnym, o tym, co zostało po wiekach – jakże czasem twórczego – współistnienia na międzymorzu tylu kultur, wiar, narodów i języków. O dziedzictwie, do którego mają prawo nie tylko współcześni Polacy, ale i Litwini, i Białorusini, i Ukraińcy, i Łotysze. Ormianie polscy, Tatarzy litewscy, Żydzi kresowi. Świat, po którym tyle śladów zostało w kulturze polskiej.   [Czytaj]
Z Osnabrück


Czy diaspora, doświadczenie przestrzennego rozproszenia, może stać się kluczem do sztuki nowoczesnej? Na wystawie jubileuszowej w Felix-Nussbaum-Haus w Osnabrück zgromadzono 125 prac 75 artystów mających unaocznić istnienie wywodzącej się z kultury żydowskiej ukrytej moderny. Zadanie trudne i budzące wątpliwości. Do jakich wniosków dotyczących istoty sztuki nowoczesnej dochodzą bowiem autorzy wystawy, patrząc na nią poprzez pryzmat żydowskiej myśli i tradycji? To sztuka, jak czytamy w katalogu, pełna nieciągłości i sprzeczności, w której wyczuwalna jest różnorodność impulsów, wykorzenienie, przejściowość. A zatem chodzi o dobrze nam znany rodzaj ekspresji artystycznej rozwijający się od schyłku XIX wieku w coraz mocniej zmechanizowanej i coraz bardziej anonimowej wielkomiejskiej przestrzeni życia nowoczesnego człowieka.
W wykładzie wygłoszonym w 1997 roku Ernst Gombrich podkreślał natężenie kulturowej asymilacji i ostrzegał przed głoszeniem mitu istnienia w Europie kultury żydowskiej. Głównym filarem argumentacji przeciw jej wyodrębnianiu było jego zdaniem czysto rasistowskie pochodzenie tego rodzaju przypisań: od momentu osłabienia identyfikacyjnej funkcji religii jednym z głównych identyfikatorów żydowskiej wspólnoty pozostał język. Właśnie w różnicach językowych i – co z tym związane – kulturowych żyjących w rozproszeniu Żydów Gombrich upatrywał źródeł nowej, nader wątpliwej rasistowskiej definicji tego narodu.   [Czytaj]
PROBLEMY RODZĄ SIĘ W DOBRYCH CZASACH
Z profesorem Leszkiem Balcerowiczem o nienaśladowaniu Amerykanów, niedokończonej reformie emerytalnej i o tym, na czym polega kapitalizm, rozmawia Stanisław Lejda
Od kilku miesięcy jednym z najczęściej stawianych w Polsce pytań jest, jak globalny kryzys przełoży się na sytuację w naszym kraju. Jeszcze niedawno rząd utrzymywał, że wzrost gospodarczy wyniesie w 2009 roku 1,7 procenta. Z kolei renomowane światowe instytucje finansowe prognozują, że recesja jednak nas nie ominie. Niektóre z nich mówią nawet o czteroprocentowym spadku produktu krajowego brutto. Pan do tej pory uspokajał, że kryzys nie dotknie nas tak mocno, jak innych krajów Europy. Podtrzymuje pan tę opinię?   [Czytaj]
Alfa-dziewczęta, czyli feminizm dla księżniczek
Magdalena Nowicka
Niemieckie Alfa-feministki nie wywołają rewolucji, ale napsuły już krwi Alice Schwarzer, medialnej twarzy feminizmu tzw. „drugiej fali”. Dziewczęca Drużyna z Monachium wydała książkę, która urosła do rangi kultowej, i szturmem wzięła internetowe terytorium.


DŁUGIE NOGI ZAKOŃCZONE SZPILKAMI
Dawno, dawno temu, w latach 60. XX wieku po świecie chodziły pierwsze alfa-dziewczęta. Miały siedliska na targach motoryzacyjnych, wyścigach, w kasynach – wszędzie tam, gdzie liczą się gładka buzia, błyszcząca sukienka i długie nogi zakończone szpilkami. Marylin Monroe z Diamonds Are The Girls Best Friend oraz Madonna z Material Girl dopełniły obrazu alfa-kobietki: ślicznotki, która romantyzm mierzy wymierną skalą korzyści finansowych.   [Czytaj]
WOLNOŚĆ, PO PROSTU
Z Jerzym Kosałką rozmawia Mirosław Ratajczak


Naczytałem się o tobie, naoglądałem, starając się przygotować do tej rozmowy, ale wcale nie jest mi przez to łatwiej sformułować jakikolwiek „twardy” sąd o twojej twórczości. Zgoda między piszącymi o tobie zdaje się dotyczyć tylko tego, że twoje prace są zabawne (tu mogą pojawić się zamienniki, takie jak poczucie humoru, dowcip, ironia, autoironia itp.), że są inteligentne (przemyślnie zaprojektowane, refleksyjne, z tzw. drugim dnem) i że… jesteś niedocenianym artystą. To niedocenianie bierze się podobno z tego, że jesteś zbyt sympatycznym facetem.   [Czytaj]
Zbombardowani
Jacek Sieradzki
Puk, puk.
– Kto tam?
– Otworzę, sprawdzę… A nie… Myślałam, że to przyszła II wojna światowa.

Dorota Masłowska: Między nami dobrze jest

Wzięty reżyser młodego pokolenia powiada w niedawnym wywiadzie, że idąc ulicami Warszawy, ma przed oczami ruiny i dokładnie wie, co na którym rogu zdarzyło się podczas okupacji. Patrząc na współczesne miasto, widzi pustkę, śmierć, groby, zagładę, ruinę cywilizacji. Tej wiedzy nie czerpie, rzecz jasna, z doświadczenia: nabył ją z relacji, lektur, rozmów. A jednak apokaliptyczny obraz, jaki stworzył, jest mu wyraźnie tak niezbędny – do samo﷓się﷓skonstruowania, do ułożenia sobie skali wartości – że całkowicie przesłania widok wzięty z empirii. Mitologizuje go. Z-marmurza, jak by powiedział zapomniany wieszcz.

  [Czytaj]
W kinie
Marta Mizuro
Kiedy ukazała się Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną, Dorota Masłowska musiała włożyć wiele energii w to, by udowodnić dziennikarzom, że nie ma nic wspólnego z Silnym. Zrealizowany na podstawie książki film Xawerego Żuławskiego sprowokował mnie jednak do tego, żeby wrócić do spekulacji sprzed lat. Masłowską łączy Silnym to, że jest bardzo s i l n ą osobowością; operującą głosem, jakiego nie sposób zagłuszyć w translacji na inne środki wyrazu. I trzeba Żuławskiemu przyznać: nie tylko nie próbował tego robić, ale dodatkowo siłę tę zaakcentował, angażując autorkę do swojego filmu i każąc jej występować częściej niż sama to sobie nakazała w książce.   [Czytaj]
UKRYTA SIŁA POTENCJALNYCH KOALICJI
Klaus Bachmann







Media lubią rozliczać posłów za ich działalność w parlamentach, więc poseł, który chce, aby go ponownie gdzieś wybrano, musi prezentować się nie tylko jako przyjaciel ludu, ale i jako nadzwyczaj skuteczny obrońca interesów wyborców. Aby tego dokonać, musi mieć szerokie horyzonty, kontakty, umiejętność zjednywania sobie innych, a jednocześnie mieć jasne, wyraziste oblicze. Musi uchodzić za zdecydowanego, który potrafi „stanowczo protestować”, „dawać odpór” i walczyć do ostatniej kropli krwi. Musi być stanowczy i elastyczny, zdolny do kompromisu i nieugięty, musi potrafić udobruchać i lud, i salony, mówić językiem plebsu i władać obcymi językami. Powinien być tak jak my, wyborcy, zwykły, ale przecież niepospolity. Musi być supermanem, ale nie powinien za takiego uchodzić.   [Czytaj]
Polska – kraj ludzi szczęśliwych?
Krzysztof Uściński


Rodzina, ród, klan, plemię, narodowość, naród, rasa... Grupa, wspólnota, sekta, kasta, warstwa, klasa... Tutejsi, swoi, nasi i obcy... Wierni i ateiści... Partyjni i bez... Wsiowi i miastowi... Zacofani i postępowi... Starzy i młodzi... My i oni...
Homo sapiens – dawno już rozmnożony ponad jakąkolwiek potrzebę – ułatwia sobie refleksję o świecie społecznym, mnożąc mniej lub bardziej sensowne określenia, łączące „braci w rozumie” w przeróżne kategorie   [Czytaj]
Z miasta, w którym cię kocham
Li-Young Lee


Ranek przychodzi do tego miasta pustką po tobie.
Kartki i okna błyszczą, a ciebie tam nie ma.
Ktoś zamiata swój kawałek chodnika,
Budzi pijaka, ciśniętego jak pranie,
a ty odeszłaś.

  [Czytaj]
Casting na bohaterów
Marcin Adamczak




Naprawdę krótki film o miłości, zabijaniu i jeszcze jednym przykazaniu – tak brzmi tytuł debiutanckiego filmu Rafała Wieczyńskiego z 1991 roku, będącego parodią Dekalogu Kieślowskiego i Piesiewicza. Po tym filmie zadziorny debiutant na ponad dziesięć lat znika, by ponownie wyłonić się na początku XXI wieku jako autor dwóch skromnych filmów dokumentalnych (o prymasie Wyszyńskim oraz o księdzu Popiełuszce), a następnie wysokobudżetowej, jak na polskie warunki, „superprodukcji” o zamordowanym w 1984 roku kapłanie. Ewolucja taka jest pewnym zaskoczeniem.   [Czytaj]
Nałóg korespondencji
Krystyna Czerni



W epoce poczty elektronicznej, pospiesznych telefonów i SMS-ów – coraz chętniej sięgamy po kolejne edycje listów. Korespondencja znanych postaci kultury bywa wspaniałym zwierciadłem epoki, świadectwem przemian świadomości i idei, nierzadko źródłem cennych, nieznanych informacji. Wydawane listy mają różny charakter. Mniej lub bardziej oficjalne, banalne, niedyskretne – odsłaniają kulisy i sekrety wielu wydarzeń. Ich lektura budzi nierzadko poczucie „wtajemniczenia”, dopuszczenia do konfidencji. Spośród wydanych w ostatnich latach korespondencji najciekawsze są listy pisarzy emigracyjnych, pasjonujące – bo pozbawione knebla cenzury. Imponująca, czytelnikowska edycja „Archiwum Kultury”: kolejne tomy listów Jerzego Giedroycia do Stempowskiego, Jeleńskiego, Gombrowicza, Wańkowicza czy Miłosza. Niezwykłe, reporterskie listy Andrzeja Bobkowskiego.   [Czytaj]
JESTEŚMY BOHATERAMI, BO MIELIŚMY SZCZĘŚCIE
z Władysławem Frasyniukiem, jednym z legendarnych przywódców podziemnej Solidarności, o Okrągłym Stole, Magdalence, podrzynaniu gardeł, socjotechnice, kompleksach i budowaniu mostów rozmawia Stanisław Lejda

Od obrad Okrągłego Stołu upłynęło 20 lat, a mimo to Polacy nadal są podzieleni w jego ocenie…
– Polaków zawsze różnił stosunek do najnowszej historii. Ale krytyka Okrągłego Stołu wynika głównie z kompleksów niektórych ludzi. Biorą się one z ich nieobecności w czasach, które były bardzo ważne z punktu widzenia zmian, jakie się dokonywały w tej części świata, przede wszystkim w Polsce. Z opracowań Instytutu Pamięci Narodowej wynika, że około 5-7 procent obywateli po 13 grudnia 1981 roku miało odwagę funkcjonować w strukturach podziemnych i sprzeciwiać się systemowi totalitarnemu. I dzisiaj ta garstka ludzi jest czymś w rodzaju wyrzutu sumienia dla innych. Kiedy czytam sondaże opinii publicznej i wypowiedzi polityków przy okazji okrągłych rocznic – np. 25-lecia Solidarności czy, teraz, 20-lecia obrad Okrągłego Stołu – mam wrażenie, że 95 proc. społeczeństwa ma pretensje do tej pięcioprocentowej grupki. O co? Mówiąc szczerze – nie wiem. Wiem tylko, że jesteśmy głupio, niemądrze podzieleni.   [Czytaj]
ROCZNICE 2009: polski ból głowy
Krzysztof Ruchniewicz







Rok 2009 zapisze się na mapie pamięci historycznej Polski i Europy w sposób szczególny. Będziemy mieć okazję do czczenia dwóch ważnych dat, które – każda w inny sposób – zaważyły na dziejach naszego kraju i całego kontynentu. Są to cezury, między którymi rozpina się pewna epoka dziejów.
Pierwsza data to dzień wybuchu II wojny światowej, 1 września 1939. Druga – rozciągnięta w czasie – jesień roku 1989, początek zmian, które zmieniły pojałtański podział Europy.

  [Czytaj]
DEMIURGICZNA UZURPACJA?
Z ks. dr. hab. Franciszkiem Longchamps de Bérier o prawach człowieka, etyce i biomedycynie rozmawia Magdalena Bajer



Uczestnicząc w spotkaniach poświęconych zagadnieniom bioetycznym, zwłaszcza kwestii zapłodnienia in vitro, przekonałam się, że nawet ludzie zainteresowani mało wiedzą o istotnych przyczynach sporu, jaki się wokół tych zagadnień toczy. Wiedza społeczeństwa jest jeszcze mniejsza. Dlatego chciałabym zacząć naszą rozmowę od opisu sytuacji, z jaką mamy do czynienie dziś, kiedy nie ma żadnych regulacji prawnych w kwestiach bioetycznych, zatem praktyka jest dowolna.   [Czytaj]
Nocny klient
Janusz Styczeń



dziewczynka podnosi głowę znad kołdry,
nasłuchuje, co się dzieje w drugim pokoju,
chce być jak siedzący cień,
który wszystko usłyszy,
jej matka przyjmuje w drugim pokoju klienta,
dziewczynka słyszy, jak trzeszczy łóżko,
jakby łóżko było osobą, biorącą udział w zabawie,
i jakby coś mówiło zamiast kobiety i mężczyzny,
ale już słychać jęki matki i mężczyzny,
jakby matka i mężczyzna odpowiadali łóżku
takimi samymi słowami,
łóżko jest trzecią osobą, teraz nieruchome,
jakby się zamyśliło,   [Czytaj]
ERNESTO – ŻOŁNIERZ ZWYCIĘSTWA
Marcin Adamczak









W 1989 roku Steven Soderbergh trafia do konkursu głównego festiwalu w Cannes z towarzyszącej mu sekcji „Directors’ Fortnight”, gdyż na krótko przed rozpoczęciem imprezy z rywalizacji wycofano inny film amerykański, i zgarnia całą pulę, otrzymując w wieku 26 lat Złotą Palmę za Seks, kłamstwa i kasety wideo i zostając tym samym najmłodszym laureatem tej nagrody w historii. Krótko po tym jego agent chwali się, iż czuje się jak manager The Doors w 1967 roku, odbierając każdego miesiąca około pięciuset telefonów z prośbą o spotkanie z jego klientem, a pośród dzwoniących nie brakuje szefów wszystkich hollywoodzkich majors. Soderbergh mógł sobie wówczas pozwolić na nakręcenie takiego filmu, jaki tylko chciał, i jak sarkastycznie zauważył dwa lata później po premierze Kafki jeden z krytyków, niestety z niej skorzystał.
Obecnie historia zatoczyła koło i Soderbergh po oscarowych Traffic i Erin Brockovich oraz oszałamiającym sukcesie finansowym trylogii Ocean’s prawdopodobnie znów mógł sobie pozwolić na nakręcenie takiego filmu, jaki tylko zechciał, i ponownie niestety z niej skorzystał. O ile można sprzeczać się, czy złośliwość pod adresem filmu z 1991 była uzasadniona, o tyle kwestią mniej dyskusyjną pozostaje jej adekwatność do Che: Rewolucja – pierwszej części hagiograficznego fresku o życiu i walce Ernesto Guevary.   [Czytaj]
Zaklęty krąg
Marzena Gabryk
Przez lekko przydymioną, wypełnioną zapachem kadzidła salę średniowiecznego refektarza przechodzi się po dywanie rozciągniętym od wejścia i wiodącym przez teren gry aż do terenu obserwacji. Gdy na drugą stronę przedostanie się ostatni widz, dywan zostaje zwinięty. Nie ma już możliwości odwrotu ani ucieczki. Wiedźma (Anu Salonen), klęcząc na środku w smudze światła, pochylona nad ułożonymi w kształt litery „V” mieczami, obłąkańczym i wysokim, niemal dziecięcym głosem inicjuje zgromadzenie. Hipnotyczne dźwięki cytry (kayagum albo koto) wyzwalają przeczucie, że zaraz wydarzy się coś niezwykłego. Wszyscy aktorzy zasiadają w zaczarowanym półokręgu, który domyka rozmieszczona naprzeciw nich publiczność; by po wysłuchaniu relacji z pola bitwy wyśpiewać zaklęcia. Ich ciała zatopione w pieśni napinają się, prężą – muzyka dyryguje ruchami, zdaje się, że niczym Parki przędą oni jakieś niewidzialne nici przeznaczenia. Przepowiednia zostaje objawiona. Żądze ukryte na dnie serca – rozbudzone. To, co pomyślane, wypowiedziane, powoli zmienia się w rzeczywistość. A rzeczywistość niepostrzeżenie wymyka się spod kontroli i obraca w koszmar, z którego nie sposób się obudzić. Nie będzie też można już zasnąć.   [Czytaj]
Gubione paradoksy
Konrad Wojtyła
Krystyna Miłobędzka: Gubione, Wrocław 2008, Biuro Literackie, s. 55.< br>

Najlepiej nic nie mówić. Nie pisać. Zrezygnować
z nazywania i wymyślania słów. Wciąż ich brakuje. Nie sposób ich dopasować. Przecież język. Nie jest gotowym zbiorem. Nie wyznacza granic ani mojego, ani cudzego. Świata. Bywa, że jest. Pojawia się. Znika. Boli. Nie ogarnia. Cieszy. Tak jak przedmiot, który staje się dopiero wtedy, gdy słowo. Go potwierdzi. Jak się do tego zabrać? Jak do tego podejść? Jak nazwać to, co pozasłowne? Jak znaleźć język, który by koił wszelkie zmysły? Imiesłowem? Czynnym, biernym? Jak wyznaczyć granice, gdy już je dawno zniesiono? Jak odnaleźć to, co z premedytacją zostało opuszczone? Zagubiło, zatarło, starło? Się? Jest? Wnętrze. Zewnętrzne. Znudzone, znalezione, gubione? Jest. Ja? Stanowiące, urzekające, powracające? Cisza? Też. Nie. Tak. Jest. Jest?   [Czytaj]
EWA STACHNIAK, PISARKA KANADYJSKA I POLSKA
Florian Śmieja
Niezwyczajne powodzenie wydawnicze Ewy Stachniak w Polsce rodzi zrozumiałe pytania zdumionych obserwatorów. Autorka, urodzona we Wrocławiu, wyjechała na studia zagraniczne do Kanady i tam już osiadła. W Kanadzie wydrukowała pierwsze opowiadania w języku angielskim, a następnie debiutowała dobrze przyjętą powieścią częściowo autobiograficzną, po czym wydała powieść historyczną z Polską okresu rozbiorów w tle.
Pierwsza powieść, Konieczne kłamstwa, nagrodzona liczącą się kanadyjską nagrodą, traktuje o trudnym temacie Polki i Niemca, urodzonych we Wrocławiu w różnych środowiskach. Ich spotkanie i małżeństwo w Kanadzie daje okazję do opisania przejść obojga i opisu między innymi mało znanej i mało pamiętanej przez Polaków gehenny niemieckiej ludności uchodzącej przed nawałnicą Czerwonej Armii. W powieści jesteśmy świadkami już powojennej rozterki bohaterki, która rzuca męża i rezygnuje z ojczyzny, by na nowej ziemi szukać spełnienia. Uwierające Annę tradycje to w największym stopniu wynik komunistycznego zakłamania polskiej historii po wojnie. Anna wyjechała z kraju, w którym nie było wolno stawiać pytań, jakie ona chce stawiać.   [Czytaj]
Nam June Paik. Wystawa globalnego nomady we Wrocławiu
Anna Markowska
W I akcie opery Nam June Paika Sextronique, wystawionej w 1967 roku w nowojorskiej Cinénemathéque, Charlotte Moorman grała na wiolonczeli ubrana jedynie w bikini składające się z małych żarówek; w akcie II z kolei występowała ubrana w suknię wieczorową odsłaniającą piersi. Policja, najwyraźniej zainteresowana przedstawieniem, zdecydowała się wkroczyć dopiero w akcie II, udaremniając tym samym wystawienie aktu III, w którym naga od pasa w dół artystka nosić miała w górnej części strój do amerykańskiego futbolu (wraz z hełmem) i nie dopuszczając też do wystawienia części IV, gdy całkiem naga Moorman miała grać na bombie lotniczej. Charlotte Moorman i Nam June Paik znaleźli się wkrótce w więzieniu. Zgnębiony Paik, gdy siedział na komisariacie z zawieszonym na szyi numerem, przygotowany do zrobienia policyjnego zdjęcia, wykrzyknął słowa typowe dla artysty walczącego o swobodę wypowiedzi: Och, Charlotte, nigdy nie myślałem, że do tego dojdzie!   [Czytaj]
Mój dorobek świadczy o mnie
Z Alanem Parkerem rozmawiają Joanna Podolska i Anna Świerkocka


Czym kieruje się pan, wybierając scenariusze swoich kolejnych filmów?
– Staram się robić za każdym razem inny film i podejmować tematy, jakich nikt inny nie bierze na warsztat. Szukam scenariusza interesującego i w jakiś sposób wyjątkowego, który ma ciekawe, niezwykłe postaci, ale zwracam też uwagę na środowisko, w jakim toczy się jego akcja. Dobra kombinacja tych elementów sprawia, że powstaje film niepodobny do innych. Najistotniejsze jest jednak znalezienie historii, która może być ważna nie tylko dla mnie, ale także dla widzów. Już na samym początku realizacji filmu trzeba wiedzieć, co chce się powiedzieć publiczności. To, co jest dla mnie ważne, zmienia się oczywiście z roku na rok, bo i ja się zmieniam. Robię filmy od 40 lat, ale Alan Parker 35 czy 25 lat temu był jednak kimś zupełnie innym niż teraz. Dojrzałem, dorosłem, inaczej widzę świat. Wszystko, co przydarzyło mi się przez te lata, doświadczenia mojego życia, podejście do polityki, zainteresowania, stosunek do innych ludzi – odbija się w filmach, nad którymi aktualnie pracuję. Mój dorobek świadczy o mnie.   [Czytaj]
Więcej seksu, polityki i muzyki współczesnej
Monika Pasiecznik
W Polsce ciągle istnieją milionowe miasta, które nie mają obiektów świadczących o ich kulturowym prestiżu. Poznańscy filharmonicy nie mają własnej sali koncertowej, w Krakowie zaś przez całe stulecia nie było opery. 13 grudnia dokonano jednak otwarcia nowego gmachu Opery Krakowskiej i była to uroczystość tyleż miła, co rozczarowująca. Spory dotyczące projektu architektonicznego Romualda Loeglera narastały od dawna. Wątpliwości budzi już lokalizacja na rogu ulicy Lubicz i ronda Mogilskiego. Kiedy idzie się z centrum (z Rynku albo dworca), operę zachodzi się od tyłu. Fasada budynku, wciśniętego między stare kamienice i odwróconego bokiem do ulicy Lubicz, otwiera się na potężny węzeł komunikacyjny. Być może prestiżową inwestycję lepiej było zrealizować np. przy rondzie Grunwaldzkim vis-à-vis Wawelu i Skałki lub przy nabrzeżu Wisły na Zabłociu?   [Czytaj]
Dwa kolory Indii
Jacek Ratajczak
Aravind Adiga: Biały tygrys. Tłumaczenie Ludwik Stawowy. Prószyński i S-ka, Warszawa 2008, s. 256.





Biały tygrys imponuje stylem, który pozwala zachować autorowi doskonałą równowagę między atrakcyjnością kryminalnej intrygi, socjoekonomicznym wykładem szkicującym portret współczesnych Indii oraz uniwersalnym przesłaniem powieści. Trzeba więc powiedzieć, że tegoroczna Nagroda Bodkera trafiła w dobre ręce.   [Czytaj]
GDYBY UNIA SIĘ ROZPADŁA, POLSKA PIERWSZA POWINNA PRZYSTĄPIĆ DO JEJ ODBUDOWY



Stanisław Lejda: Od kiedy ludzie zaczęli się organizować w zwarte społeczności, ścierają się dwie tendencje. Raz bierze górę jedna – zmierzająca do stworzenia własnego państwa, innym razem druga – dążąca do opanowania jak największego obszaru lub sfederowania żyjących na nim ludzi. Współcześnie obserwujemy zjawiska podobne: jedne struktury, jak Jugosławia czy ZSRR, rozpadają się, inne, jak Unia Europejska, powstają. Panów zdaniem – te procesy nadal będą przebiegać równolegle?   [Czytaj]
Sen o złotówce
Robert Kaczmarek
Na losy polskiego złotego wpłynęła odwieczna skłonność jej strażników do ideologizowania narodowej monety i przekonywania społeczeństwa, że silna złotówka jest symbolem gospodarczej krzepy. W efekcie oceniając stan gospodarki i własne samopoczucie, polska opinia przypisywała nadzwyczajne znaczenie właśnie sile wymiennej złotówki.
  [Czytaj]
Przetaczanie krwi
Andriej Bazylewski







1



dzień zaczyna się w nocy
– przychodzi jutro
to co wczoraj mówiono o tym
co będzie dziś


gdzie nasze dni
o czym te słowa
– w życiu w którym nie było jutra
nie będzie wczoraj

  [Czytaj]
ZAPROSZENIE
WROCłAWSKIE STUDIUM LITERACKIE
JACEK BIERUT: poeta, prozaik, krytyk literacki. Wydał tom wierszy „Igła” (2002), za który otrzymał nagrodę im. Kazimiery Iłłakowiczówny i wrocławskiego oddziału SPP oraz powieść „PiT” (2007), uhonorowaną Nagrodą Fundacji Kultury. O jego najnowszej książce, „Fizyce”, Jacek Łukaszewicz pisze: „Tom to, jak sądzę, wyrazistszy, mocniejszy od debiutanckiej »Igły«, łączący się wyraźnie poprzez wizję świata z prozą pisarza”. Jacek Bierut mieszczka we Wrocławiu.


JACEK PODSIADŁO: poeta, prozaik, felietonista, dziennikarz. Od 1991 związany był z „bruLionem”, wówczas najgłośniejszym czasopismem literackim tzw. „roczników sześćdziesiątych”. W Polskim Radiu w Opolu od 1993 roku prowadzi audycję „Studnia”. Dwa tomy jego felietonów, „Pippi, dziwne dziecko” i „A mój syn…”, które ukazały się w roku 2006, stanowią wynik stałej współpracy z „Tygodnikiem Powszechnym”. Podsiadło wydał przeszło dwadzieścia książek poetyckich, w tym najbardziej znaną „Arytmię”, „Języki ognia”, „Niczyje, boskie”, „Wychwyt Grahama”, wybór „I ja pobiegłem w tę mgłę”. Jego najnowszy tom nosi tytuł „Kra”. Autor równolegle z poezją uprawiał twórczość prozatorską. Prozą wydał „Cisówkę. Wiersze. Opowiadania” oraz cieszącą się sporym zainteresowaniem powieść „Życie, a zwłaszcza śmierć Angeliki de Sancé”. Jest laureatem wielu nagród poetyckich, w tym nagrody im. Georga Trakla, im. Kościelskich i nagrody Czesława Miłosza.


  [Czytaj]
Z Martigny
Beata Zakęs
Hans Erni – 100 lat!



W roku 1989 szwajcarska fundacja Gianadda prezentowała najnowsze dzieła 80-letniego wówczas artysty plastyka Hansa Erniego. Leonard Gianadda, założyciel muzeum w Martigny, a zarazem długoletni przyjaciel czcigodnego jubilata, ponowił z humorem zaproszenie: „Przyjedź do nas za dziesięć lat, zorganizujemy Ci retrospektywę na dziewięćdziesiąte urodziny!’’. I tak też się stało! Ale to nie koniec ; w lutym bieżącego roku Hans Erni stanie się stulatkiem, co w żadnym stopniu nie osłabiło jego artystycznego zapału ani jego energii! Wprost przeciwnie: jego małżonka Doris, która zna i rozumie artystę lepiej niż ktokolwiek inny, komentuje z pobłażaniem: „To jego siła witalna... Nigdy się nie zatrzyma, bo gdyby przestał, to oznaczałoby dla niego koniec. To jego całe życie’’.   [Czytaj]
Kochany socu, wróć?
Tomasz Mościcki



Solidarnościowy karnawał 1981 roku pozostawił po sobie kilka anegdot. Jedna z nich opowiada o przedstawieniu, które... nie powstało. W Teatrze Dramatycznym, kierowanym wówczas jeszcze przez Gustawa Holoubka, ktoś wpadł na pomysł wystawienia Brygady szlifierza Karhana. Zebrano się ponoć nawet w celu odbycia pierwszych czytanych prób. I na nich sprawa się skończyła. Lektura tekstu przyprawiała wykonawców o ataki niedającego się opanować śmiechu. Pomysł zarzucono.

  [Czytaj]
KRYZYS POMÓGŁ OBAMIE
Z prof. Andrzejem W. Jabłońskim, politologiem z Uniwersytetu Wrocławskiego, o rozmawia Stanisław Lejda
Po wyborze Baracka Obamy pojawiły się opinie, że jego prezydentura zapoczątkuje nową epokę w historii Stanów Zjednoczonych. Niektórzy komentatorzy mówią nawet o przełomie porównywalnym do tego, jakim dla Kościoła katolickiego był wybór Karola Wojtyły na papieża. Czy rzeczywiście sytuacja w USA aż tak się zmieni?
– Zmieni się, ale tylko do pewnego stopnia. Z historii wiadomo, że każda rewolucja zmienia rzeczywistość nie więcej niż 10 procent. A to nie była żadna rewolucja. Zmieniła się tylko społeczna mentalność. Jeszcze podczas poprzednich wyborów trudno byłoby przewidzieć, że już za cztery lata lokatorem Białego Domu może zostać czarnoskóry obywatel.   [Czytaj]
CO NAM DA AMERYKA?
Andrzej Jonas


Zwycięstwo Baracka Obamy zostało przyjęte w Polsce pozytywnie, żeby nie powiedzieć entuzjastycznie. Nie było to odwzajemnienie uczuć, bo demokratyczny kandydat nie deklarował się z uczuciami dla Polski lub Polaków. Nie była to też reakcja interesowna, bo niewiele przed wyborami mówiono, co Barack Obama mógłby zrobić dla nas, czego nie zrobiłby John McCain.


Albo poddaliśmy się nastrojowi innych Europejczyków, w większości popierających Obamę, albo uwierzyliśmy, że Ameryka Obamy ma większą szansę na odegranie oczekiwanej przez nas roli, i międzynarodowej, i wobec Polski. Ta nadzieja na pożytki z Obamy jest też częściowo spadkiem po dawnej miłości do Stanów Zjednoczonych, dziś już jednak znacznie mniejszej niż jeszcze niedawno.

  [Czytaj]
O Zbigniewie Herbercie inaczej
Stanisław Stabro







W tekście opublikowanym w 2005 roku pt. Paradoksy Herberta Aleksander Fiut pisał, że biografia pisarza, podobnie jak i jego twórczość, kryje w sobie liczne tajemnice, zagadki i sprawy trudne do zrozumienia. Już wtedy badacz postrzegał ówczesny wizerunek Herberta jako portret artysty w nieustannym ruchu. Dzisiaj, kiedy recepcja Herberta nie tylko w gronie literaturoznawców, ale i w szerszym odbiorze zmienia się powoli w medialny szum, często w kontekście bogoojczyźnianego dyskursu, problem zasygnalizowany przez Aleksandra Fiuta staje się tym bardziej ważny i aktualny.

  [Czytaj]
wiersze
Janina Katz


Przeprowadzka


Przeprowadzam się
z mojego ciała
do innego ciała


Szerokim łukiem okrążam
moja uporczywie
nieśmiertelną duszę.



  [Czytaj]
PODZIELONA PUBLICZNOŚĆ
Grzegorz Filip





Dawno nie słyszałam tak żałosnego kiczu, a przecież pamiętam czasy, kiedy ten gruziński kompozytor wstrząsał nas swoimi symfoniami, będącymi jednym wielkim krzykiem o wolność z kraju o bogatej, ale postponowanej tradycji – napisała w swoim blogu Dorota Szwarcman, gdy na Warszawskiej Jesieni ’07 wygwizdano utwór Kanczelego. Podczas wykonania utworu Gii Kanczelego Kapote doszło do prawdziwego skandalu – publiczność nie wytrzymała nerwowo nędznej i kiczowatej kompozycji. Zaczęło się od tłumienia ataków śmiechu przy każdej frazie opartej na triadzie harmonicznej. W miarę upływu czasu śmiała się już zdecydowana większość słuchaczy. Później próbowano przerwać wykonanie brawami, co wywołało oburzenie pewnej pani, która postanowiła uciszyć salę, by orkiestra mogła dokończyć utwór. Skończyło się na wybuczeniu, wygwizdaniu i ogólnym „linczu”. Dlaczego doszło do wykonania utworu o tytule Kapote? Przecież w żadnym stopniu nie pasował do tego festiwalu. Na to pytanie odpowiedź zna chyba tylko rada programowa. Oby taka sytuacja już nigdy się nie powtórzyła – trudno powstrzymać się od śmiechu wobec tak silnego bodźca, jakim była ta potworna muzyka – pisała w internetowym magazynie muzycznym ,,Sounda” Marta Szymańska.   [Czytaj]
Zemsta wiersza na stereotypach teatru
Piotr Michałowski



Anna Augustynowicz przyzwyczaiła nas do swej metody teatralnej, której nie można jednak sprowadzić do najbardziej narzucającej się ascezy scenograficznej w stylu art techne – dekoracji budowanej z rur, podestów, pomostów, ram, stelaży, drabin i schodów – co zresztą wydaje się tendencją nienową i nadużywaną na scenach, często nie znajdując głębszej motywacji, i wynika tyleż z potrzeby uwodzenia „nowoczesnością”, co z oszczędności budżetowych. W przedstawieniach Augustynowicz, zarówno tych tworzonych u siebie, w szczecińskim Teatrze Współczesnym, jak i poza jego trzema scenami, nie można mówić o uleganiu tej wyjałowiającej modzie, gdyż „techniczna” scenografia zostaje podporządkowana dość czytelnym założeniom inscenizacyjnym i przynajmniej w pewnym stopniu sfunkcjonalizowana w akcji. Tak było wcześniej między innymi w przedstawieniach Męża i żony, Moralności pani Dulskiej czy Oskarze i pani Róży, a więc tekstów reprezentujących różne epoki i konwencje literackie. I podobnie dzieje się w najnowszej Zemście.
Trzypiętrowe rusztowania uzasadnione są akcją, i choć z nich zostały zbudowane również dwa szkielety symetrycznych wież nieistniejącego zamku, w których pojawią się antagoniści, kierują uwagę na motyw centralny budowlanego sporu: mur graniczny, którego oczywiście fizycznie nie ma na scenie. Konsekwentnie zgromadzono elementy wyposażenia placu budowy: ustawiono srebrne blaszane beczki i srebrną betoniarkę, uruchamianą w scenach kulminacji konfliktu i wydzielającą wtedy żółtawy dym.   [Czytaj]
1+1=2
Mirosław Ratajczak
Od trzydziestu lat, każdego dwudziestego dnia grudnia, tuż przed godziną czternastą na ulicę Stare Jatki we Wrocławiu przychodzi w skromnej asyście przyjaciół Eugeniusz Get Stankiewicz, by o 14:00 dokonać odsłonięcia Marmurowej Tablicy ku Czci Prostych Działań, zaprojektowanej przez niego i wmurowanej w załomek południowej ściany uliczki w roku 1978, naprzeciw pomieszczeń (dziś już nieistniejącej) związkowej Galerii „X”, kierowanej przez Zbigniewa Makarewicza, która patronowała całemu przedsięwzięciu. Uroczysty charakter rocznicowego odsłonięcia zawsze akcentowany jest wygłoszeniem krótkiego przemówienia odczytywanego przez Autora z kartki. Na Tablicy… zapisane zostało w brązie działanie: 1+1=2   [Czytaj]
10 prosiaków schizofrenii
Paweł Mackiewicz
Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki: Piosenka o zależnościach i uzależnieniach. Biuro Literackie, Wrocław 2008, s. 54 + 6.




Po co pisze się wiersze? (Po co piszą się wiersze?). Raczej nie po to, by autor mógł zostawić po sobie testament, świadomie i racjonalnie skonstruowany komunikat dla potomnych czy choćby nawet współczesnych: oto bowiem musisz się z tym pogodzić że księgozbiory / nie są nam już niezbędne musisz i to udźwignąć (XIV. [musisz się z tym pogodzić…]). Nie po to także, by do życia powołana została nowa postać – bohater książki lub twórczości, struktura naśladująca faktycznie istniejącego człowieka, wyposażona w jego właściwości, obdarzona świadomością minionych (rzeczywistych) zdarzeń i doświadczeń żyjącej osoby; jeśli osobą tą miałby być autor – wierszy nie należałoby odczytywać jako próby autodiagnozy, jako zabiegu ułatwiającego przeprowadzenie wiwisekcji na własnej osobowości:   [Czytaj]
Stockhausen w Darmstadcie
Szymon Drabczyk



W sierpniu 2008 Karlheinz Stockhausen skończyłby 80 lat. Niestety, nie doczekał tych okrągłych urodzin; jeden z największych kompozytorów współczesnych zmarł 5 grudnia 2007. O jego dorobku pisał w nr 3 /2008 ,,Odry” Krzysztof Kwiatkowski (Red.: wkrótce życiu i twórczości Stockhausena „Odra” poświęci duży szkic).   [Czytaj]
MALOWANIE NIE RĘKĄ LUDZKĄ
Joanna Roszak



Dla Jerzego Nowosielskiego, od lat zafascynowanego ikoną ruską, malowanie wiąże się z prywatną teologią. Nawet jego „świeckie” obrazy są sakralne. Mówi on, że ikona spada z nieba. A jeśli nie jest dana z góry, w ogóle nie powstanie. To okno prowadzące ku światu duchowemu, obraz nie ludzką ręką malowany. Niektórzy twórcy porównują ikonę w sali wystawowej do zasuszonej rośliny w zielniku, podkreślają potrzebę jej związku z liturgią. Dobra ikona przemówi jednak w każdym miejscu, wystarczy patrzeć na nią w sposób duchowy. Wystawa – opowieść o drodze ikony od Kijowa, przez Ukrainę, do Polski – zapoznaje z dwunastoma tematami ikonograficznymi i ich przemianami (m.in. ostatnia wieczerza, ukrzyżowanie, zejście do otchłani, przemienienie na górze Tabor, chrzest w Jordanie, Święty Mikołaj, Archanioł Michał).   [Czytaj]
Miasto wysyłane pocztą
Mariusz Urbanek
Kolekcja „wrocławskich” kart pocztowych Muzeum Narodowego we Wrocławiu w chwili przygotowywania katalogu Ikonografia Wrocławia. Pocztówki liczyła 789 egzemplarzy. Można łatwo wyobrazić sobie zbiór, nawet prywatny, znacznie bogatszy i być może nawet – cenniejszy. Nawet mimo tego, że – co przyznaje we wstępie do katalogu Zofia Bandurska – podstawą kolekcji są pocztówki zgromadzone jeszcze przez bibliotekę Śląskiego Muzeum Przemysłu Artystycznego i Starożytności, a przejęte przez MN po wojnie. Ale też prawdziwy kolekcjoner realizuje swą pasję nie w wyścigu na krótszym, czy dłuższym dystansie, lecz stara się uczynić swój zbiór przede wszystkim oryginalnym.
Katalog podsumowuje zasoby Muzeum Narodowego niejako in statu nascendi. Kolekcjonerska pasja ogarnia coraz szersze kręgi (wrocławskie pocztówki z własnych zbiorów pokazuje właśnie Muzeum Poczty), pojawiają się kolejne wydawnictwa, więc pewnie i Narodowe nie przestanie rozbudowywać kolekcji. Karty pocztowe to zresztą – jak pokazuje katalog – wyjątkowo wdzięczny przedmiot kolekcjonerski. Spełniając w istocie dość banalną funkcję przekazywania informacji – i to nie najważniejszych, bo te rezerwowano dla listów – zmieniły się w prawdziwe dzieła sztuki. Dlatego najcenniejsze pozostają nie klasyczne widokówki z kolorowymi fotografiami, ale pocztówki, na których, mimo milionowego nakładu, widać rys artystycznej indywidualności: rysowane, z elementami graficznymi i przetworzonymi malarsko widokami miasta. Mijający czas dodał im jeszcze patyny.   [Czytaj]
Seks w niewielkim mieście
Magdalena Wołowicz
Sławomir Shuty: Ruchy. W.A.B. Warszawa 2008, s. 264.




W roku 2004 Sławomir Shuty wydał powieść Zwał, opisującą losy młodego pracownika w dziale obsługi klienta wielkiego banku i wymierzoną w samo centrum konsumpcyjnego, rządzonego przez drapieżne korporacje świata. Krytyka obdarzyła go dumnym mianem Papieża Antykonsumpcjonizmu i obwołała jednym z najbardziej obiecujących prozaików wśród roczników siedemdziesiątych. Wyrazem najwyższego uznania był Paszport Polityki.   [Czytaj]
Z Londynu
Piotr Kosiewski
W londyńskiej National Gallery można było oglądać fascynującą wystawę Twarze Renesansu. Zgromadzono na niej dzieła najwybitniejszych twórców tej epoki od van Eycka, Memlinga i Botticellego po Rafaela, Dürera i Tycjana. Wcześniej, w nieco odmiennej formie, pokazywano ją w madryckim Prado.   [Czytaj]
Z Berlina
Mateusz Hartwich
Nie jest to wystawa tylko o Berlinie. Nie jest to wystawa tylko o Polakach czy o stosunkach polsko-niemieckich. Jest to wystawa o historii i jej pamiętaniu. O Polakach w Berlinie i o Berlinie w Polakach – tak zapowiadali wystawę zatytułowaną My berlińczycy! Wir Berliner! Historia polsko-niemieckiego sąsiedztwa jej twórcy. Jest to nie tylko ekspozycja, lecz także swoista wizja – propozycja tożsamościowa dla Berlina i polskich berlińczyków; próba ujęcia pewnego rozdziału historii polsko-niemieckiego sąsiedztwa w narrację inną niż ta, z jaką można się spotkać w wielu mediach lub w świecie polityki. Na ile próba to udana, pokaże w końcu frekwencja, która w pierwszych dniach po inauguracji wystawy zdawała się przemawiać na jej korzyść, oraz odbiór publiczny w Niemczech i Polsce. W każdym razie wystawie towarzyszy zainteresowanie mediów, spowodowane w dużym stopniu właśnie zawirowaniami politycznym, jakie miały miejsce w ostatnim czasie   [Czytaj]
WROCŁAWSKIE STUDIUM LITERACKIE
zaproszenie
Edward Pasewicz: Poeta, kompozytor, prozaik. Laureat VIII Konkursu im. Jacka Bierezina (2001) za Dolną Wildę. Jego Nauki dla żebraków (arkusz dołączony do pisma „Topos” w 2003), Wiersze dla Róży Filipowicz (2004) to tradycyjnie wydane tomy wierszy. Podobnie jest z najnowszą książką Pasewicza „Drobne, drobne”. Tymczasem w pięknie wydanym poemacie th (2005) i cyklu Henry Berryman. Pięśni (2006) teksty poetyckie łączą się z grafikami i zapisem nutowym. Za ten ostatni autor został w 2007 nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia. Jego wiersze były tłumaczone m.in. na niemiecki, angielski, słoweński, serbski, bułgarski, czeski, hiszpański, włoski. Pasewicz pozostaje także autorem powieści Śmierć w darkroomie (EMG, 2007), wpisującej się w tradycje kryminału. Jest buddystą, uczniem Olego Nydahla. Mieszka w Poznaniu.   [Czytaj]
Komunikat o Nagrodzie Odry za rok 2008

Rada Redakcyjna i redakcja miesięcznika ODRA postanowiły przyznać swoją doroczną nagrodę JANINIE KATZ, autorce napisanej w języku duńskim powieści „Pucka” (przekład Bogusława Sochańska) i zbioru wierszy „Pisane po polsku”, za umiejętność ukazania bez autocenzury i z dystansem zarówno własnego losu, jak i drażliwych wątków polskiej historii do roku 1968.


  [Czytaj]
Komunikat o Nagrodzie Odry za rok 2008
Rada Redakcyjna i redakcja miesięcznika ODRA postanowiły przyznać swoją doroczną nagrodę JANINIE KATZ, autorce napisanej w języku duńskim powieści „Pucka” (przekład Bogusława Sochańska) i zbioru wierszy „Pisane po polsku”, za umiejętność ukazania bez autocenzury i z dystansem zarówno własnego losu, jak i drażliwych wątków polskiej historii do roku 1968.


  [Czytaj]
Janina Katz: trójkąt wpisany w koło
Michał Jagiełło

Uhonorowana prestiżową nagrodą miesięcznika „Odra” powieść Janiny Katz Pucka (przekład z duńskiego: Bogusława Sochańska, Warszawa 2008) została dobrze przyjęta przez krytykę i znalazła swoich licznych czytelników. Pisała z atencją o tej prozie Marta Wyka w renomowanych „Nowych Książkach”, dobrze wypowiedziała się o powieści Kazimiera Szczuka w opiniotwórczych „Wysokich Obcasach”, rzetelnie omówił ją Mieczysław Orski w „Kwartalniku Artystycznym”.

  [Czytaj]
Gigantyczny, tragiczny żart historii
Mieczysław Orski


Powieść tę napisała po duńsku emigrantka, zmuszona, jak wielu innych jej współczesnych, często rozpoczynających w Polsce lat sześćdziesiątych karierę pisarzy, artystów, badaczy, do opuszczenia Polski z wyroku niechlubnego peerelowskiego Marca 68.

  [Czytaj]
Abram
Janina Katz
Fragment powieści


Spotkałam Abrama i Manię w pewnym hotelu w Izraelu, gdzie mieszkali też inni nieśmiertelni. Oprócz zawsze bardzo eleganckich strojów i nienagannej francuszczyzny (ale mówili też całkiem dobrze po polsku) od razu zwróciło moją uwagę to, że gdy byli razem, uśmiechali się w taki sam sposób, szybko gasnącym ćwierćuśmiechem. Jak gdyby ludziom ich rasy i klasy – starym Żydom, którzy przeżyl   [Czytaj]
Władcy masowej wyobraźni
Piotr Gajdziński

W pogrzebie księżnej Diany w 1997 roku wzięło udział 6 milionów osób, a uroczystości transmitowało sześćdziesiąt stacji telewizyjnych, których sprawozdawcy mówili w 44 językach. Pogrzeb i późniejsze wydarzenia – choćby tłumy przed ambasadami Wielkiej Brytanii, gdzie wyłożono księgi kondolencyjne – pokazały siłę, którą dysponują gwiazdy światowej popkultury, prawdziwi władcy masowej wyobraźni.

  [Czytaj]
Rozmowa z Włodzimierzem Majakowskim
Ron Padgett
Ron Padgett to jeden z najważniejszych współczesnych poetów amerykańskich, autor kilkunastu tomów wierszy, laureat wielu nagród. Urodził się w 1942 roku w Tulsie, w stanie Oklahoma. Na początku lat sześćdziesiątych zamieszkał w Nowym Jorku, gdzie stał się ważną postacią w świecie awangardowych artystów. Portretował go Andy Warhol. Później przebywał dłuższy czas w Paryżu jako stypendysta Fulbrighta, zajmując się tłumaczeniem literatury francuskiej. Owocem tej pracy były tomy przekładów dzieł zebranych Appolinaire’a i Cendrarsa oraz wyboru rozmów z Duchampem. Padgett jest także autorem podręczników do nauczania literatury przeznaczonych dla dzieci.
Zalicza się go często do drugiego pokolenia tzw. „szkoły nowojorskiej”, choć w przypadku jego poezji wszelkie próby klasyfikacji okazują się zwodnicze. Motywem przewodnim jego poezji jest sam proces pisania, który Padgett stara się uchwycić w całej jego złożoności. Jak zaczyna się wiersz? Dokąd zmierza? Co go napędza? W jaki sposób wchodzi w interakcję z innymi, napisanymi już wierszami? Te pytania mają dla poety podstawowe znaczenie i właśnie im poświęca wiele ze swoich utworów.
Paweł Marcinkiewicz





  [Czytaj]
Widziałem najlepszych hipisów mego pokolenia
Jacek Dobrowolski



I saw the best minds of my generation…
Howl,
Allen Ginsberg


Książka Kamila Sipowicza Hipisi w PRL-u (wyd. Baobab 2008) jest pierwszą próbą monografii ruchu hipisowskiego w Polsce. Autor – świetny poeta, a także filozof, plastyk, producent muzyczny i celebryta błyszczący od wielu lat u boku rock-gwiazdy Kory – nie tylko opisał i zdokumentował to zjawisko w kontekście siermiężnego PRL-u oraz panującej w nim socjalistyczno-katolickiej obyczajowości, ale również pokusił się o opisanie kontrkultury sympatyzującej z hipisami, czyli cyganerii artystycznej kontestującej socjalizm. Książka ta obudziła we mnie masę wspomnień i dlatego to, co piszę, nie jest tylko recenzją, lecz również osobistą refleksją.

  [Czytaj]
W stronę muru
Sebastian Cichoń
  [Czytaj]
Lalki, marionetki i manekiny
Rafał Węgrzyniak




Sceniczna adaptacja Lalki Bolesława Prusa, przygotowana w Teatrze Polskim we Wrocławiu przez Wiktora Rubina z pomocą dramaturga Jolanty Janiczak, jest pełna antynomii. Choć wymaga ona od widzów znajomości fabuły powieści, której pewne wątki i motywy zaledwie przywołuje, a inne trawestuje bądź wyszydza ustami postaci, jak Pamiętnik starego subiekta czy rozgrywający się w pociągu epizod, w którym Wokulski podsłuchuje rozmowę o nim Łęckiej i Sitarskiego, to utwór Prusa został jednak zdekonstruowany i dopełniony dygresjami intertekstualnymi.Dla przykładu: w trakcie licytacji kamienicy Łęckich Szlangbaum wygłasza relacje z Zagłady Żydów zaczerpnięte ze Strachu Jana Tomasza Grossa. Jedna z chłopek skarży się na swą niedolę, recytując monolog Sowy z II części Dziadów Adama Mickiewicza, Łęcka zaś głosi apologię arystokracji słowami Księżnej Iriny z Szewców Witkacego.   [Czytaj]
Pasja Randy’ego „The Ram” Robinsona
Marcin Adamczak


W znanym filmie braci Coen z 1991 roku Barton Fink otrzymuje zlecenie napisania scenariusza filmu o zapasach, z którym ma, jak pamiętamy, niemałe kłopoty. Z opresji próbuje wybawić go bardziej doświadczona scenarzystka, wyjawiając mu tajniki gatunku: Na ogół są to proste historie z morałem. Występuje dobry i zły zapaśnik. W końcu dochodzi do pojedynku. A po drodze ten dobry zakochuje się albo bierze pod opiekę dziecko. U Billa dobry zapaśnik to zwykle człowiek z lasu albo były skazaniec. Czasami zamiast sieroty dobry zapaśnik bierze pod opiekę stukniętego. Producenci tego nie znoszą (…) Nie musisz aż tak się wczuwać. Wystarczy wymyślić nazwiska i zmienić realia. Barton kończy scenariusz, który spotyka się jednak z miażdżącą krytyką producenta, prezentującego pogłębione rozumienie reguł tego dość egzotycznego w Polsce gatunku i perorującego: Przede wszystkim to film o zapasach. Widzowie chcą oglądać akcję, przygodę i dużo scen zapasów. A nie faceta, który zmaga się z własną duszą. Może trochę – dla krytyków. Ale ty zrobiłeś z tego główny temat. Wszyscy wyszliby z kina! I nic dziwnego.   [Czytaj]
Stawiam na Jacka Bieruta
Karol Maliszewski
Dla mnie to jest pisarz ważny. W końcu wszystko, co się wydarza, uzależnione jest od tego, komu się wydarza. I jaki szumek potrafi wokół tego zrobić. Bierut trafił mi się, przydarzył i rozprzestrzenia dalej, pączkują jego szuflady, zeszyty. Zjawisko Bierut. A szumek, o którym mówię, jest raczej mój własny niż pospólny, raczej radosny niż podniosły. To poczucie powinowactwa, odnalezienia. Po to żyje się i pisze, by współuczestniczyć, by widzieć zamglone zarysy ludzko-pisarskiej wspólnoty. I to poczucie wspólnoty wytycza jakiś ciąg dalszy, projektuje perspektywę, rozszerza wyobraźnię, zatacza krąg.   [Czytaj]
TO, CO RDZENNE
Magdalena Bajer



W lutym wręczono po raz dziesiąty nagrodę im. Aleksandra Gieysztora – przyznawaną od czasu śmierci patrona w roku 1999 – historykowi sztuki Janowi Ostrowskiemu. Zarówno jego osoba, jak i instytucja fundująca nagrodę (w wysokości 50 tys. zł) zasługują na szczególną uwagę oraz uznanie. Instytucją-mecenasem jest Fundacja Kronenberga City Handlowy, wyróżniająca osoby, placówki, organizacje za działalność muzealną, konserwatorską, archiwalną, biblioteczną, za utrwalanie i ochronę polskiego dziedzictwa kulturowego za granicą, za przedsięwzięcia samorządowe służące ochronie dziedzictwa kulturowego, wreszcie za indywidualne oraz zbiorowe inicjatywy mające na celu gromadzenie oraz ochronę śladów i pamiątek dziedzictwa kulturowego, upowszechnianie wiedzy o potrzebie i metodach ochrony dziedzictwa kulturowego w Polsce.   [Czytaj]
Czy świat zbankrutuje
Robert Kaczmarek




Od początku roku 2008 światowe giełdy straciły połowę swej wartości; niektóre nawet 90 procent. Czy to oznacza koniec świata? Oczywiście nie. Na giełdach nie ma na szczęście miejsca ani niszczenie, ani tym bardziej tworzenie pieniądza; cytowane liczby bynajmniej nie wskazują, że świat (ani nawet sami akcjonariusze) stracił połowę swej wartości.

  [Czytaj]

Z Odedem Regevem, astrofizykiem mieszkającym w Izraelu, o jego specjalizacji i polskim rodowodzie rozmawia w La Grange (USA) Henryk Skwarczyński
Henryk Skwarczyński: Co to jest astrofizyka? Dział astronomii do specjalnych poruczeń?
Oded Regev: Astronomia jest najbardziej starożytną z nauk. Istnieje od świtu udokumentowanej cywilizacji. Była używana za czasów Babilończyków, pięć tysięcy lat temu, do kompilacji kalendariów i poznawania kierunków. Było to niezbędne dla rolników, a nawet wcześniejszych nomadów. Platon pisał w Republice, że astronomia zmusza dusze do spojrzenia w górę i tak prowadzi nas z tego świata do światów innych. Wydaje się więc, że astronomia nie ,,potrzebowała” działu do specjalnych poruczeń. Sama miała nie tylko konkretne aplikacje, ale też znaczenie filozoficzne. O religii nie wspominając.   [Czytaj]
Reformy polskiego sportu – nie będzie
Krzysztof Uściński
Losy Tejrezjasza czy Kasandry powinny zniechęcać do zabawy w profetyczne enuncjacje, ale człowiek nie jest istotą rozsądną. Dlatego, niekoniecznie w imię gatunkowej solidarności, zawieszczę: mimo gromkich pohukiwań ministra Drzewieckiego – reformy w polskim sporcie NIE BĘDZIE!

  [Czytaj]
Wiersze
Paweł Marcinkiewicz


16 stycznia



Gdzie są śnieg i wiatr,
które smagały bloki
i przeganiały koty pod śmietnik,

  [Czytaj]
Kobiety pogranicza
Monika Piotrowska, Melanie Longerich



Żyją po dwóch stronach tej samej granicy, patrzą na siebie na rynkach, w sklepach, znacznie rzadziej spotykają się prywatnie. Czy mogą się wzajemnie rozumieć – Polki i Niemki znad Odry i Nysy?


  [Czytaj]
Literatura, świat – ojczyzny J. M. G. Le Clézia
Joanna Jakubowska-Cichoń



Philippe Sollers, jedna z głośniejszych postaci francuskiego światka inteligenckiego, główny założyciel pamiętnego czasopisma Tel Quel, przyrównał życie literackie we Francji do westernu, gdzie obowiązkowo występuje postać Dobrego i Złego. Siebie uznał za najlepszego przedstawiciela drugiego typu, zaszczyt reprezentowania wartości pozytywnych przyznając Jean-Marie Gustawowi Le Clézio.

  [Czytaj]
Pokolenie ’89 w przedsionku polskiej sztuki
Jakub Banasiak
Na uczelniach artystycznych początek roku akademickiego. I nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że w tym roku studia rozpoczyna rocznik 1989 – pierwsze pokolenie urodzone po upadku komunizmu. To świetny moment, by sprawdzić stan posiadania polskiej sztuki. Sztuki znajdującej się w stanie przejściowym: poszukującej nowych środków wyrazu, zmęczonej realizmem i czekającej na nowy generacyjny impuls.

  [Czytaj]
Teatr konceptualny
Jacek Sieradzki



W Ifigenii, nowej tragedii „przepisanej” z Racine’a przez Pawła Demirskiego i Mi-chała Zadarę, elementem scenerii najbardziej rzucającym się w oczy są promptery. Trzy ekra-ny rozmieszczone tak, by aktorzy, niezależnie od tego, w którą stronę sceny patrzą, mogli czytać z nich swój tekst. Czwartym prompterem jest wysoka, ponadmetrowa rampa, przebie-gająca ukosem przez całą scenę Starego Teatru. Wyświetlane na jej brzegu litery są z kolei podpowiedzią dla widzów mogących dzięki nim poznać każdą kwestię na ułamek wcześniej, zanim wypowie ją któryś z wykonawców.   [Czytaj]
Fenomen salonu śp. profesora Józefa Dudka
Jan Wadowski



W Ifigenii, nowej tragedii „przepisanej” z Racine’a przez Pawła Demirskiego i Mi-chała Zadarę, elementem scenerii najbardziej rzucającym się w oczy są promptery. Trzy ekra-ny rozmieszczone tak, by aktorzy, niezależnie od tego, w którą stronę sceny patrzą, mogli czytać z nich swój tekst. Czwartym prompterem jest wysoka, ponadmetrowa rampa, przebie-gająca ukosem przez całą scenę Starego Teatru. Wyświetlane na jej brzegu litery są z kolei podpowiedzią dla widzów mogących dzięki nim poznać każdą kwestię na ułamek wcześniej, zanim wypowie ją któryś z wykonawców.   [Czytaj]
Pisarz Zuckerman
Karol Alichnowicz



Philip Roth: Zuckerman wyzwolony. Tłumaczył Jacek Spólny. Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2008, s. 171.


  [Czytaj]
Moniuszko i jego promocja w Kudowie
Magdalena Talik



Większość miłośników opery pamięta zapewne kontrowersje, jakie trzy lata temu wywołała premiera Halki Stanisława Moniuszki w Operze Wrocławskiej. Spektakl w reżyserii Laco Adamika, przygotowany z okazji 60. rocznicy pierwszego po wojnie wystawienia dzieła w stolicy Dolnego Śląska, mocno zbulwersował sporą grupę melomanów. W przedstawieniu tradycyjnie kruczowłosą góralkę zastąpiła blond rosyjska sopranistka Tatiana Borodina, a zamiast tańców ludowych zobaczyliśmy raczej wariacje na ich temat w choreografii Iriny Mazur, którą dyrektor Ewa Michnik znalazła dzięki telewizyjnemu konkursowi Eurowizji. Sam Laco Adamik wyjaśniał wtedy w programowym komentarzu, że wierność tradycji powoduje, że cieszymy się muzyką, ale teatralne losy i sprawy bohaterów stosunkowo mało nas obchodzą. Dlatego przełożył historię nieaktualnego już dziś mezaliansu na język współczesnego widza, który jest przyzwyczajony do erotyki na scenie (także operowej) czy minimalistycznej scenografii. Młodej publiczności nowa Halka, pozbawiona tradycyjnej oprawy, ale nie mniej przez to poruszająca, bardzo przypadła do gustu. Co ciekawe, spodobała się także zagranicznym krytykom i melomanom, dla których jedna z dawnych inscenizacji byłaby niezrozumiała i zbyt hermetyczna.   [Czytaj]
Z Biel (w Szwajcarii)
Anna Maja Misiak



W 2000 roku klasycystyczny budynek dawnego szpitala miejskiego w Biel został przebudowany na nowoczesne centrum sztuki, oferujące artystom harmonijnie oświetlone, zróżnicowanej wielkości i wysokości sale. CentrePasquArt działa w tym historycznym budynku już od 1990 roku, specjalizując się w prezentacji twórców współczesnych, czasem zupełnie nieznanych. Nowe możliwości przestrzenne przyczyniły się do rozszerzenia programu wystawienniczego. O jego światowym poziomie świadczyła choćby trwająca od kwietnia do sierpnia br. prezentacja instalacji japońskiej artystki Chiharu Shiota.   [Czytaj]
Z Oslo
Karolina Armata
Tuż przed uroczystymi obchodami w Gdańsku 25. rocznicy przyznania Pokojowej Nagrody Nobla Lechowi Wałęsie wspólnymi wysiłkami Klubu Polskiego w Norwegii oraz Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku zorganizowano w Oslo wystawę Lech Wałęsa – The Man, the history, the symbol. Była to ekspozycja plenerowa umieszczona przed Ratuszem, w pobliżu Centrum Pokojowej Nagrody Nobla w samym sercu Oslo. Przy sprzyjającej pogodzie przybyło wielu Norwegów, rodaków, w tym liczne grono aktywnej artystycznie w Oslo Polonii. Mowy wygłosili: Danuta Kobzdej z Europejskiego Centrum Solidarności, reprezentująca nieobecnego Lecha Wałęsę, Edith Stylo, przewodnicząca Polskiego Klubu w Norwegii oraz reprezentant Centrum Pokojowej Nagrody Nobla. Ambasador RP w Oslo, Wojciech Ludwik Kolańczyk, przypomniał m.in.: Polska Solidarność wzbudziła również falę życzliwości i zainteresowania wśród zwykłych
ludzi po drugiej stronie żelaznej kurtyny. Jedno z głównych ognisk
pomocy dla polskiej Solidarności pojawiło się w Norwegii.   [Czytaj]
Kryminalny Wiedeń
Marek Feliks Nowak




Powieść kryminalna, jak twierdzi austriacki pisarz i znawca tematu Franz Schuh, to gatunek raczej wielkomiejski.. Książkowa zbrodnia potrzebuje anonimowości jaką zapewnia współczesna aglomeracja, stąd większość autorów wykorzystuje wiedeńskie realia a stolica Austrii docenia ten trend i się odwzajemnia. Ostatnio nawet oficjalnie. Wraz z rosnącym zainteresowaniem powieścią kryminalną (od paru lat popyt na kryminały wzrasta corocznie o 15 proc.), mnożą się imprezy oraz wieczory autorskie. Początek dała w 2002 „Kriminacht im Kaffeehaus” Noc z kryminałem w kawiarni], seria cyklicznych spotkań z pisarzami oraz aktorami scen wiedeńskich czytającymi co ciekawsze fragmenty wydanych powieści. Imprezy te cieszą się rosnącym zainteresowaniem przyciągając coraz więcej słuchaczy, w 2007 już ponad 20 tysięcy.   [Czytaj]
Z BENEFICJENTÓW GLOBALIZACJI ZMIENILIŚMY SIĘ W JEJ OFIARY
Z Mateuszem Morawieckim, prezesem Zarządu Banku Zachodniego WBK, o kredytach udzielanych wbrew logice rachunku ekonomicznego, wojnie między bankami i reaktywnej polityce NBP i RPP, rozmawia Stanisław Lejda.
Do wczoraj [rozmowę przeprowadzono 28 stycznia – przyp. red.] rząd uspokajał, że w Polsce nie ma mowy o kryzysie, co najwyżej będziemy obserwowali spowolnienie gospodarcze. Jednak premier Tusk właśnie zmienił zdanie. Jak pan – praktyk znający ogarnięte kłopotami rynki finansowe – ocenia sytuację: rzeczywiście grozi nam głęboki kryzys?   [Czytaj]
Tryby i pasożyci – między korporacją a humanistyką
Radosław Kossakowski


Przez blisko dwa i pół roku pracowałem w korporacji, będąc – jak sądzi wiele osób –trybikiem wielkiej pozbawionej duszy machiny. Od prawie trzech lat jestem słuchaczem studiów doktoranckich, pisząc rzeczy, których prawie nikt nie czyta. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że w porównaniu z pracownikiem korporacji jestem „darmozjadem”, pasożytem, który zamiast powiększać produkt narodowy brutto, ślęczy nad książkami, zastanawia się nad materią, która pewnie nigdy nie da nikomu zarobić. Mam to szczęście, że mogę porównać dwa bieguny – świat korporacji i świat intelektualistów. Dlatego męczą mnie intelektualiści, co zza klawiatur sączą pogardę do świata, którego nie znają. Ale ani na jotę nie trafiają też do mnie tezy, że w korporacjach ludzie się samorealizują, a zarabiają przy „okazji”. Świat na szczęście nie jest jednowymiarowy. Mogą współistnieć w nim dyrektorzy korporacji, copywriterzy, doktoranci nauk humanistycznych, zakonnicy, lekarze, muzycy rockowi i cała reszta. Nie znajduję ani w sobie, ani w znanych mi ideach kryteriów, które jednych uważałyby za lepszych, innych za gorszych. Jednych za pasożytów, innych za przydatnych światu i ludziom.

  [Czytaj]
NOTATKI DO AUTOBIOGRAFII
Jolanta Stefko




Chociaż dostałem kilka kopniaków
W życiu
– Nigdy, ale to nigdy
Nikogo nie ugryzłem



Nawet te koty, które
Zdarza mi się pogonić
To przecież nie ze złości
Tylko dlatego, że taka już jest
Ta nasza psia
Tradycja

  [Czytaj]
PTAK I PUSTELNIK
Włodzimierz Krysiński






Ani zdrowie, ani miłość,
Ani rozum nie potrafiły
Go przekonać o konieczności życia.
Louise de Vilmorin



Już z górą pół wieku temu w łódzkim mieszkaniu mojej rodziny (gdzie ani ja, ani żaden z moich braci nie mieliśmy własnego pokoju i rozmowy telefoniczne były de facto publicznymi dialogami) zadzwonił telefon, który odebrała matka, mówiąc, iż dzwoni do mnie jakiś nieznajomy pan. Głos, który zwracał się do mnie był szybki, konkretny, trochę żartobliwy: ,,Nazywam się Jerzy Kosiński. Pozwoliłem sobie zadzwonić, albowiem pani E.R. mówiła mi o panu. Chciałbym pana poznać. Proponuję spotkanie jutro o dziesiątej rano”.

  [Czytaj]
Tutaj Szymborskiej
Jacek Łukasiewicz

Wiersze Wisławy Szymborskiej zawierają i wyrażają porządek. Są przeciw bałaganowi wyobraźni, dowolności skojarzeń, uleganiu żywiołom snu i nocy. Sen może być tylko przedmiotem refleksji. Wiersze są w sferze dnia: tu się rodzą, tutaj są czytane, tutaj kiedyś umrą, jak umiera każdy tekst, który jest – podobnie jak człowiek, choć inaczej – śmiertelny.
U podstaw wierszy nie zatem magma obrazów, ale pomysł. On jest z zewnętrz, skądś, podobnie jak natchnienie – szepce do ucha. Trzeba się wysilić, aby usłyszeć pomysł. Usłyszany, uchwycony, podlega obróbce, rozwinięciu. I tu znów potrzebny jest wysiłek.
Czasem nowy pomysł, który przychodzi, przypomina pomysł już kiedyś użyty, choć poetka dba o to, by tak nie było. To jednak musi się zdarzać, bo pomysł to nowy sposób postawienia pytania, jednego z owych uporczywych pytań, które zadaje się w tej poezji sobie zdziwionej. Pytań o moje miejsce w ludzkości, w świecie, w ewolucji, w kosmosie. Takie pytania zadawane są w ciągu życia, w ciągu twórczości. W nowym wierszu opartym na nowym pomyśle wchodzą one w nowe konteksty, przyjmują nowe formy, lecz nigdy nie ma na owe pytania dobrej odpowiedzi. W ostatnim tomie poetki, zatytułowanym Tutaj (Wydawnictwo Znak, Kraków 2009), znak zapytania staje się szczególnie ważnym znakiem interpunkcyjnym, tak jak w poprzednim tomiku był nim otwierający na przyszłość dwukropek.   [Czytaj]
Zamiast rozmowy
Maria Malatyńska


Już niedługo zasiądziemy do mojej rozmowy życia – tak witał mnie od pewnego czasu Stanisław Różewicz. – Proszę się szykować – dodawał.
Czy miało się to spełnić? Nie wiadomo, choć przygotowania trwały. A przecież czułam się wyróżniona, że obok ewentualnych wywiadów okolicznościowych, na które pan Stanisław zawsze się godził, obok spotkań z tym reżyserem, które też, bywało, prowadziłam, zawsze pozostawała mi tamta specjalna perspektywa. Można więc było czekać.

  [Czytaj]
W cieniu getta
Karol Maliszewski



1.



Obserwując przez ostatnich kilkanaście lat szamotanie się poezji w chaosie odbiorczo-rynkowym, zacząłem stawiać sobie naiwne pytania, krążące wokół kwestii nieokreślonego charakteru poezji jako uczestnika procesu komunikacji i wymiany. A więc: czy poezja jest rodzajem literatury i czy w związku z tym dotyczą jej prawa rynku, czy też powinna być traktowana jako rodzaj schorzenia, podlegając terapii, niekoniecznie podtrzymywanej przy życiu przez czynniki zewnętrzne? A może najbliższa prawdy byłaby definicja podkreślająca walory heurystyczne poezji, wskazująca na nią jako na językowe laboratorium, testujące możliwości nowych użyć skądinąd znanych idiomów? Poezja przecierająca szlaki językowego rozwoju, lecz także antycypująca zmiany w odczuwaniu i rozumowaniu, meandrowaniu ducha ogarniętego sprzecznymi chęciami uczestnictwa w kulturze masowej i zamknięcia się w intymnej, dość wyniosłej niszy. Poezja jako strażnik tak postrzeganej granicy...   [Czytaj]
Bajka o ludziach reloaded
Marcin Adamczak



W filmie Ocean’s 11 z 1960 Danny Ocean koi wątpliwości żony zmartwionej tym, że mąż nie potrafi zmienić się, oznajmiając jej: Nie oczekuję, że będziesz perfekcyjna, tylko dlatego, że ja się w tobie zakochałem. Słowa rabusia z Las Vegas cisną się na usta po projekcji Slumdog Millionaire Danny’ego Boyle’a, bowiem najnowszy film reżysera Trainspotting to dzieło, któremu zadziwiająco wiele zadziwiająco łatwo się wybacza – z uśmiechem i rozczuleniem, niczym drobne słabostki ukochanej osobie.   [Czytaj]
KRYZYS TWÓRCZY
Skopiował i wkleił Mirosław Ratajczak



www.bwa.wroc.pl:

Laura Pawela
IT HURTS ME TOO
22.01.-15.03.2009
BWA Wrocław | galeria Awangarda
otwarcie wystawy: 22.01.2009 o godz. 18:00

Kryzys twórczy, emocjonalny i moralny to temat nowej wystawy Laury Paweli. Składają się na nią luźno powiązane prace, które autorka niechętnie łączy w jednej ekspozycyjnej narracji. Jednak na próżno odżegnuje się od żywiołu opowieści, bo niejedną z nich sama wprowadza w przestrzeń wystawy. Niektóre trwają od dawna, tak jak wędrówka mistycznych i romantycznych motywów, inne dopiero od pewnego czasu, jak degradacja bezkresnych przemysłowych sektorów Górnego Śląska, z którego pochodzi urodzona w Rybniku Pawela. Autobiografia i fikcja, obrazy wirtualne i dokumentalne, wszystko łączy się i przenika we wszechogarniającej, zatapiającej całość melancholii, słodkim smutku.   [Czytaj]
Słodka i bolesna
Jakub Winiarski



Marta Podgórnik: Pięć opakowań. Biuro Literackie, Wrocław 2008, s. 252.




wierzę że się wszystkiego doczekam
jak w piosenkach miłość musi być słodka i bolesna
jaki sąd w to uwierzy

Marta Podgórnik, stacja docelowa


  [Czytaj]
Czyja jest historia? O Walkirii w Niemczech
Mateusz J. Hartwich



Cóż to były za dyskusje, zanim jeszcze Walkiria weszła do kin! Już sama wieść o tym, że Hollywood przymierza się do zrealizowania filmu o zamachu na Hitlera z 20 lipca 1944 – temacie traktowanym do dzisiaj bardzo emocjonalnie u naszych sąsiadów – zaniepokoiło opinię publiczną. Tym bardziej że główną rolę Clausa hr. Stauffenberga, a zarazem funkcję producenta, przejął Tom Cruise, budzący ze względu na swoją przynależność do scjentologów duże kontrowersje. A powstawanie filmu zbiegło się w czasie z otwarciem w stolicy Niemiec przedstawicielstwa tej sekty.   [Czytaj]
Spóźniony plan Marshalla W ZJEDNOCZONEJ EUROPIE
Krzysztof Ruchniewicz
Polskie media w ostatnich tygodniach dużo miejsca poświęciły podsumowaniu naszej obecności w Unii Europejskiej. „Gazeta Wyborcza” materiał na ten temat opatrzyła nawet podtytułem: Ale nam się udało! Nie oznacza to jednak, że ta akurat gazeta skutki naszego akcesu postrzega jako jeden nieprzerwany tryumfalny pochód. Znajdziemy w niej bowiem również krytyczne słowa, tak pod adresem polityki polskiej, jak i pod adresem Brukseli czy rządów państw-członków UE, głównych graczy na europejskiej scenie.

  [Czytaj]
w nowych przekładach
William Shakespeare
br>
SONET 8

Gdyś muzyką dla uszu, czemu słuchasz jej w smutku?
Miód się z miodem nie kłóci, radość rada radości,
Dlaczego więc kochasz przebiegi tych nut ku
Swemu niepocieszeniu lub z lubością – ból gościsz?
Jeśli dobre współbrzmienie, czysty strój zgodnych dźwięków,
Zaślubionych akordem, dziwnie razi twe ucho –
Słodko gani cię tylko, że nie słyszeć chcesz wdzięku
Wielogłosu, gdy solo brzmisz samotnie i głucho.
Zważ, jak słodkim jest mężem jedna struna dla innej,
Gdy w harmonii wzajemnej się ze sobą stapiają;
Ojca, dziecka i matki szczęśliwości rodzinnej
Są zaśpiewem i jedno, choć troiście śpiewają –
Pieśń bez słów tej jedności, która głosy trzy liczy
Wciąż śpiewana dla ciebie: „Jeden sam – będziesz niczym”.
  [Czytaj]
Fizjologia samotności. Kino Tsai Ming-lianga
Jan Topolski
Ona jest pielęgniarką, między rozłożonymi udami trzyma połówkę arbuza. On jest lekarzem i zaczyna powoli pieścić palcem owoc. Ona jęczy coraz silniej i głośniej. On wpycha palec coraz mocniej i rozgniata miąższ. Ona dochodzi do orgazmu.


Puls kina bije obecnie na Dalekim Wschodzie, zapomnijcie o Europie. Chiny, Korea, Japonia, Tajwan, Tajlandia. Są mistrzowie – Zhang Yimou, Kim Ki-duk, Takeshi Kitano, Hou Hsiao-hsien, Apichatpong Weeresathakul – są i młodzi. Trzeba nauczyć się tych trudnych imion i nazwisk, ale przede wszystkim także nierzadko trudnego kina. Pełnego milczenia. Łączącego okrucieństwo z poezją albo dowcipem. Obrazującego samotność i obsesję. Tak jak Tsai Ming-liang (1957). Tajwańczyk wychowany w Malezji, przedstawiciel tzw. drugiej fali kina tajwańskiego (razem z Angiem Lee czy Edwardem Yangiem). Twórca niebywale konsekwentny, wierny swoim aktorom, tematom, stylowi, robiący w zasadzie ciągle ten sam film, ale i wciąż się rozwijający, zaskakujący.   [Czytaj]
OTWARTOŚĆ
Bianka Rolando: Biała książka. Wydawnictwo Święty Wojciech, Poznań 2009, s. 320.


Biała książka Bianki Rolando zdaje się zajmować mniej miejsca niż mogłoby to wynikać z ilości stron, które zawiera. Przyczyny tego nie należy szukać w nadzwyczajnych zabiegach edytorskich; towarzyszące lekturze wrażenie naginania czasu, opóźniania czy nawet odwlekania kolejnych słów ma swoje źródło w poetyckiej narracji. Język Rolando jest tak ściśle podporządkowany koncepcji ogólnej, fundamentalnej retardacji, że w pierwszej chwili można posądzić poetkę o nieekonomiczne wykorzystanie tworzywa wiersza, którego zdaje się być po prostu za mało na całą książkę. Jeśli jednak czytelnik wyzbędzie się pewnych uprzedzeń i przyzwyczajeń narzuconych mu przez dominujące w literaturze współczesnej wzory i tendencje, znajdzie uzasadnienie dla tonu tej poezji, momentami w zamierzony sposób sztucznego, ale tworzącego w dalszej perspektywie niezwykły rodzaj tekstowej harmonii.   [Czytaj]
Z BERLINA
Jacek Wesołowski
Oranienburger Straße w Berlinie-Mitte znana jest ze skomasowanych atrakcji. Naprzeciwko „Tachelesa”, zrujnowanej fabryki, w której gnieżdżą się „alternatywni” artyści, zachowała się piękna elewacja dawnej synagogi, zwieńczona odrestaurowaną złotą kopułą (wnętrze spłonęło w Noc Kryształową 1938 roku). Idąc w kierunku Wyspy Muzeów, koło wieńca knajpek i kafejek, dochodzi się do Tucholskistraße. Róg wymienionych ulic zajmuje okazały trzypiętrowy gmach PFA Berlin, dawnego Postfuhramtu, urzędu poczty cesarskiej. Zbudowany w latach 1875–1881 w stylu berlińskiego historyzmu (Gründerzeit), od roku 2006 jest siedzibą C/O Berlin, International Forum for Visuel Dialoques – oto oficjalna nazwa instytucji kulturalnej, która w pierwszym rzędzie, choć nie tylko, organizuje wystawy fotograficzne.   [Czytaj]
Towarzystwo im. Ferenca Liszta – w Polsce
Magdalena Talik
Polskie Towarzystwo imienia Ferenca Liszta obchodzi dwudziestolecie swojego istnienia. Uczczono je w sposób chyba najbardziej właściwy względem osoby patrona, czyli recitalem fortepianowym. Wieczór był nie tylko udany. Można śmiało zaryzykować twierdzenie, że 2 marca w Filharmonii Wrocławskiej Janusz Olejniczak dał jeden z najpiękniejszych występów pianistycznych, jakich słuchaliśmy w ciągu ostatnich kilku lat we Wrocławiu. I na tym nie koniec. Pod koniec maja wystąpiła z recitalem Eri Mantani, zeszłoroczna laureatka II nagrody na IV Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Ferenca Liszta, który odbywa się w stolicy Dolnego Śląska co trzy lata, począwszy od 1999 roku. Japonka udowodniła, że w pełni zasłużyła na przyznane laury, zwłaszcza kiedy w drugiej części koncertu porywająco zagrała utwory Ferenca Liszta. Pomyśleć, że obydwa te koncerty mogłyby nie dojść do skutku, gdyby nie zbieg okoliczności, jaki doprowadził do utworzenia w marcu 1989 roku Towarzystwa im. Ferenca Liszta.   [Czytaj]
WROCłAWSKIE STUDIUM LITERACKIE
Marta Podgórnik:
Poetka, krytyk literacki, redaktorka. Laureatka Nagrody im. Jacka Bierezina (1996), nominowana do Paszportu „Polityki” (2001). Do tej pory wydała tomiki: Próby negocjacji (1996) Paradiso (2000) Długi maj (2004) Opium i Lament (2005) Dwa do jeden (2006) Pięć opakowań (1993–2008) (2008). Jej wiersze tłumaczono i drukowano na Słowacji, w Czechach, Niemczech, Rosji, Szwecji, Wlk. Brytanii, USA, we Włoszech i na Ukrainie. Związana z Biurem Literackim, w internetowym serwisie Biura – „Przystani” zamieszcza felietony i odpowiada za dział poetyckich debiutów. Mieszka we Wrocławiu.



  [Czytaj]
POLSKA TA SAMA, ALE NIE TAKA SAMA
Z prof. Andrzejem Garlickim o odzyskiwaniu niepodległości w 1918 i 1989 roku, sukcesach II i III Rzeczypospolitej, ciągłości państwa i czarnych dziurach w historii rozmawia Stanisław Lejda
Zbliża się 90. rocznica odzyskania niepodległości. Część historyków i publicystów uważa, że czasy obecne są kontynuacją dwudziestolecia międzywojennego. Inni negują tę tezę, podkreślając, że obydwa okresy dzieliły lata wojny i komunistycznego zniewolenia, ponadto obecnie mamy inne stosunki religijne, społeczne itp. Kto w tym sporze ma rację?
– Przychylałbym się do pierwszej tezy, ponieważ historia jest właśnie kontynuacją. W dziejach ludzkości nie ma czegoś takiego, jak odcięcie wszystkiego, co było przedtem. Gdy mówimy o cezurach historycznych, zauważamy, że nawet między epoką nowożytną a średniowieczem też są jakieś elementy kontynuacji – kulturowe czy cywilizacyjne. To normalne zjawisko. W tym sensie jesteśmy bardzo wyraźną kontynuacją II Rzeczypospolitej. Właściwie cała kultura tamtego okresu – literatura, poezja – jest wciąż w nas obecna. Nie tylko w moim pokoleniu, ale także wśród młodych ludzi. Oni czytają lub odkrywają dla siebie Pawlikowską-Jasnorzewską, Tuwima, Słonimskiego, Witkacego, Gombrowicza. W warstwie kulturowej jest więc bardzo wyraźna kontynuacja.

  [Czytaj]
Zanim przyszła Niepodległa
Włodzimierz Suleja
Unicestwianie Rzeczypospolitej szlacheckiej jako organizmu państwowego to historyczny proces, rozpoczęty I rozbiorem (1772), a zakończony decyzjami Kongresu Wiedeńskiego (1815), aczkolwiek jego końcową datę może wyznaczać także rok 1846, kiedy to Rzeczpospolita Krakowska znalazła się w składzie habsburskiej monarchii.
  [Czytaj]
Jedna jedyna myśl Rancière’a
Maciej Kropiwnicki
W latach 60. XX wieku w paryskiej École Normale Supérieure czytano Marksa. Nie byłoby w tym nic dziwnego, zważywszy na klimat intelektualny panujący w ówczesnej Francji, gdyby nie fakt, iż lektura ta odbywała się przy użyciu nowatorskiej wówczas koncepcji czytania i interpretacji dzieł filozofa z Trewiru, sformułowanej w oparciu o założenia metody strukturalistycznej przez Louisa Althussera. Wokół jego osoby gromadziło się spore grono uczniów i wyznawców, których zaangażowanie, pod silnym przewodnictwem mistrza, znalazło wyraz w licznych seminariach, w trakcie których rodziła się oryginalna myśl.
  [Czytaj]
NOTATKI LITERACKIE
Jacek Łukasiewicz
1. Według starego stylu niedługo zacznie się listopad. Święciliśmy w listopadzie Rewolucję Październikową. Nie był to święto tak huczne jak w Związku Radzieckim, ale jednak święto. W prasie: w gazetach i w grubych (a raczej chudych z powodu niedostatku papieru) miesięcznikach musiał być akcent radziecki. W roku 1974 prowadziłem w Wilnie polonistyczne zajęcia w Instytucie Pedagogicznym. Był początek listopada. Pogoda piękna, jesień złota, lasy grzybne. Na prazdniki przyjechali z Moskwy egzotyczni studenci z uniwersytetu im. Lumumby, kształcącego kadry trzeciemu światu. Szli radośnie w pochodzie, śpiewając i wznosząc właściwe okrzyki. Gospodarze chcieli zawieźć ich do podwileńskich Trok, by zobaczyli zamek na jeziorze i spróbowali karaimskich specjałów. Cóż, pozwolenie mieli tylko na podróż do Wilna. Nawet na szczeblu KC litewskiej partii nic się nie dało zrobić. Zadecydować mogła tylko Moskwa, a tam urzędy były w święto nieczynne. Na nic telefony dziekana Czeczota, próbującego uruchomić swoje znajomości wśród naprawdę wysoko postawionych moskiewskich towarzyszy. Egzotyczni goście musieli poprzestać na zwiedzeniu grodu Gedymina.   [Czytaj]
EPITAFIA
Mira Kuś



Henryk Markiewicz



Zgniecion
biblioteki ciężarem.
Satius est ignorarae.




  [Czytaj]
MIECZYSŁAW KLIMOWICZ
Janusz Degler



Im bardziej los nas nęka,
Tym mężniej stać mu trzeba.
Kto podło przed nim klęka,
Ten niewart względów nieba.

(W. Bogusławski, Cud albo Krakowiaki
i Górale
)

  [Czytaj]
W mojej bliskości wyczuwałem śmierć
Z rzeźbiarzem Krzysztofem Bednarskim o jego pracach dla Jerzego Grotowskiego rozmawia Waldemar Baraniewski


W.B.: Ponad trzydzieści lat temu jechaliśmy razem pociągiem do Wrocławia na Apocalypsis cum figuris w grupie kilku osób. Każdy miał swoje motywy, potrzeby, drogi, które go do salki Teatru Laboratorium doprowadzały. Jak ty tam trafiłeś? Nie tylko jako widz, ale, ktoś, kto zwizualizował ostatni etap prac Jerzego Grotowskiego w Polsce. Twoje plakaty są jedynym plastycznym śladem tych przedsięwzięć. Jak to się stało, że dotarłeś ze swymi pomysłami do Grotowskiego?   [Czytaj]
Angielska Wratislavia
Magdalena Talik
Trzeba doceniać zbawienny wpływ Paula McCreesha, dzięki któremu festiwal Wratislavia Cantans wrócił do swoich oratoryjno-kantatowych korzeni. Nie można jednak zachwycać się każdą koncepcją angielskiego dyrygenta, bo tegoroczna edycja festiwalu, mimo że dobrze przemyślana, okazała się mniej ciekawa niż ta w 2007 roku. Powód? Muzyka angielska została na Dolnym Śląsku pokazana zbyt jednolicie.

  [Czytaj]
Czas na melodramat
Maria Malatyńska



Festiwal filmowy w Gdyni osiągnął właśnie „wiek Chrystusowy”. Przez 33 lata wykreował i ocenił wiele zjawisk artystycznych, odkrył niezliczone gwiazdy, przyniósł mnóstwo wzruszeń oraz kształtował świadomość kilku już pokoleń odbiorców kina.

Ktoś musiał jednak pomyśleć, że wszystko to trwa już zbyt długo. Po raz pierwszy bowiem zdarzyło się tak, że jeszcze przed rozpoczęciem imprezy młody reżyser oświadczył publicznie, iż nie da swojego filmu na festiwal, gdyż ma on wymiar prowincjonalny. Nie odnotowano wprawdzie, czy była to reakcja na odrzucenie jego filmu przez komisję selekcyjną, czy też protest miał miejsce wcześniej, ale „złe ziarno” zostało rzucone.   [Czytaj]
CO DWIE GŁOWY (państwa) TO NIE JEDNA
MARIUSZ URBANEK
Kompromitacja polskiej klasy politycznej w trakcie tzw. afery samolotowej, a następnie podczas szczytu Unii Europejskiej w Brukseli, spowodowała podjęcie przez kancelarie prezydenta i premiera działań, które mają uchronić polskich przywódców przed podobnymi sytuacjami w przyszłości.
W wyniku wielodniowych konsultacji i uzgodnień wypracowano kompromis regulujący zachowanie obu głów państwa w przyszłości. Reporterom ,,stanu przejściowego” udało się zdobyć tekst umowy przygotowanej przez upełnomocnionych przedstawicieli obu kancelarii. Oto on.
Działający w imieniu prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego i premiera RP Donalda Tuska (zwanych dalej głowami) przedstawiciele obu kancelarii ustalili, co następuje.   [Czytaj]
GRAFOMANIA W SŁUSZNEJ SPRAWIE
Tadeusz Klimowicz



Władimir Sorokin: Dzień oprycznika. Przełożyła Agnieszka Lubomira Piotr-kowska. W.A.B., Warszawa 2008, s. 226



Po spektakularnej katastrofie intelektualnej i artystycznej trylogii o ludziach lodu (Lód, Bro, 23 000) Władimir Sorokin postanowił powrócić do swoich postmodernistycznych korzeni i napisał Dzień oprycznika – powieść, której akcja toczy się w ciągu jednego dnia 2027 roku. Do historii przeszły Czerwona (komunizm) i Biała Smuta (zapewne czasy Gorbaczowowskiej pieriestrojki i Jelcynowskiego rozpadu imperium), Rosja jest monarchią odgrodzoną od reszty świata Wielkim Murem, jej mieszkańcy – zniesmaczeni zgniłym Za-chodem – już kilkanaście lat wcześniej (2009) w spontanicznym porywie spalili swoje pasz-porty, zniknęły kosmopolityczne supermarkety (ich miejsce zajęły „nasze”, rosyjskie kioski, w których dano odpór rozpasanej konsumpcji i wybór został ograniczony do dwóch rodzajów każdego produktu: albo kompot z wiśni, albo z gruszek, albo mleko pełne albo odtłuszczone i tylko ser „Rosyjski” nie ma pary, bo ojczyznę, jak matkę – ma się jedną), wymiana handlowa odbywa się wyłącznie z Chinami (i tylko tam trafiają rosyjska ropa i rosyjski gaz).   [Czytaj]
Z dziejów wychodźstwa polskiego w USA
Aleksanda Ziółkowska-Boehm
Rok temu, w 90. rocznicę czynu zbrojnego wychodźstwa polskiego w Stanach Zjednoczonych, ukazała się książka historyka Teofila Lachowicza pt. Dla ojczyzny ratowania... Szkice z dziejów wychodźstwa polskiego w Ameryce i inne. Autor od wielu lat jest archiwistą Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Ameryce, redaktorem historycznego miesięcznika „Weteran”, ukazującego się w Nowym Jorku nieprzerwanie od 1921 roku organu SWAP. Jest to nb. jedyny periodyk historyczny, który ukazuje się nieprzerwanie już od 90 lat, czyli jest chyba najstarszym tego typu polskim czasopismem w świecie.   [Czytaj]
Nowe wiersze Różewicza za oceanem
Mieczysław Orski


Do dużej grupy tłumaczy przyswajających angielszczyźnie twórczość Tadeusza Różewicza dołączył ostatnio Bill Johnston, który przełożył w USA do tej pory m.in. opowiadania Herlinga-Grudzińskiego, Bakakaj Witolda Gombrowicza, Sny i kamienie Magdaleny Tulli (przekład nagrodzony w 2005 roku wyróżnieniem AATSEEL) – i którego wybór tłumaczeń wierszy Różewicza pt. New poems (Archipelago Books, New York 2007, wyd. dotowane przez Lantan Foundation i New York State Council of Arts) trafił w ubiegłym roku na listę najlepszych książek nominowanych do przyznawanej przez amerykańskich krytyków nagrody National Critics Book Circle. Wydawca w nocie zamieszczonej na okładce podkreśla, że twórczość polskiego poety, pisana dość bezpośrednim językiem, wypełniona aluzjami do wszystkiego, czym dzisiaj żyje świat, od filozofii po telewizyjne talk-shows, odzwierciedla całą złożoność doświadczenia ludzkości XXI wieku. Jedyny w swoim rodzaju poetycki głos Różewicza – ukształtowany naprzód w następstwie jego przeżyć jako członka ruchu oporu podczas drugiej wojny światowej, a później obywatela państwa poddawanego przez dekady komunistycznym rządom – stanowi bezlitosne zwierciadło epoki. To nadzwyczajna poezja uznanego europejskiego mistrza słowa – konkluduje wydawca, dołączając do swojej noty rekomendacje m.in. Czesława Miłosza, Wisławy Szymborskiej, Edwarda Hirscha i Jana Miodka.   [Czytaj]
Zaproszenie
  [Czytaj]
Przechodzisz, albo wpadasz
Paweł Mackiewicz


Marcin Sendecki: Trap. Biuro Literackie, Wrocław 2008, s. 40.


Od początku zanosi się na to, że będzie teatralnie. Program: Jak nazywa się sztuka? Sztuka nazywa się Tragedia warzyw. Programem teatralnym może być niewielka broszurka informująca teatromana o treści sztuki, przybliżająca sylwetki autorów przedstawienia, jego wykonawców, zawierająca zwięzłą prezentację ich artystycznym dorobku. Program bywa niekiedy elementem inscenizacji teatralnej, dopełnia ją, tłumaczy. Coraz częściej programy takie aspirują do rangi dzieł – wydawane są starannie, jakość zamieszczanych w nich zdjęć, układ czcionek, cała szata graficzna podpowiada użytkownikowi, że ma on do czynienia z samodzielną niemal publikacją, czymś związanym wprawdzie z głównym wydarzeniem artystycznym, ale żyjącym własnym, choć nie całkiem jeszcze oswojonym życiem.   [Czytaj]
Żydowski Wiedeń w Warszawie
Małgorzata Bogaczyk-Vormayr


Tylko pięć dni trwała wystawa fotografii Iwony Schmidt w Austriackim Forum Kultury w Warszawie, która towarzyszyła XI Dniom Książki Żydowskiej. Wystawa ta miała wernisaż także wcześniej, podczas poprzedniego łódzkiego Festiwalu Dialogu Czterech Kultur we wrześniu 2007; ja po raz pierwszy zobaczyłam ją kilka tygodni wcześniej w Muzeum Miejskim w Siemianowicach Śląskich. W Warszawie ta wystawa była po prostu u siebie – w Austriackim Forum na ulicy Próżnej, tuż przy Placu Grzybowskim, czyli na terenie byłego warszawskiego getta. Zebrano tu zaledwie kilkanaście fotografii, stanowiących cykle – Judenstrasse, Tempelgasse, Sterngasse, Seegasse, Im Werd, Judenplatz. Ale co czyni tę wystawę niezwykłą, to niezależna wobec tematu metoda pracy i poszukiwań artystki.   [Czytaj]
Kontrapunkt formy i moralnego niepokoju
Piotr Michałowski


XLIII Przegląd Teatrów Małych Form „Kontrapunkt 2008” stanowił punkt zwrotny w historii tego szczecińskiego festiwalu, który dzięki uczestnictwu zespołów z kilku krajów europejskich (nie tylko Niemiec) zyskał status międzynarodowy. Jeśli natomiast uwzględnić tendencje artystyczne, tegoroczny zestaw spektakli pozwalał wyróżnić dość wyraźnie dwa nurty, coraz bardziej wobec siebie odseparowane. Pierwszym jest poszukiwanie formy, drugim jej neutralne zastosowanie do sugestywnego przekazu (niekiedy bliskiego publicystyce) problemów obyczajowych, psychologicznych, społecznych, narodowych.   [Czytaj]
ROSJANIE CZUJĄ SIĘ ZAGROŻENI TYM, ŻE NIE MOGĄ NAS ZAATAKOWAĆ
Z doc. dr. Zbigniewem Cesarzem, politologiem, o konflikcie na Kaukazie, groźbie III wojny światowej, odbudowie imperium rosyjskiego i teorii dwu fortepianów rozmawia Stanisław Lejda
br>
III WOJNY ŚWIATOWEJ RACZEJ NIE BĘDZIE
Dwa lata temu w wywiadzie dla „Odry” stwierdził pan, że świat zmierza ku współpracy politycznej i gospodarczej, a ryzyko napięć militarnych – przynajmniej w Europie – nam nie grozi. Jako rejony możliwych przyszłych wojen wskazywał pan Pakistan, Indie, Iran oraz Bliski Wschód, ewentualnie Afrykę. Kaukazu nie brał pan pod uwagę. Czy teraz, po wydarzeniach w Gruzji, sytuacja się zmieniła?   [Czytaj]
Śmierć państwa
Piotr Gajdziński

Konstatacja, że polskie państwo jest bytem słabym i niewydolnym byłaby truizmem. Gołym okiem widać, jak kolejne, ważne prerogatywy państwa przechodzą na rzecz międzynarodowych organizacji i koncernów oraz grup interesów. Ale to zjawisko – przejmowania funkcji państwa przez instytucje i grupy ludzi wobec państwa zewnętrzne, czyli swoisty outsourcing funkcji państwa – jest właściwe nie tylko dla naszego kraju.

  [Czytaj]
Kościół, inwencja, inteligencja
Jan Turnau
Są dwa przeciwstawne obrazy Kościoła: skała i wiatr. Przewietrzenie proponuję nieśmiało. J.T.








Wśród różnych dialogów ekumenicznych jest i ten: między Kościołem katolickim a ludźmi kultury.


CIĄŻENIE AUTORYTETU
Jeden z licznych dowcipów Kisiela: – Gomułka przekonał się do inteligencji. – Tak? – Do inteligencji Zenona Kliszki... Może trzeba wyjaśnić, że Kisiel to były felietonista „Tygodnika Powszechnego”, pisarz i kompozytor Stefan Kisielewski, a Zenon Kliszko to w latach popaździernikowych druga osoba po Władysławie Gomułce, czyli ciężki rozmówca Koła Posłów Znak, do którego jakiś czas należał Kisiel.   [Czytaj]
Lem i rozmyty postmodernizm w Polsce
Anna Nasiłowska





1. Pisarze, których na podstawie prac amerykańskich trzeba by identyfikować z estetyką postmodernistyczną, przyswajani byli w Polsce w tym samym czasie, co klasyka modernizmu. W latach siedemdziesiątych, tuż po wygaśnięciu fali fascynacji noveau roman, pojawił się boom iberoamerykański, traktowany jako osobne zjawisko i łączony z terminem „realizm magiczny”. Kolejne utwory Borgesa, Marqueza, Vargas Llosy i Cortazara, których tłumaczenia pojawiały się w krótkim odstępie czasu, w ramach osobnej serii wydawniczej, były czytane i stały się popularne. Efekt zaliczenia do wspólnej kategorii „prozy iberoamerykańskiej” niewątpliwie wpływał promująco, nawet w wypadku pisarzy kubańskich. Jednakże wnioski, jakie polski czytelnik mógł wysnuć na przykład z lektury opowiadania Borgesa Pierre Menard, autor Don Kichota, różniły się bardzo od konkluzji, jakie proponował John Barth jako autor eseju Literatura wyczerpania. Nawet jeśli kluczowe cząstki układanki, które składają się w pracach zachodnich na estetykę powieści postmodernistycznej, były dobrze znane w Polsce, to występowały one w odmiennej konfiguracji i całość wyglądała zupełnie inaczej. Barokowy zamysł – zatrzymać wszystko, co ulotne – ożywia twórczość wielu współczesnych pisarzy Ameryki Łacińskiej; wierzą oni, że pośród słów odkryją krainę bezczasu – pisał Rajmund Kalicki w posłowiu do tomu opowiadań Borgesa .   [Czytaj]
Co z tym Žižkiem?
Arkadiusz Żychliński
Słoweński filozof skończy za rok sześćdziesiąt lat i patrząc na jego ostatnią książkę, wydany w maju obszerny tom W obronie przegranych spraw, można by sądzić, że zbliża się czas summ i podsumowań. Chyba faktycznie można tak czytać ten zbiór esejów, a jego uważna lektura oferuje nam zadziwiająco spójny i osobliwie konsekwentny obraz tego kontrowersyjnego myśliciela, znacznie odbiegający od obiegowej opinii na jego temat. Okazuje się bowiem, że nie taki Žižek straszny, jak go czasem malują: maska ultrasa-lewaka skrywa oblicze – bez obrazy – umiarkowanego socjaldemokraty (w zachodnioeuropejskim znaczeniu tego słowa).   [Czytaj]
WIERSZE O INGEBORDZE BACHMANN
Günter Grass






Rodzaje śmierci


Perseuszu, nie zmilcz
żadnej głoski,
wyłamcie się,
śnieżne pola
w znakach
wielkiej niedźwiedzicy:
wasza siostra
wróciła z daleka
do domu,
do słowa,
które było,
nim powstałyście,
do milionów gwiazd,
obejmowanych
przez słowo.

  [Czytaj]
Intermedium
Jacek Sieradzki


Nie strzelać!


Patrzę na widownię wypełniającą strome pod sufit rzędy krzeseł w prywatnym Teatrze Polo-nia Krystyny Jandy. Wypełniającą je w całości łącznie ze schodkami, na których rozłożono poduszki. Ta widownia jest uczesana, ubrana, wypachniona, widać, że do teatru się wybrała jak za starych dobrych czasów. I jest młoda. To nie są dinozaury ze starej inteligencji, którzy już przestali bywać, bo „dzisiejszy teatr to nie to, co dawniej”. I nie snobi, gnani namiętnością odnajdywania się w miejscu modnym. Nie, to raczej owa zmitologizowana klasa średnia, o której pożądanych narodzinach pisywano na okrągło w pierwszych latach pokomunistycznej Polski, potem jakby przestano. A ona się pokątnie, bez oficjalnego położnictwa, narodziła, dorosła, ubrała, obuła i żąda przynależnych sobie, mieszczuchowskich rozrywek. Wśród nich wyjścia do teatru, w którym można się uśmiechnąć i rozprężyć, bez ryzyka, że działania sce-niczne będą prowokować, drażnić i obrażać, a choćby i wyrywać z błogich oczekiwań i, horribile dictu, zmuszać do myślenia.   [Czytaj]

Pisarka

Kinga Dunin


Dziś, kiedy od paru lat do bram literatury dobijają się już roczniki '80, z pewnym rozrzewnieniem przychodzi nam wspominać początek lat 90., kiedy pisarki i pisarze z roczników '60 byli jeszcze młodzi, trawa zieleńsza, a słońce jaśniej świeciło. Od literatury oczekiwano, że oswobodzona od dawnych zobowiązań po prostu wykorzysta wolność, natomiast słowo „zaangażowana” stało się inwektywą. Wtedy to właśnie poznałam Olgę. Zwróciłam uwagę na jej pierwszą powieść i poszłam ją zobaczyć, kiedy odbierała za nią nagrodę Warszawskiej Premiery Literackiej. Pod pachą nosiła pudło po butach, a w nim kolejną książkę. Kiedy spytałam, o czym, odpowiedziała, że o duchach.   [Czytaj]
Wojciech Giełżyński

Co z tą lewicą?
Przez rok wycinałem z gazet teksty o lewicy. O jej klęsce, szansach, jej potrzebie i jej zbędności. Uzbierało się tego 400 kawałków. Głównie z „Dziennika” i jego świetnego dodatku „Europa”, z „Gazety Wyborczej”, „Polityki”, „Rzeczpospolitej”, „Przeglądu”, „Newsweeka”, trochę z „Tygodnika Powszechnego” i z „Polski”, a nawet z „Trybuny” i ”Nie”.
Wystarczyłoby na parę opasłych tomów, w dodatku frapujących rozmaitością, albowiem lewica nasza jest wprawdzie coraz mniej widoczna, ale myślowo – jest przebogata!
Tekst niniejszy składa się z trzech odsłon.   [Czytaj]
Rose Auslaender
WIERSZE
TRWANIE
My którzy
trwamy
dzięki miłości


Oddajemy się
śmierci
i bierzemy sobie
życie


z
drzewa
poznania



  [Czytaj]
Maciej Ganczar
O Hermannie Brochu i Mowie pożegnalnej Hitlera
Rudolf Brunngraber porównywał Hermanna Brocha, austriackiego pisarza, eseistę, filozofa kultury, z Jamesem Joycem i Marcelem Proustem. Przez wielu literaturoznawców stawiany on jest w jednym rzędzie z takimi twórcami, jak Franz Kafka, Robert Musil, Albert Paris Gütersloh, Heimito von Doderer. Totalitaryzm, którego ostateczny upadek Broch przewidział pół roku przed jego spełnieniem w tekście Ostatni wybuch manii wielkości. Mowa pożegnalna Hitlera, odcisnął niezatarte piętno na jego życiu. To właśnie ten system wymusił na nim w latach trzydziestych XX wieku ucieczkę z ojczyzny i stanowił jeden z najważniejszych powodów, dla których Broch nigdy już do Austrii nie powrócił.   [Czytaj]
Hermann Broch
Ostatni wybuch manii wielkości. Mowa pożegnalna Hitlera


Niedawno przez wszystkie niemieckie radiostacje wyemitowana została ostatnia przemowa Hitlera. Głos wodza, łatwy do rozpoznania, przepełniony był jemu właściwą pewnością siebie; był to głos kłamstw, zdradzający przekonanie o własnej słuszności i dlatego będący w stanie przekonać każdego kłamcę.

  [Czytaj]
Jan Topolski
BAROK, CZYLI DZŚ
W Krakowie po raz piąty odbył się wielkanocny festiwal muzyczny Misteria Paschalia (17–24 marca)


Rzadka historia absolutnego sukcesu: w ciągu pięciu lat skromny festiwal muzyki dawnej stał się imprezą o europejskim prestiżu. Wyrazisty profil, oryginalny program, najlepsi wykonawcy. Wzorowa organizacja, wieloletnie projekty i perspektywy, pełna frekwencja, pełnia wzruszeń. A pomyśleć, że zaczęło się od zapełniania luki po obrażonej Elżbiecie Pendereckiej, która po konflikcie z biurem Kraków 2000 wyprowadziła Wielkanocny Festiwal Beethovenowski do Warszawy. Dziś, porównując poziom obu imprez, nie ma wątpliwości, które miasto skorzystało – muzyczną stolicą na święta staje się Kraków!   [Czytaj]
Prorok i jego wyznawcy
Tomasz Mościcki



Pan się myli... Pan się bardzo myli co do siebie...
W panu jest tyle z demona, ile trucizny w zapałce.
I wcale pan nie posiada szampańskich własności...
pan ma raczej własności starego sera,
co to podnieca chore żołądki,
ale prosty smak może pobudzić do wymiotów.

(Bolesław Prus, Lalka)


Pomalowane na srebrno ściany wyraźnie postindustrialnej przestrzeni. Kolebkowe fabryczne sklepienie, po lewej w głębi sceny ciężkie drzwi. Zupełnie na lewo – prewecik z wymalowanymi flamastrem napisami na drzwiach. Nad wszystkim – wielki ekran. Scena oświetlona pełną mocą teatralnych reflektorów. Przedstawienie któregoś z modnych „najmłodszych najzdolniejszych”? Nie. To dekoracja do nowego maratonu Krystiana Lupy. To inna przestrzeń niż te, które widywaliśmy w spektaklach tego reżysera. Nowy etap?
  [Czytaj]
Historia bez gorsetu
Jacek Dukaj
: Lód. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007, s. 1050.


Amatorów lekkich fabuł nie mam zamiaru zachęcać do czytania nowej powieści Jacka Dukaja. Owszem, zgodnie z anonsem na okładce, fabuła Lodu skrzy się od nieoczekiwanych zwrotów akcji, intryg politycznych, kryminalnych, naukowych i metafizycznych, ale mówiąc szczerze, pociągająca historia przygód Benedykta Gierosławskiego nieustannie grzęźnie w dyskusjach i problemach filozoficznych, które wyznaczają rytm tej opowieści. Wszystko, co ważne, dzieje się w głowach jej bohaterów, wypełnionych ideami ponad zwykłą ludzką miarę. Lodu nie można przekartkować, przeskakując od zdarzenia do zdarzenia, od dialogu do dialogu. Kto w pogoni za anegdotą pogubi się w myślowych peregrynacjach Dukaja, niezawodnie przegapi sens powieści.   [Czytaj]
Z Berlina
Anna Maja Misiak
Nostalgia jest istotą lwowskiego życia, jak gdyby chodziło o miasto nie z kamiena, lecz z eteru, o które wciąż trzeba się martwić. Tym stwierdzeniem młody autor i tłumacz Jurko Prochaśko podsumowuje w 2007 roku swoją fascynację miejscem zawieszonym pomiędzy wschodem i zachodem, swojskością i obcością; miastem, którego architekturę i historię ukształtowały wpływy kultury polskiej, ukraińskiej, żydowskiej, austriackiej i ormiańskiej. Czuje się, iż tutejsze domy nie należą do nikogo, lecz do wszystkich – opisywał w 1988 roku niszczejące piękno Lwowa Karl Schlögel, zastanawiając się przy tym nad fenomenem podwójnej egzystencji tej „prakomórki europejskiego miasta”: nad rzeczywistym istnieniem na mapie i w kamieniu oraz wymykającym się geograficznym ustaleniom trwaniem w pamięci i tęsknotach ludzi. Do najczęściej bodajże cytowanych należą spisane w 1924 roku impresje Josepha Rotha, którego Lwów fascynował jako przestrzeń zatartych granic i wielojęzycznej barwności. Takim było to miejsce do wybuchu II Wojny Światowej, do momentu wymordowania przez nazistów około 120 000 lwowskich Żydów, i wypędzenia przez Rosjan mniej więcej takiej samej liczby Polaków. Ukraińców dotknął los równie trudny, wielu zmarło w gułagu, lub spędziło lata na wygnaniu.   [Czytaj]
Z (re) reedukowani Rozliczeń z historią ciąg dalszy
Małgorzata Ćwikła




Dalszy i z innej strony. Zazwyczaj nawiązując do historii XX wieku w Niemczech, porusza się kwestie związane z drugą wojną światową i wyrządzoną w tym czasie zbrodnią. Od kilku lat pojawiła się jednak tendencja patrzenia na społeczeństwo niemieckie także jako na naród cierpiący na skutek nazistowskiej dyktatury i przeżywający w ubiegłym stuleciu różne społeczne burze. Wszystko zaczęło się od filmów takich jak Cud z Berna (2003, reż. S. Wortmann), Upadek (2004, reż. O. Hirschbiegel), Sophie Scholl (2005, reż. M. Rothemund), obecnie na premierę czeka Valkyrie (2008, reż. B. Singer) z Tomem Cruise’em w roli głównej, opowiadający historię Grafa von Stauffenberga – głównego zamachowcy na życie Hitlera w Wilczym Szańcu. Proces pokazywania światu faktów świadczących o niemieckiej odwadze cywilnej zaczyna obejmować coraz więcej zjawisk i wydarzeń i funkcjonuje równolegle z pokornym ponoszeniem odpowiedzialności.   [Czytaj]
O MAMROTANIU WIERSZY
Urszula Kozioł
Mamrotanie wierszy przez (zwłaszcza młodych!) poetów na poetyckich spotkaniach stało się już regułą. Niektórzy z nich uważają, że wyraziste, dobitne artykułowanie tekstu jest czymś po prostu niestosownym.
Rozumiem zakłopotanie samym sobą autora, mało który z nich obnosi się zresztą po świecie jako KTOŚ NIEZWYKŁY, mało który z nich w miejscu publicznym przedstawia się: poetą jestem.   [Czytaj]
O sile legendy
Urszula Kozioł
< /b>

W drugi dzień świąt wielkanocnych, słysząc w TV, że Lech Wałęsa przed wygłoszeniem własnego zdania na temat tragedii w Tybecie i związanymi z tym wątpliwościami co do udziału sportowców w olimpiadzie w Pekinie pragnie zasięgnąć opinii Dalaj Lamy, z którym jest zaprzyjaźniony, uzmysłowiłam sobie po raz kolejny ów od dawna zadziwiający mnie fakt, że – czy to się podoba polskim politykom, czy nie – ten niegdysiejszy elektryk stoczniowy, dukający z trudem tekst podpisanego porozumienia sierpniowego, przeskoczył w pamiętnym dniu 1981 roku nie tylko jakiś płot, ale też niebywale wysoki mur własnej linii życiowej, własnego losu, ba, przeskoczył wtedy nie tylko samego siebie, ale współczesną sobie społeczność, i to na oczach całego świata, stając się tym sposobem już na zawsze mężem stanu – niewymazywalnym!   [Czytaj]
Patronat ,,Odry” dla ODRA–FILM






Szanowni Państwo,

Kolejna edycja Repliki Festiwalu Światowego Filmu Dokumentalnego PLANETE DOC REVIEW odbędzie się we Wrocławiu w dniach 29 maja – 1 czerwca 2008r. w kinie Warszawa.
  [Czytaj]
IDZIEMY PROSTĄ DROGĄ W CYWILIZACYJNĄ ZAPAŚĆ



W jednym z wywiadów powiedział pan, że „polska nauka jest w momencie krytycznym”. Jest aż tak źle?
– Tak uważam. Moje zawodowe doświadczeniach zbiegają się z jednozdaniowym komentarzem, jaki wyczytałem w opinii ekspertów OECD z września ubiegłego roku. To alarmujące dla nas zdanie brzmiało mniej więcej tak: polskie szkolnictwo wyższe i nauka doszły do momentu, w którym – z powodu braku finansowania – aspiracje odgrywania przez nie partnerskiej roli w Europie są zagrożone. Odbieram to jako uwagę, że nie tylko zagrożony jest nasz udział w tej wspólnej wiedzy, jaką tworzymy, ale aspiracje polskiej nauki w ogóle. Czyli, inaczej mówiąc, jeśli tak będzie nadal, to przestańcie marzyć, że będziecie naszymi partnerami w Europie, jeżeli chodzi o badania naukowe i postęp technologiczny.

  [Czytaj]
KOHABITACJA PO POLSKU
Piotr Gajdziński


Pierwsze miesiące współrządzenia prezydenta z rządem koalicji PO-PSL to ciąg wzajemnych oskarżeń, połajanek i obrażonych min. Ale nie ma w tym niczego nadzwyczajnego – konflikt między dwoma ośrodkami władzy to „oczywista oczywistość”. Na pokój nie ma co liczyć, bo z punktu widzenia jej uczestników ta wojna jest racjonalna. Będzie się więc nasilała.   [Czytaj]
POLACY W POSZUKIWANIU NADZIEI
Józef Kozielecki
Ambitne plany Wrocławia, zakładające budowę Europejskiego Instytutu Technologii, budzą nadzieję całego regionu” (z prasy, 2007)


Wybitny psycholog społeczny, Elliot Aronson – nawiązując do myśli Immanuela Kanta – sformułował kilka pytań. Czy w obecnych czasach istnieją jeszcze rozsądne powody, aby żywić nadzieję? Czy ludzie jej poszukują? Czy też ją zdradzają? Pytania te w czasach transformacji są jeszcze bardziej aktualne niż w okresie autora Krytyki czystego rozumu.

  [Czytaj]
OSŁUPIENIE
Magdalena Bajer


Ubiegłego lata spotkałam się z moim szkolnym kolegą, lekarzem-kardiologiem, mieszkającym od 1958 roku w Izraelu. Przyjechał do Krakowa po dwutygodniowym pobycie na Ukrainie, gdzie odnajdywał swoje wojenne kryjówki. Razem z ojcem – matka umarła w getcie na tyfus – ratowali go wieśniacy, katolicki ksiądz z rusińskiej wsi, brat przyszłej macochy... Teraz mieszkał u krewnych pani Luby, która opiekuje się jego chorą żoną w Petah Tigwie, żeby zarobić na wykończenie domu pod Lwowem.   [Czytaj]
Refreny
Kacper Podrygajło





○ ○ ○ ○ ○ ○


bóg puszcza planety
jak bańki mydlane
głębokie oddechy
w ich błony wessane
próbują z powrotem
wejść bogu do płuca
więc żebra adama
im szybko podrzuca

  [Czytaj]
MAŁPA CHCE BANANA
Piotr Stasiowski





Czy z perspektywy dwudziestu lat, które mijają od najważniejszych wydarzeń wiązanych z tzw. „trzecim miejscem” w sztuce polskiej lat 80., możemy pokusić się o ocenę tamtych czasów? Dokonać swoistej lustracji postaw, pomysłów, artystycznych walorów dzieł, które wówczas powstały? Uznać i uhonorować orderem za odwagę artystów, którzy za pomocą ironii, subwersji, nie do końca legalnych metod działania próbowali tworzyć enklawę wolności i niezależności w nienormalnej rzeczywistości schyłkowego komunizmu?

  [Czytaj]
W blasku i w cieniu mistrzów
Magdalena Hasiuk


Jeśli Łódzkie Spotkania Teatralne uznaje się za najważniejszy festiwal sceny offowej w Polsce, to ubiegłoroczny przegląd wykazał, że sytuacja teatralnej alternatywy nie należy do najlepszych. Co do tego byli zgodni zarówno jurorzy, jak i festiwalowa publiczność. Aura pesymizmu oraz nostalgii za minionymi czasami, obfitującymi w bezkompromisowe i nowatorskie wypowiedzi sceniczne, dominowała w wielu kuluarowych dyskusjach.   [Czytaj]
W kinie


Niemal wszystkie ważniejsze filmy amerykańskie ostatniego czasu nakręcono w kolorze czarno-czarnym. Hollywood śni koszmary i płodzi psychopatycznych bohaterów, a duża część publiczności identyfikuje się z tymi wizjami bardziej niż z innymi, które ukazują proces budowania demokracji w Iraku przez oddziały marines. O filmach tego rodzaju, z założenia patriotycznych, żartuje się nawet na oscarowej gali, jednocześnie wydając ze spiżarki konfitury inscenizatorom różnych wariantów pogrzebu american way of life. Miałem już zacząć opłakiwać ten kraj i tę kinematografię, gdy do pójścia do kina skusiła mnie pewna wojna, reklamowana nazwiskiem faceta, o którym co prawda nigdy nie słyszałem, ale którego znałem doskonale z widzenia jako Toma Hanksa.   [Czytaj]
Tren dla ojca
Paweł Urbaniak
Aleksander Jurewicz: Dzień przed końcem świata. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008, s. 142.





Pisarstwo Aleksandra Jurewicza to przykład literatury przybierającej postać twórczego ekshibicjonizmu. Jak mało który pisarz odsłania autor przed czytelnikiem swoje najskrytsze emocje i niepokoje. Przez jego książki przebija szczerość wywołująca nierzadko zmieszanie, jak przy patrzeniu na płaczącego mężczyznę. Pisarz z rzadką bowiem szczerością opowiada o historii swojego życia, trudnych chwilach i bolesnych wspomnieniach, które zwykło się trzymać głęboko w najintymniejszych sektorach prywatnej pamięci.   [Czytaj]
Ludwik Flaszen o Malcie


Przed zbliżającą się nową edycją poznańskiego festiwalu Malta postanowiłem korzystając z pobytu w Polsce stale dziś mieszkającego w Paryżu pisarza, krytyka literatury i teatru, byłego najbliższego współpracownika Jerzego Grotowskiego, Ludwika Flaszena, zapytać o jego wrażenia z ubiegłorocznej imprezy, na której gościł – jako juror – po raz pierwszy.


– To była pierwsza pana wizyta na poznańskiej Malcie?   [Czytaj]
Z Berlina
br>
Poznaliśmy się z Klausem Staeckiem, znanym grafikiem, jako aktorzy kampanii wyborczej Björna Engholma w 1992 roku na mityngu SPD w mieście Pinnenberg koło Hamburga. Dziś już nikt nie pamięta, że ten młody wówczas, wybijający się polityk miał być kandydatem socjaldemokratów na urząd kanclerski, konkurentem Helmuta Kohla. Wkrótce jednak usunął się z polityki w związku z „aferą Barschela”, o której mało kto dziś pamięta (nb. ostatnio ukazała się w Niemczech książka, przypominająca te sprawy z perspektywy ponad dwóch już dziesięcioleci, rewidująca ówczesne sądy i oceny).   [Czytaj]
URODZAJNE POGRANICZE

Michał Jagiełło
W naszej części Europy prawie wszystkie państwa i wszystkie narody mają swoje k r e s y, swoje ziemie u-krainne, czyli leżące „u kraja”. Od razu pojawiają się jednak pytania o zabarwieniu politycznym: kresy – czego? kogo? Gdzie znajduje się i do kogo rzeczywiście należy owo centrum według którego wyznaczamy te „u-krainy”?

  [Czytaj]
Wszechświat w muzyce
Krzysztof Kwiatkowski


Karlheinz Stockhausen był i nadal jest postacią-symbolem przemian zachodzących w muzyce od połowy XX wieku: w niemal każdej informacji biograficznej wspomina się o jego pionierskich poczynaniach w zakresie muzyki serialnej (tj. wywodzącym się z twórczości Antona Weberna technikom sformalizowanej kontroli muzycznych parametrów), elektronicznej czy przestrzennej. Złożoność muzycznej materii oraz techniczne i technologiczne wizjonerstwo łączył z panteistycznym mistycyzmem, czym zasłużył sobie na miano „elektronicznego poszukiwacza Boga”. Sławny stał się dzięki utworom stworzonym w latach 50.   [Czytaj]
ZDJĘCIA PROZĄ
Adam Poprawa


Janusz Anderman: Nowe fotografie. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007, s. 344.


Do pisanych fotografii Janusza Andermana przekonałem się od razu, gdy tylko zaczęły się ukazywać w ,,Wyborczej”. Świetne anegdoty, mocny humor, mnóstwo postaci tak czy inaczej ważnych w historii kultury polskiej: to wszystko czyniło lekturę atrakcyjną i kazało oczekiwać następnych odcinków prozy. Wrażenia te pozostawały jednak odkryciami dość oczywistymi, powierzchniowymi; bardziej złożone sensy odsłaniały się stopniowo, chwytane jeszcze intuicyjnie. Dopiero książkowa edycje zapisów Andermana, najpierw Fotografie w 2002, a niedawno, w tej samej oficynie, Nowe fotografie – pozwoliły na pewne poukładanie czytelniczych reakcji i domysłów.   [Czytaj]
z Londynu


W Sainsbury’s Wing, w podziemiach the National Gallery przy Trafalgar Square w Londynie, przynajmniej dwa razy w roku organizowane są wielkie, przekrojowe wystawy prezentujące największe dzieła malarstwa zachodniego minionych wieków do czasów modernizmu. W tradycję wielkich retrospektyw organizowanych w Sainsbury’s Wing wpisała się ubiegłoroczna wystawa Portrety holenderskie: wiek Rembrandta i Fransa Halsa, obejmująca około 60 dzieł stworzonych pomiędzy 1599 a 1683 rokiem (od 27 czerwca do 16 września).   [Czytaj]
Z Oslo
Dorota Cychowska to 34-letnia polska artystka – ceramiczka, tworząca obecnie w Oslo.
22 stycznia 2008 w Galerii FORMAT odbyło się otwarcie wystawy jej prac zatytułowanej Between you and me.
Nie był to jedyny polski akcent w stolicy Norwegii w tym dniu. Już po raz czwarty, poczynając od 1968 roku, odbyła się tu premiera Witolda Gombrowicza Iwony księżniczki Burgunda w Det Norske Teatret w Oslo (pt. Yvonne) oraz wernisaż bardzo interesującej wystawy fotograficznej Roberta Koziarskiego, którą pokazano w ramach imprezy kulturalnej pod nazwą Polsk Fotokarneval 2008 w Oslo. Dodajmy, że ostatnio na Zamku Królewskim w Warszawie została podpisana umowa kulturalna między Norwegią a Polską; powołano fundusz współpracy kulturalnej.   [Czytaj]
Z RZECZY NAPRAWDĘ WAŻNYCH NIE ZROBIONO NIC
Ze Zbigniewem Chlebowskim, przewodniczącym Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej, rozmawia Stanisław Lejda
W swojej partii jest pan uznawany za jedną z najbardziej kompetentnych osób w sprawach gospodarczych. Obecnie, gdy wskaźniki ekonomiczne w Polsce zaczynają się pogarszać – 21 stycznia, kiedy rozmawiamy, jest kolejnym dniem dużych spadków akcji na warszawskiej giełdzie – pojawiają się głosy, że być może to efekt zmiany rządu. Gdy władzę sprawowało Prawo i Sprawiedliwość, gospodarka trzymała się nieźle.
– To na szczęście jedna z niewielu dziedzin, gdzie rząd PiS nie robił nic i być może dlatego przez minione dwa lata gospodarka tak dobrze sobie radziła. Przypomnę, że zapowiadanych sztandarowych reform – przede wszystkim reformy finansów publicznych – nie było. Miała być głęboka zmiana systemu podatkowego – poza drobnymi kosmetycznymi zmianami, związanymi ze sposobem naliczania kosztów przez pracodawców, niewiele się zmieniło. Szumnie zapowiadano wprowadzenie tzw. pakietu Kluski, ale tego również nie uchwalono. Dwa lata rządów PiS to także całkowite zatrzymanie prywatyzacji oraz niezrobienie praktycznie niczego, by przyspieszyć budowę dróg, autostrad, modernizację kolei itp. W całym tym obszarze nie zrobiono nic i dlatego trudno oceniać jakiekolwiek działania, bo ich nie było.

  [Czytaj]
WIĘKSZOŚĆ SEJMOWA TO NIE RACJA
Z Aleksandrą Natalli-Świat, wiceprezesem Prawa i Sprawiedliwości i wiceprzewodniczącą sejmowej Komisji Finansów Publicznych, rozmawia Stanisław Lejda
koncentrował się głównie na lustracji, walce z korupcją i służbach specjalnych, a sprawy gospodarcze schodziły na dalszy plan.
– To nieporozumienie. Zbudowano taki obraz PiS, który z rzeczywistością miał niewiele wspólnego. Nie chce się dostrzegać zmian, jakich dokonaliśmy w poprzedniej kadencji. Na przykład w podatku dochodowym od osób fizycznych było to podniesienie progów, zwiększenie kwoty wolnej od podatku i wprowadzenie dwóch stawek podatkowych – 18 i 32 proc. Wprowadziliśmy ulgi prorodzinne – pierwszy raz polski system fiskalny uwzględnia fakt, że ludzie wychowujący dzieci ponoszą większe koszty i w związku z tym zmniejsza się im obciążenia podatkowe. Zniesiony został podatek od spadków i darowizn w obrębie najbliższej rodziny. Obniżona składka rentowa. Korzyść z tego mają i pracownicy, i pracodawcy. Ci pierwsi dostają wyższe wynagrodzenie, a pracodawcy zyskują podwójnie: po pierwsze – obowiązuje ich niższa stawka, po drugie – w ramach tych samych kosztów mają lepiej opłaconego pracownika, co przy obecnej presji płacowej jest sprawą niebagatelną. Składka rentowa została zmniejszona o ponad połowę – z 13 do 6 proc. Czy poprzednie rządy mogą się pochwalić tego typu zmianami?   [Czytaj]
Marzec prowincjonalny znany i nieznany
Włodzimierz Suleja
Wśród „polskich” miesięcy Marzec roku 1968 zajmuje miejsce osobne. I to nie z powodu swej wyjątkowości czy szczególnego, epokowego znaczenia. Wydarzenie to, bezsprzecznie wpisane w ciąg społecznych protestów przeciwko komunistycznej, totalitarnej dyktaturze, było, o czym doskonale wiedzą jego ówcześni uczestnicy, w pierwszym rzędzie buntem pokoleniowym.

  [Czytaj]
MAŁŻEŃSTWO JAKO DZIEŁO SZTUKI
Helena Zaworska


Naprawdę nie było ludzi od początku świata, którzy by bardziej
mogli stanowić parę niż my
.
Stanisław Ignacy Witkiewicz w liście do żony, 20 VII 1927



W wydaniu krytycznym Dzieł zebranych Stanisława Ignacego Witkiewicza ukazały się dwa tomy jego LISTÓW DO ŻONY: I (1923–1927) oraz II (1928–1931). Przygotowała je do druku Anna Micińska, która pracowała nad nimi wiele lat, aż do swej przedwczesnej śmierci w roku 2001. Godne uznania jest perfekcyjne opracowanie tekstów przez Janusza Deglera, świetnie przez niego napisana Nota redakcyjna oraz obszerne, bardzo szczegółowe przypisy, wymagające ciężkiej pracy i wytrwałych poszukiwań.   [Czytaj]
wiersze
Anna Lesko


Światy


W półciszy
prababcia
wolna od logiki
telewizora
dopowiada
własne historie
do załączonych obrazków   [Czytaj]
zaproszenie
WROCŁAWSKIE STUDIUM LITERACKIE
Urszula Kozioł: poetka, prozaik, autorka felietonów i utworów dramatycznych dla dzieci i dorosłych. Studiowała polonistykę we Wrocławiu, gdzie jako poetka w 1953 r. Początkowo nauczycielka, w latach 70. związała się z miesięcznikiem „Odra”, gdzie jest kierownikiem działu literackiego. Współpracowała z takimi czasopismami literackimi, jak „Współczesność”, „Tygodnik Kulturalny” i „Poezja”. Była także dyrektorem Wrocławskiego Ośrodka Kultury, współpracowała ze Studenckim Teatrem „Kalambur”, Jako poetka wydała m.in. tomy „W rytmie korzeni” (1963), „W rytmie słońca” (1974), „Wielka pauza” (1996), „Stany nieoczywistości” (1999). Znana jest jej powieść „Postoje pamięci”. Za tom „Supliki” (2005) otrzymała Nominację do NIKE. Jest autorką wielu nagród, z których najnowsze to Nagroda im. Eichendorfa i Nagroda „Nowych Książek” za ostatni tom „Przelot”.
  [Czytaj]
KULTURA TO NIE ZESŁANIE
Z Bogdanem Zdrojewskim, ministrem kultury i dziedzictwa narodowego, rozmawia Stanisław Lejda
Gdy zostawał pan ministrem kultury, w mediach ukazały się komentarze, że polityk takiej rangi powinien objąć nie tę tekę, lecz bardziej prestiżową, w resorcie obrony narodowej. Pojawiło się nawet określenie „krąg odrzuconych”, do którego pana zaliczono.
– Kultura to nie zesłanie. To wielki zaszczyt, ogromne wyzwanie, a skala trudności, jeżeli chodzi o zadania, podobna do tej w obronie narodowej. Donald Tusk powiedział, że dla niego kultura jest ważniejsza, dlatego skierował mnie tam, a nie do MON. Rzeczywiście są to dwa zupełnie różne resorty i wielkim komplementem było dla mnie to, że rozważano moją osobę i na jedno, i na drugie stanowisko, co się zdarza rzadko. Mam też świadomość, iż w obronie narodowej rządzi się rozkazami, a w kulturze – dialogiem i licznymi rozmowami. Ilość kontaktów, jaka mnie czeka, jest potencjalnym źródłem wielkiej satysfakcji i myślę, że ta satysfakcja będzie obustronna.   [Czytaj]
POTĘGA MITU
Andrzej Jonas

Tytuł zapożyczam z książki Josepha Campbella, którego dialog z Billem Moyersem polscy czytelnicy otrzymali właśnie dzięki wydawnictwu Znak. Ta słynna rozmowa, istniejąca przede wszystkim w wersji filmowej, nie jest poświęcona Stanom Zjednoczonym Europy. Jednak jej tytuł wydaje mi się nadzwyczaj trafny także dla sprawy, o której piszę.


Zapewne można sięgnąć do dowolnego momentu w przeszłości Europy, by odnaleźć ideę integracji państw kontynentu. Najwyraźniej była ona naturalną kontynuacją polityki ekspansji, prowadzonej przez wszystkich, których było na to stać. Wizji integracyjnej można dopatrywać się już w działaniach Persów i Rzymian, w polityce Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego i Karola Wielkiego.   [Czytaj]
FAUN WALENTY

JACEK DOBROWOLSKI
Szaleństwo St. Valentine’s Day, ogarniające nasz glob co roku 14 lutego, dotarło do Polski wraz z falą zamerykanizowanej kultury masowej. W Ameryce wysyłanie w ten dzień kart pocztowych z miłosnym wyznaniem spopularyzowała niejaka panna Esther Howland z Worcester w stanie Massachusetts, która w 1848 roku założyła firmę produkującą takie kartki. Obecnie Amerykanie co roku w ten dzień wysyłają ich ponad miliard. W Polsce, kraju czczącym kobiety, przemianowano dzień św. Walentego na żeńskie Walentynki, chyba ku chwale Walentyny Tierieszkowej, pierwszej radzieckiej kosmonautki, a nie Rudolfa Valentino, zapominając o świętym męskim patronie niemal całkowicie. Kim jednak był ów święty mąż? Amerykaninem?   [Czytaj]
wiersze
Kazimierz Brakoniecki




Glosolalie



*
We śnie ujrzałem list niebieski od matki
wyraźne i żywe pismo chociaż sensu nie znałem
bo nie musiałem kochając oczami obecności
i kiedy zacząłem czytać ten pisemny sen
obudziłem się a ty matko uderzyłaś mnie mocno
miłością aż sobie uświadomiłem
że ty umarła żyjesz i coś o mnie
poza słowami wiesz   [Czytaj]
JESTEM TYPEM PRZERABIACZA…
Z Rafałem Augustynem rozmawia Monika Pasiecznik


– Co to są Figle szatana?
– To, co słyszymy we Wrocławiu jest skrótem scenicznej jednoaktowej wersji, którą przygotowałem w 1985 roku dla Teatru Wielkiego w Warszawie, która z kolei jest skrótem dawnej trzyaktowej partytury, napisanej przez Adama Münchheimera i Stanisława Moniuszkę i wystawionej w roku 1870. Balet ten był wielkim przebojem i szedł w Warszawie aż po początek wieku XX. Tamte Figle... miały wielką obsadę i bardzo skomplikowaną fabułę. Z muzyki zachowało się niewiele: jeden obraz, niemal cały, w partyturze Münchheimera, strzępy rozmaitych numerów i szkice czy też particello Moniuszki. W oparciu o zachowane materiały próbowano robić różne rzeczy: Arnold Rezler w latach 50. skomponował suitę orkiestrową, którą czasem można usłyszeć w Polskim Radiu. Niedawno zmarły Mieczysław Krzyński napisał drugą wersję i wystawił ją w Teatrze Muzycznym w Gdyni; on dla odmiany oparł się na fragmentach Moniuszki.   [Czytaj]
Opowieść o Złotych Żabach
Joanna Podolska

Długą owację na stojąco zgotowała Romanowi Polańskiemu publiczność finałowej gali festiwalu Plus Camerimage w Łodzi, gdy odbierał on Nagrodę Specjalną za Całokształt Twórczości dla Reżysera ze Szczególną Wrażliwością Wizualną. To jedna z kilkunastu Złotych Żab przyznanych podczas święta operatorów filmowych. Polański dziękował Łodzi, w której „wszystko się zaczęło” – to w łódzkiej szkole filmowej studiował reżyserię – i organizatorom festiwalu – za cierpliwość (dał na siebie czekać 15 lat).   [Czytaj]
Tereny pierwotne
Paulina Małochleb


Mariusz Wilk: Tropami rena. Noir sur Blanc, Warszawa 2007, s. 190.


Tropami rena to druga część Dziennika północnego Mariusza Wilka. Autor esejów: Wilczego notesu oraz Wołoki, sięgnął po inną ramę kompozycyjną – dziennik zorganizowany jest bowiem nie według klucza chronologicznego, lecz tematycznego – kolejne tomy opowiadają o różnych aspektach świata rosyjskiego. Dom nad Oniego poświęcony był Karelii, teraz zaś trafiamy wraz z autorem na Półwysep Kolski.   [Czytaj]
Z Berlina
br>
Jeszcze do 20 stycznia 2008 roku można w Berlinie obejrzeć wystawę Hans Poelzig (1869–1936). Architekt Lehrer Künstler (Architekt-Nauczyciel-Artysta), poświęconą jednemu z bardziej znanych architektów epoki modernizmu. Pokazane zostały przy tym nie tylko poszczególne etapy jego twórczości, ale i mniej znane inne jego zajęcia, w tym obrazy czy scenografia do ekspresjonistycznego filmu Golem, wie er in die Welt kam (rok 1920). Osobna sala poświęcona została znaczeniu Hansa Poelziga jako mistrza.   [Czytaj]
Z Wiednia
Grażyna Krzechowicz

Miłośnicy książek Hermanna Hessego mają okazję zapoznać się na wystawie poświęconej twórczości noblisty z obszernym wyborem cykli akwarel powstałych w różnych okresach życia i odgrywających ważną rolę w pisarstwie Hessego. Choć na wystawie zatytułowanej Dichter & Maler w wiedeńskim Leopold Museum obejrzeć można szereg oryginalnych listów i manuskryptów oraz pierwsze wydania najważniejszych książek pisarza, a także typowe dlań rekwizyty, jak słomkowy kapelusz i okulary, to jednak punkt ciężkości położony został na jego twórczość malarską, którą zaprezentowano w kilku salach muzeum.
Obraz i słowo stanowiły dla Hermanna Hessego jedną całość, trudną do rozdzielenia.   [Czytaj]
zaproszenie
WROCŁAWSKIE STUDIUM LITERACKIE
Zbigniew Machej: poeta, działacz kultury. Urodzony w Cieszynie. Studiował polonistykę i religioznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Był kolejno dziennikarzem Gazety Prowincjonalnej, sekretarzem redakcji Głosu Ziemi Cieszyńskiej i dyrektorem Ośrodka Kultury Polskiej w Pradze. Pozostaje związany z Czechami nie tylko jako znakomity tłumacz (m.in. poezji I.Blatnego), ale także jako dyplomata kulturalny; pracuje w Instytucie Kultury Polskiej w Bratysławie. Zadebiutował tomem wierszy „Smakosze, kochankowie i płatni mordercy” w 1984 roku, jednak od „Trzeciego brzegu” (92) i „Legend praskiego metra” (96) jego poezja zdecydowanie zmienia tonację na niefrasobliwie-liryczną i żartobliwą. Przynajmniej z pozoru, bo żarty Macheja najczęściej są gorzkie. Dobrze to widać niedawnych, świetnych tomach, jak „Prolegomena” (2003) czy „Wiersze przeciwko opodatkowaniu poezji” (2007). Autor był wielokrotnie nagradzany i nominowany do wielu nagród literackich, m.in. Silesiusa i Gdyni. Ostatnie pozycje, jakie opublikował to „Zima w małym miasteczku na granicy” i „Przygody przyrody” (wiersze dla dzieci).





  [Czytaj]
A. WAJDA PODEJMUJE PROBLEMY
Mirosław Ratajczak




... ale tak już jest, że kiedy artysta podejmuje problemy, to nie po to, żeby przedłożyć odbiorcy gotowe ich rozwiązania. Powiedziałbym nawet, że jest wprost przeciwnie: przy pierwszej lepszej okazji (prawdziwy artysta wybierze oczywiście zawsze tę „lepszą”) złoży on owe problemy na barki odbiorcy. Tyle że jeszcze bardziej pokomplikowane, jeszcze bardziej nabrzmiałe, palące jak nigdy przedtem, wzbogacone niczym uran bynajmniej nie do celów pokojowych przeznaczony. Samo podejmowanie problemów ma charakter przypadkowy, bo problemy leżą „na ulicy”, a zgubna gotowość ich podjęcia otwiera wrota żywiołom. Powołanie artysty obliguje go do stawieniu temu problemowi czoła. Jeśli nie jest na siłach, pozostaje mu tylko ucieczka.   [Czytaj]
Cierpienia młodego gejbombera
Wojciech Browarny
b>Michał Zygmunt: New Romantic. Korporacja Ha!art, Kraków 2007, s. 229.


Stanisław Grochowiak napisał, że bunt nie przemija – bunt się ustatecznia. Nad książką Michała Zygmunta unosi się równie gorzka, ale bardziej pragmatyczna świadomość. Bunt nie przemija – mógłby powiedzieć młody pisarz – bunt się nie opłaca, chyba że… zostanie dobrze opakowany, wylansowany i sprzedany. Proszę tej oczywistości nie rozumieć dosłownie. Nie przypisuję Zygmuntowi motywacji komercyjnych (chociaż nie mam nic przeciwko zarabianiu na literaturze), uważam bowiem, że New Romantic cierpi na populizm innego rodzaju. Sądzę, że autor tej prozy spełnia niewyszukane oczekiwania publiczności inteligenckiej, proponując jej literacki wariant ideologicznych pyskówek, którymi tak przyjemnie i perwersyjnie (masochistycznie) ekscytowała się w ostatnich latach.   [Czytaj]
Bohater naszych czasów
Alicja Zalewska


Władza to choroba zmieniająca charakter i mentalność człowieka – takie przesłanie zostawił potomnym przedwcześnie zmarły, udręczony przez własne demony kompozytor rosyjski, Modest Musorgski, w swojej najbardziej znanej operze.
Premierowy spektakl Borysa Godunowa odbył się 19 października w Hali Stulecia i był pierwszą wrocławską inscenizacją tego dzieła od 35 lat. Opera Modesta Musorgskiego, zinstrumentowana przez Mikołaja Rimskiego-Korsakowa, to utwór w czterech aktach, we Wrocławiu właściwie zredukowanych do dwóch, przedzielonych dwudziestominutowym antraktem. Kompozytor oparł libretto na poemacie Puszkina, zafascynowany przedstawioną w nim historią cara z przełomu XVI i XVII wieku. W warstwie muzycznej natomiast skorzystał ze zdobyczy swojej epoki, takich jak harmonia wykraczająca już poza ramy systemu tonalnego, Wagnerowskie motywy przewodnie czy ścisłe powiązanie muzyki z tekstem, ale przede wszystkim natchnął dzieło duchem folkloru rosyjskiego i z tegoż powodu nazywał je ludowym dramatem muzycznym.   [Czytaj]
70 lat Muzeum Polskiego w Ameryce
Radosław Święs



„Amerykański Rapperswil” jest jednym z najstarszych i największych muzeów etnicznych na kontynencie amerykańskim. Zlokalizowany w sercu pierwszej polskiej dzielnicy Chicago, przyciąga około 14 tys. zwiedzających rocznie. Muzeum to nie tylko przechowuje i wystawia pamiątki historii kultury Polonii amerykańskiej oraz Polski, ale też prowadzi szeroką działalność kulturalną, organizując koncerty, pokazy filmowe, wykłady, przedstawienia teatralne.   [Czytaj]
JAK ZMIENIĆ POLSKĘ WE WSPANIAŁY KRAJ
Z Rafałem Dutkiewiczem, prezydentem Wrocławia, o wyborach prezydenckich, portalu Polska XXI, uskoku cywilizacyjnym, konflikcie z politykami i sosie ideowym rozmawia Stanisław Lejda


Kiedy zostawał pan prezydentem Wrocławia, bardzo wyraźnie dystansował się pan od polityki i polityków. Jaki jest dziś pana stosunek do klasy politycznej?
– Pozytywny, zgodnie z chrześcijańską zasadą miłości bliźniego.
W mediach był pan długo określany jako jeden z nielicznych w Polsce przedstawicieli rodzącej się generacji apolitycznych fachowców od rządzenia. Ten obraz zaczął się jednak zmieniać w momencie, kiedy zaczął pan współtworzyć Stowarzyszenie Dolny Śląsk XXI, a potem portal internetowy Polska XXI. Kiedyś Pan mówił: „nie interesuje mnie polityka, a miasto”. Czy teraz jest odwrotnie?   [Czytaj]
Dlaczego w Polsce ciągle nie ma autostrad
Mariusz Urbanek



Korupcja, ślimaczące się tempo, nieudolne konsorcja, rosnące ceny kilometra, wszystko to powoduje, że sytuacja dojrzała do uchwalenia przez parlament ustawy o narodowym planie budowy autostrad. Redakcji Ństanu przejściowegoË udało się dotrzeć do projektów ustaw, które wpłynęły do laski marszałkowskiej od najważniejszych stronnictw politycznych, organizacji pozaparlamentarnych oraz osób prywatnych.
Oto najważniejsze z nich.   [Czytaj]
MEDIA-ANALFABETYZM CZYLI SYNDROM BIEGUNKI
Tomasz Kozłowski





Książki? Sprzedają się tylko te z kodem w nazwie,
Czuję się jak w składzie złomu, gdy odwiedzam księgarnie,
Powielane schematy, kultura zjada swój ogon,
Kultura z kulawą nogą a ludzie mają gdzieś jej kłopot.

Eldo, Prasa, telewizja, radio


W XIX wieku pierwsze kroki nieporadnie stawiał telegraf. Pośród kilku pierwszych informacji przesłanych po dnie Atlantyku ze Starego do Nowego Świata znalazła się i ta o biegunce pewnego X-a, którą niejaki Y poczuł się w obowiązku zrelacjonować. Jeszcze dekadę wcześniej nikomu by nie przyszło do głowy, że można z prędkością światła porozumiewać się z kimś na niemal drugim końcu świata. Tym bardziej nie przyszłoby mu do głowy, że w obliczu tego wiekopomnego wydarzenia, komuś ulęgnie się w głowie myśl, by komunikatem, który przemierzy kilka tysięcy mil, była informacja o gastrycznej niedyspozycji (miast na przykład „Europa pozdrawia Amerykę”, ew. vice versa). A jednak.   [Czytaj]
Proza życia Różewicza
Wojciech Browarny





Proza Tadeusza Różewicza powstawała w czasie, gdy polską przestrzeń publiczną zawłaszczały radykalne ideologie – nacjonalizm, komunizm i antysemityzm. Autor Drewnianego karabinu dyskutował z nimi, nie zamieniając jednak literatury w publicystykę. W szkicach i opowiadaniach z lat powojennych rozważał oczywiście problemy społeczne, a zwłaszcza moralne dylematy człowieka nowoczesnego, ale unikał przy tym jednoznaczności i dosłowności. Aby opisać relacje między jednostką i życiem zbiorowym, Różewicz tworzył opowieści o ludziach, których egzystencja nie mieści się w kanonach politycznej poprawności.   [Czytaj]
TEATR TELEWIZJI Z SOŁŻENICYNEM W TLE
Wiesław Wodecki


W czerwcu 1962 roku na kolegium miesięcznika „Nowy Mir” zaproszony został, nieznany w stolicy, nauczyciel matematyki z Riazania Aleksander Sołżenicyn. Oceniano jego opowiadanie Jeden dzień Iwana Denisowicza. Aleksander Twardowski nadzwyczaj delikatnie zaproponował autorowi przemyślenie uwag i wprowadzenie pewnych poprawek, które mogłyby przyspieszyć druk utworu.
Sołżenicyn podzielił uwagi na trzy grupy: takie, za które dziękuje i uwzględni, gdyż się z nimi zgadza, takie, które przemyśli, i takie, których zaakceptować nie może. Jeden dzień Iwana Denisowicza ukazał się w listopadowym numerze „Nowego Miru”. Po kilku dniach mówiła o nim cała Moskwa, po tygodniu kraj, po dwu – cały świat.   [Czytaj]
FINEZYJNA PARTYJKA Z MAJOREM ZAWADZKIM
Jarosław Moser



brawo, majorze, nie ma lepszej riposty na takie otwarcie –
klincz laufra hetmanem. gdyby tak można w zaułkach Bagdadu,
albo snajperów z okolicznych wzgórz. podobno lubi pan poezję:
Stachura czy może Herbert? cóż za pytanie. powiem panu tak:


słyszy pan te kroki? idzie mróz zabójca. proste zające szukają
ratunku. najchętniej skoczyłyby w ogień. chociaż to też bolesna
śmierć. ale tak się składa, drogi panie, że nikt tego wieczoru
ognia w lesie nie pali. to będzie długa noc. dla wielu ostatnia.   [Czytaj]
Burleskowa rewolucja
Rafał Węgrzyniak


Czterdzieści lat po pierwszej powojennej realizacji Sprawy Dantona Stanisławy Przybyszewskiej, dokonanej w 1967 przez Jerzego Krasowskiego, dramat ten wystawił również w Teatrze Polskim we Wrocławiu Jan Klata. Sprawa Dantona w postmodernistycznej inscenizacji Klaty rozgrywa się niejako na trzech planach czasowych. Realia tekstu, kostiumy i peruki przywołują Francję z okresu rewolucji 1789–1794. Warstwa dźwiękowa przedstawienia, złożona z różnych wersji Marsylianki, ale przede wszystkim z angielskich piosenek z kręgu pop takich wykonawców jak Tracy Chapman (Talking About a Revolution) czy T. Rex (Children of the Revolution), ewokuje rewoltę polityczno-obyczajową z roku 1968. Natomiast sceneria ulicznego bazaru z blaszanymi straganami i budami z dykty oraz niektóre akcesoria osadzają spektakl we współczesnej Polsce czasu transformacji. Gdy Komitet Ocalenia Publicznego przystępuje do rozprawy z daltonistami, w rękach jego członków pojawiają się spalinowe piły do cięcia drzewa, które zastępują w spektaklu gilotynę.   [Czytaj]
WSPANIAŁOŚCI I MIZERIE
Piotr Kajewski


W rozmowie o którejś pozycji festiwalu Era Nowe Horyzonty popisałem się znajomością filmu, którego nie widziałem. Rozmówca się zdziwił, więc mu wyjaśniłem, że przejrzałem katalog. Na co on zabrał się za wprowadzenie mnie w poszczególne obrazy – a umiał to robić – tak, że mógłbym uznać film za zaliczony. Po naszych głowach krąży mnóstwo pozycji, w tym wypadku filmowych (bo nie tylko), które znamy z drugiej ręki, ale tak jakbyśmy z nimi obcowali bezpośrednio. Podobnie wydarzyło mi się z klasycznym tytułem, mianowicie ze Wspaniałością Ambersonów Orsona Wellesa.   [Czytaj]
Ślązaczka z zachwytu
Marta Mizuro
Małgorzata Szejnert: Czarny ogród, Znak, Kraków 2007, s. 527.

Co decyduje o tajemnicy, jaką kryje w sobie dzieło Małgorzaty Szejnert? Niekoniecznie jego genologiczna nieokreśloność, która sprawiła, że będący – teoretycznie – rozbudowanym reportażem Czarny ogród trafił do finałowej, prozatorskiej piątki Nagrody Literackiej Gdynia. Teoretycznie, podkreślam, bo polski reportaż od lat wymyka się gatunkowym ramom i na tym polega nie tylko jego urok, lecz także uznana w świecie osobność. Spłacenie trybutu reporterskiemu powołaniu ogranicza się w nim do zebrania materiałów, wydobycia ich z zasobów bibliotecznych oraz archiwów pamięci, ale już uporządkowanie tych trofeów, wprawienie ich w rytm, który faktom nadaje sens, a nawet wiele sensów, to indywidualna sprawa odkrywcy, poszukiwacza i analityka w jednej osobie. I to właśnie, co sprawia, że dokonania naszych reportażystów swoim kunsztem dorównują beletrystyce.   [Czytaj]
CZYTANIE BEZ GRANIC


W poprzednim numerze po raz pierwszy „czytaliśmy bez granic” w ramach nowej, comiesięcznej rubryki, w której znajdą się omówienia książek jeszcze w Polsce nie wydanych, niekomentowanych, natomiast czytanych z uwagą w innych krajach. Nie przesądzamy z góry zakresu tematycznego naszych lektur. Będziemy sięgać na różne półki światowych księgarń i bibliotek, z wyjątkiem tej z literaturą piękną. Ogólnie rzecz biorąc, znajdą się tu książki, o których zwykło się mówić, że wywołują intelektualny ferment.

  [Czytaj]
Przekładanie świata na język schwabski
Zbigniew Bochenek


Na nagrobku Wernera Schwaba w Grazu widnieje napis: To jest grób złoczyńcy. Urodził się w 1958 roku, był zły i zmarł w Nowy Rok rano 1994 roku. Krótkie, ale spełnione życie. Owo złoczynienie odnosi się wszak głównie do świata przez niego wykreowanego, do jego estetyki występku i negacji ludzkiej egzystencji, mniej zaś do samego Wernera Schwaba, którego znajomi i bliscy wspominają jako człowieka wrażliwego i wyjątkowo delikatnego, kruchego wręcz, usilnie i równie bezskutecznie poszukującego dla siebie miejsca. W licznych wywiadach podkreślał wprawdzie, że nie lubi siebie, że jest największym brudem tej ziemi, że pogardza sobą i własnym życiem, zarówno tym publicznym, w którym traktowano go jako „charyzmatycznego dramatopisarza” i „apostoła postmodernizmu”, jak i tym zupełnie prywatnym. Wtajemniczeni wiedzieli jednakże, że było to tylko przybieranie stosownej pozy, udział w medialnej grze, polegającej na przenikaniu się życia i twórczości. Zmarł nag   [Czytaj]
Austriaccy pisarze zapełniają listy bestsellerów
Marek Nowak


Skąd taki „urodzaj” austriackich autorów na najnowszych listach bestsellerów, i to nie tylko w Austrii? Może tutejsza literatura została zarażona bakcylem komercji? Czy austriaccy literaci utrafili nagle w gusta czytelników? Umberto Eco stwierdził kiedyś, iż bestseller to po prostu nieco seksu, duże pieniądze i zbrodnia, coś niecoś z życia wyższych sfer; lub też odpowiednio opisana erekcja w każdym rozdziale.... Ponadto profesor z Bolonii uważa, iż bestseller to kategoria komercyjna, która nic nie mówi o wartości danego dzieła...   [Czytaj]
KONTRREWOLUCJA EKOLOGICZNA
z prof. Ludwikiem Tomiałojciem, przyrodnikiem z Uniwersytetu Wrocławskiego, o cenzurowaniu ekologów, ignorancji rządzących i kłótliwych Polakach rozmawia Stanisław Lejda


– Niedawno Państwowa Rada Ochrony Przyrody i cztery komitety nauk biologicznych PAN wystosowały apele „w obronie zagrożonego dziedzictwa przyrodniczego Polski”. Sytuacja rzeczywiście jest aż tak dramatyczna?
– Apele te wzięły się stąd, że urwały się normalne kontakty przyrodników z władzą. O ile na początku lat 90. była w Polsce moda na ekologię, czego wyrazem jest szereg dokumentów proekologicznych, jakie wtedy uchwalano, to po roku 1998 Ta moda się skończyła. Pracownicy nauki, którzy, jak ja, od dziesiątków lat zajmują się społecznie ochroną przyrody, znaleźli się poza uwagą i władzy, i społeczeństwa, i mediów.   [Czytaj]
Cuda polskiej polityki
Wiesław Gałązka
Nie wierz w cuda – polegaj na nich
(Prawo Murphy’ego)



W amerykańskim filmie Fakty i akty jeden z bohaterów mówi: Polityka to sztuka przewidywania. Jak praca hydraulika. Jeśli zrobisz coś dobrze – nikt tego nie zauważy. Jeśli coś schrzanisz – wszystko pływa w gównie. Film ten, znany również pod tytułem Ogon kręci psem, wyśmiewał stosowanie w polityce zasad public relations, ale przede wszystkim ostrzegał przed jego skutkami.   [Czytaj]
wiersze
Jacek Karolak
Georges de la Tour: Maria Magdalena z lampką oliwną


Jedynym światłem w tej izbie
jest płomień lampki oliwnej
tuż obok krzyża na stole
przykuwa wzrok siedzącej.

  [Czytaj]
Świat nieprzedstawiony/świat nieskonstruowany. Polskie kino po 1989 roku
Marcin Adamczak



Tytuł słynnego manifestu Juliana Kornhausera i Adama Zagajewskiego z roku 1974 bywał przywoływany jako hasło charakteryzujące tendencję polskiego kina po roku 1989. Wydaje się, że rzeczywiście w małym stopniu było ono zainteresowane opisem otaczającej go rzeczywistości. W pierwszych latach po politycznym przełomie na ekrany trafiły filmy niedopuszczone tam wcześniej przez cenzurę, powstało też sporo obrazów krytycznie odnoszących się do rzeczywistości PRL-u, co mogło powodować pewien przesyt. Okres lat 90. wiązał się ze stopniową dewaluacją solidarnościowych symboli i towarzyszącym jej rozczarowaniem, co z kolei nakazywało filmowcom ostrożność w podejmowaniu tej tematyki. Uznani mistrzowie – Andrzej Wajda i Kazimierz Kutz ponieśli spektakularne porażki – Pierścionkiem z orłem w koronie i Śmiercią jak kromka chleba, długo oczekiwanymi filmami, o których realizacji ich twórcy marzyli od lat.   [Czytaj]
Czekając na Nobla. Uwagi o współczesnej literaturze rosyjskiej
Tadeusz Klimowicz



Pisarzem, jak powszechnie wiadomo już od ponad wieku, zostaje się po to, żeby zdobyć literacką Nagrodę Nobla. Jedni, jak Milan Kundera, podporządkowują temu całe swoje życie – mają starannie zaprogramowane scenariusze zachowań, właściwie dobrany repertuar ról życiowych, uszyte smokingi, zarezerwowany na grudzień bilet do Sztokholmu i od wielu lat cyzelowany Wykład Laureata; drudzy, jak Doris Lessing, uważają zgodnie z zasadą Jerzego Kosińskiego, że „wystarczy być” – oczywiście być jak najdłużej, bo każdy przeżyty rok pozostawia po sobie nekrologi konkurentów i zwiększa szansę na spełnienie debiutanckich marzeń.

  [Czytaj]
PRZECIWKO ANIOŁOM
Z MICHAŁEM PAWŁEM MARKOWSKIM ROZMAWIA GRZEGORZ JANKOWICZ


Grzegorz Jankowicz: Nieobliczalne to twoja czwarta książka eseistyczna. W trzech poprzednich bardzo wyraźnie określałeś formę gatunkową, która pojawiała się post factum, wymyślałeś ją dopiero po napisaniu esejów, by poręczną klamrą spiąć teksty, zorganizować myśli i już w tytule określić cel swojego pisarskiego projektu. Była zatem „anatomia” w Anatomii ciekawości, były „eseje heretyckie” w Występku i „felietony metafizyczne” w Pragnieniu i bałwochwalstwie. W nowej książce zrezygnowałeś z tej gatunkowej fikcji, pozostawiając w podtytule jedynie słowo „eseje”. Czy możesz powiedzieć, dlaczego zrezygnowałeś z tego wyraźnego dookreślenia? Czym różni się Nieobliczalne od tomów wcześniejszych?   [Czytaj]
Jak wiesz, że umierasz, przestajesz się bać czegokolwiek
Małgorzata Dziewięcka




Mieszkasz w kraju, w którym AIDS jest rzeczywistością. Wirus HIV ma tutaj swe intymne powiązanie z każdym: albo żyje w twym ciele, albo w twej świadomości. Obecny jest jak powietrze. Jest złą magią. Czarną. Ma moc nad tobą. Otumania. Przeraża. Zmienia charakter. To nieprawda, że możesz żyć latami, jeśli tylko zażywasz leki. Wysiada ci wątroba. Wymiotujesz nimi. Zażywasz jednak dalej. Umierasz z opóźnieniem. Albo przestajesz zażywać. Albo w ogóle nie zażywasz od początku. Przecież i tak nie masz dobrych przykładów. Wielu twych przyjaciół, sióstr, braci, kuzynów, wujów, ciotek czy znajomych już nie żyje. Zażywali i nie zażywali. Na jedno wyszło.


  [Czytaj]
O demografii naszego gatunku inaczej
Ludwik Tomiałojć



Problem eksplozji demograficznej w latach 80. i 90. nie schodził z łamów gazet. Po czym nagle znikł, a w prasie pojawiła się fala lamentów o niedostatecznej wysokości wskaźnika urodzeń. Czy to znaczy, że ludzkość zmądrzała i wyhamowała samobójcze tempo mnożenia się? NIC PODOBNEGO. Populacja światowa nadal powiększa się w szybkim tempie, a to tylko wahadło polityczne przesunęło się na prawo i alarmowanie jest niedobrze widziane.

  [Czytaj]
Pekin 2008, czyli świat jako globalna knajpa
Krzysztof Uściński


Zdumienie, smutek i poirytowanie. Nigdy nie myślałem, że sport może mi zafundować aż taki emocjonalny koktajl. Jest kwiecień roku olimpijskiego. Jak zawsze o tej porze, po świecie wędruje święty ogień, dziesiątki tysięcy najlepszych atletów kończą wieloletnie przygotowania przed najważniejszym w życiu egzaminem, a tymczasem ich publiczność coraz głośniej... protestuje. Czemu i przeciw czemu? Obawiam się, że tego nie wiedzą dokładnie nawet sami protestujący.

  [Czytaj]
BŁĘDNE KOŁO NIEUFNOŚCI I ZAWIŚCI
Z prof. Januszem Czapińskim o kulturze podejrzliwości, nadużywaniu nieistniejącego zaufania oraz prawie do oszukiwania w imię sprawiedliwości rozmawia Stanisław Lejda


Z pańskich badań wynika, że jesteśmy narodem wyjątkowo nieufnym. Zaufanie do drugiego człowieka deklaruje zaledwie co dziesiąty Polak. Skąd w nas taka podejrzliwość?
– Myślę, że w którymś momencie historii wpadliśmy w błędne koło nieufności. To groźne zjawisko. Można oczywiście, przy sprzyjających okolicznościach, wpaść także w błędne koło zaufania, jak Szwedzi, Norwegowie czy Duńczycy. Zdecydowana większość mieszkańców ich krajów ufa nowo napotkanym ludziom. Dlatego nie zamykają drzwi do domów i pozostawiają laptopy w niezamkniętych samochodach. Postępują tak dopóty, dopóki nie spotkają ich z tego powodu przykre konsekwencje. Ale dotyczy to nie tylko Europejczyków. Opowiem anegdotę z ostatniej podróży mojej rodziny. Żona, która jest narodowości japońskiej, wybrała się wraz z teściem i najmłodszym synem na kilka tygodni do Tokio, odwiedzić rodzinę.   [Czytaj]
Niewielki odwet na „prawdziwym” życiu
Z Andrzejem Sosnowskim rozmawia Grzegorz Jankowicz


Grzegorz Jankowicz: Kiedy czytałem twoją dylogię Gdzie koniec tęczy nie dotyka ziemi i Po tęczy przyszedł mi do głowy poeta, który pod wieloma względami znajduje się na antypodach twojego projektu pisarskiego, ale który wykonał podobny gest, łącząc tytułami dwa swoje tomy poetyckie. Chodzi mi o Wiktora Woroszylskiego, który w 1970 roku wydał Zagładę gatunków, a cztery lata później książkę pt. Po zagładzie. W pierwszym tomie Woroszylski uśmiercił sporo gatunków literackich, na własny rachunek zdyskredytował pewne sposoby pisania, które na początku jego drogi poetyckiej wydawały mu się estetycznie i ideologicznie niewinne. W tomiku Po zagładzie próbował odnaleźć się w tej nowej sytuacji, w wymiecionym archiwum, w którym musiał zaprowadzić nowy porządek. Twoje dwie ostatnie książki czytam jako rozprawę z pewnymi sposobami pisania, które próbujesz – oczywiście w zupełnie innej niż Woroszylski przestrzeni i na całkiem inną skalę – doprowadzić do końca. Interesuje mnie ta nowa sytuacja, ten nowy porządek… o ile w Po tęczy jest on w ogóle możliwy.   [Czytaj]
wiersze
Rafał Rżany



WSZYSTKO JEST


takie,
jakim się wydaje:
pierś miękka –
ostrze zimne;
a słowo nie staje się ciałem,
choć po moim ciele zostaną
tylko te
słowa,

  [Czytaj]
POŻEGNANIE TUNIA
Janusz Degler



Drogi Tuniu,

nigdy nie sądziłem, że będę Cię żegnał u kresu Twej ziemskiej wędrówki. Kiedy jednak wracam wspomnieniami do przeszłości, dochodzę do wniosku, że było mi to pisane. Było mi pisane, abym mógł Ci podziękować za długie lata znajomości, a potem serdecznej przyjaźni, którą mnie obdarowałeś.   [Czytaj]
WIZERUNEK DONALDA
Mariusz Urbanek
„Stanowi przejściowemu” udało się namówić specjalistów zajmujących się kreowaniem wizerunku premiera Tuska do ujawnienia, co jeszcze powinien uczynić szef rządu, żeby utrzymać korzystne dla siebie i partii wyniki bada” opinii społecznej. Niestety, nie zdołaliśmy przekonać ich do wspólnej debaty. Każdy z PR-owców twierdził, że tylko jego pomysł jest dobry, a pozostali tak naprawdę psują obraz Donalda Tuska w oczach opinii publicznej.
Dlatego musieliśmy rozmawiać z nimi oddzielnie. Oto pierwsza rozmowa.   [Czytaj]
Będąc w „stanie umierania”
Gustaw Herling-Grudziński
: Wiek biblijny i śmierć. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007, s. 120


Jest to jedna z dwu znalezionych po śmierci Gustawa Herlinga-Grudzińskiego w jego papierach, niedokończonych i przygotowywanych do druku, niewielkich powieści, które opiekunowie spuścizny pisarza, jego żona i najwierniejszy biograf, wnikliwy interpretator twórczości autora Włodzimierz Bolecki uznali za zasługujące na publikację. I jak najsłuszniej, gdyż oba te utwory nie tylko stanowią bardzo oryginalną – choć pełną świadomie pozostawionych przez redaktorów tomu niekonsekwencji merytorycznych i wyraźnie czekających jeszcze na korektę autorską niedoróbek artystycznych – kodę artystycznego dorobku Herlinga, który bardzo wytrawnie opisał i nowatorsko zinterpretował w wydanych dwa lata wcześniej nakładem Wydawnictwa Literackiego „szkicach do portretu Gustawa Herlinga-Grudzińskiego” Ciemna miłość Włodzimierz Bolecki.   [Czytaj]
Katyń – zbrodnia bez kary
Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Katalog historycznych pozycji dotyczących Katynia wzbogacił się ostatnio o książkę Anny M. Cienciały Katyń. Zbrodnia bez kary, wydaną przez wydawnictwo Yale University Press. Profesor Cienciała z Uniwersytetu w Kansas jest także autorką m.in. znanych prac Poland and the Western Powers. 1938-1939”(1968), From Versaillies To Locarno (z Titusem Komarnickim, 1984); współredaktorami jej najnowszej ksiązki są Natalia S. Lebiedewa z Instytutu Historii Powszechnej Rosyjskiej Akademii Nauk i profesor Wojciech Materski, dyrektor Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk. Bardzo cenna nowa pozycja katyńska zawiera wybór przetłumaczonych na język angielski dokumentów opublikowanych wcześniej w dwóch tomach rosyjskich i czterech polskich. Całą książkę, jak i poszczególne trzy jej części poprzedzają wyborne wstępy Anny M. Cienciały.   [Czytaj]
T R U D N E P R O S T E D R O G I

Magdalena Bajer
Andrzej M. Kobos, doktor fizyki, historyk nauki, zatytułował dwa tomy swoich wywiadów Po drogach uczonych (Z członkami Polskiej Akademii Umiejętności rozmawia Andrzej Kobos. PAU, Kraków 2007, t. I s. 507, t. II s. 708). Idzie po tych drogach krokiem równym z profesorami rozmaitych specjalności: fizykami, historykami, lekarzami, filologiem, językoznawcą, archeologiem, historykiem sztuki, matematykiem... Wielki to walor tego rodzaju publikacji, walor edukacyjny, co konstatuję z zastrzeżeniem, iż rozmowy te nie mają nic z dydaktyzmu. Pytający objawia przed czytelnikiem własną ciekawość człowieka doskonale przygotowanego do zadania, jakie sobie postawił, który bezbłędnie rozeznaje, co w dziedzinie uprawianej przez rozmówcę jest sednem, czego dotyczą fundamentalne pytania stawiane aktualnie przez uczonych tej dziedziny. I to właśnie edukuje czytelnika, wprowadzając go w zagadnienia współczesnej cywilizacji – najogólniej określając całe tematyczne spektrum książki.   [Czytaj]
Zaproszenie
WROCŁAWSKIEGO STUDIUM LITERACKIEGO
Marcin Świetlicki: Poeta, prozaik, wokalista, aktor. Przez debiutancką książkę „Zimne kraje” (1992) wpisał się w tzw. pokolenie „bruLionu” i wkrótce został uznany przez krytykę za jednego z najważniejszych poetów lat 90. Od 1992 r. występuje także jako lider grupy Świetliki, posługując się charakterystyczną manierą melorecytacji. Jako poeta jest autorem 16 tomów – m. in. „Schizmy”, „Trzeciej połowy”, „Pieśni profana”, laureatem wielu nagród, m.in. im. Georga Trakla, Kościelskich, Paszportu Polityki (nie przyjął).   [Czytaj]
Świat przetrwa, ludzkość – niekoniecznie
z prof. Tadeuszem Stawarczykiem, dyrektorem Muzeum Przyrodniczego Uniwersytetu Wrocławskiego, o kierunku, w którym zmierza świat, zdolności żywych organizmów do przystosowywania się i zarabianiu na przyrodzie



Istnieje wiele teorii utrzymujących, że ludzkość dąży ku samozagładzie. Jedna mówi o efekcie cieplarnianym, który doprowadzi do pustynnienia Ziemi, braku żywności, a w efekcie do masowego wymierania ludzi. Inna twierdzi, że uderzy w nas jakiś ogromny asteroid; kolejna, że Ziemia zboczy z orbity i naszą planetę wchłonie Słońce. Co na to nauka? Czy świat przetrwa? A może te katastroficzne teorie są przygotowywane na użytek mediów, które natychmiast je publikują, bo ludzie podobno lubią się bać…
– Jak trafi w nas asteroid i Ziemia rozleci się na cząstki, to świat, w którym żyjemy, po prostu przestanie istnieć. To scenariusz ekstremalny, jakim nas czasem straszą. Wiemy, że zderzenia z różnej wielkości obiektami kosmicznymi w historii Ziemi zdarzały się, ale wydaje mi się, że nad tym najmniej warto się zastanawiać. Dlatego, że prawdopodobnie będzie to poza ludzką kontrolą i możliwością naszej reakcji, w związku z czym mnie to w ogóle nie zaprząta.

  [Czytaj]
Taniec na linie ,,Odra” 1982–1989
Ignacy Rutkiewicz





Zabrzmi to dość banalnie, ale trzeba się zgodzić, że każda próba zrozumienia i uczciwej oce-ny przeszłości wymaga znajomości faktów i sytuacji w ich ówczesnych kontekstach i uwa-runkowaniach. Przykładanie do nich współczesnych wyobrażeń z pewnością nie zbliża nas do wyrobienia sobie obiektywnego obrazu zdarzeń.


  [Czytaj]
GRUNGE PROCESS O KRYTYCZNYM ŻYCIOPISANIU KAROLA MALISZEWSKIEGO
Radosław Wiśniewski






1. Na początek tak zwana refleksja osobista. Otóż dziesięć lat temu organizowaliśmy z przyjaciółmi w mieście Brzeg pierwszą większą imprezę literacką, której kulminacją miał być pochód poetów z manekinami przez główne ulice. Padał deszcz, nieliczni przechodnie na widok dziwnej ludzkiej menażerii chowali się w bramach. Ani to grupa kiboli – bo dziwnie gadają; ani demonstracja – bo nie wzywają do niczego zdrożnego, tylko wiersze czytają, jednym słowem: obcy, aż strach się bać. Karol Maliszewski, który wówczas był gościem specjalnym imprezy, rzucił gdzieś w przelocie między odczytaniem wierszy a pociągiem do domu: Szukałeś metafory losu poety we współczesnym świecie i popatrz, masz to jak na dłoni, idą jakieś dziwolągi miastem, pada deszcz, ludność przed nimi się chowa, nikt ich nie słucha, nikt nie widzi, ale idą.   [Czytaj]
wiersze
Georgi Gospodinow


Jedenaście prób nazwania


I


to
przyszło skądś
(już nie pamięta początku)
musi dojść
(zapomniało dokąd)
i teraz po prostu wędruje

  [Czytaj]
Łemkowskie dziady Jacka Głomba
Ireneusz Guszpit




Spektakl Łemko grany jest w zrujnowanym budynku niegdysiejszego teatru varietés odkrytego przez Jacka Głomba w zaniedbanej cywilizacyjnie legnickiej dzielnicy Zakaczawie. Gromadzący się przed przedstawieniem widzowie mają zatem okazję kontemplować turpistyczne obrazy otoczenia: przepełnione kubły na śmieci, odrapane elewacje, rachityczne drzewka, połyskujące zanieczyszczeniami kałuże i furkoczące na wietrze pranie. Wejścia do gmachu strzegą solidne – zdecydowanie nieteatralne, raczej fabryczno-magazynowe – metalowe wrota.   [Czytaj]
Cały Haupt
Zygmunt Haupt: Baskijski diabeł. Czytelnik, Warszawa 2007, s. 672.




Pisarz niedoceniany, pisarz nieznany – tak najczęściej przywykło się mówić o Zygmuncie Haupcie. W zeszłym roku, na stulecie urodzin pisarza, ukazała się jednak książka zbierająca praktycznie całą jego twórczość. Dzięki Aleksandrowi Madydzie – redaktorowi książki – oba wymienione wyżej przymiotniki przestaną wreszcie obowiązywać.   [Czytaj]
CZYTANIE BEZ GRANIC
Tomasz Rosiński
Począwszy od tego numeru, proponujemy „Czytanie bez granic” – nową, comiesięczną rubrykę, w której znajdą się omówienia książek jeszcze w Polsce niewydanych, niekomentowanych, natomiast czytanych z uwagą w innych krajach. Nie przesądzamy z góry zakresu tematycznego naszych lektur. Będziemy sięgać na różne półki światowych księgarń i bibliotek, z wyjątkiem tej z literaturą piękną. Ogólnie rzecz biorąc, znajdą się tu książki, o których zwykło się mówić, że wywołują intelektualny ferment. Fermentujcie więc z nami, Drodzy Czytelnicy!


Redakcja dziękuje za wsparcie w przygotowaniu „Czytania bez granic” Panu Piotrowi Nowakowi.



  [Czytaj]
Trzeba pisać, żeby pisać
Anita Jarzyna


Jednym z piękniejszych pomysłów, jakie zanotowała Virginia Woolf w swoim dzienniku, jest ten zapisany 17 lutego 1939 roku: Zaczynam swoją turę po literaturze. To znaczy zamierzam napisać księgę odkryć, czytając tak, jakbym ciągnęła za nitkę. A czytała, jak pisała – zachłannie (Każda książka, którą czytam, pączkuje mi w mózgu w recenzję, którą chciałabym napisać), niezaradna życiowo, potrafiła wtedy zapomnieć o całym świecie.
W kontekście lektury skróconej wersji pięciotomowego Dziennika Woolf, wydanego niedawno przez Wydawnictwo Literackie, przypomniała mi się myśl Maurice’a Blanchota: trzeba pisać, żeby pisać.   [Czytaj]
b>„Syn trzech literatur” 70-lecie urodzin Tomasa Venclovy
Z Tomasem Venclovą rozmawia Piotr Jurkiewicz
– W swojej ostatniej książce pt. Opisać Wilno snuje pan rozważania na temat dziejów tego wspaniałego miasta. Czytając książkę, można odnieść wrażenie, że stara się pan pokazać, iż Wilno tak naprawdę nigdy nie było miastem należącym tylko do jednej grupy etnicznej. Tym samym kreśli pan portret miasta wielonarodowego. Czy jako Litwin nie spotkał się pan z krytyką ze strony swoich rodaków?   [Czytaj]
Z BYTU W PRANIEBYT
Tadeusz Nyczek
Urszula Kozioł: Przelotem. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007, s. 112.



Kto czytał poprzedni tom poetycki Urszuli Kozioł, Supliki (2005), a winien go przeczytać każdy szanujący siebie i literaturę obywatel posiadający świadectwo ukończenia podstawówki, tego z pewnością nie zaskoczy najnowsza książka poetki. Przelotem to jakby druga, a może tylko dalsza część tego samego traktatu o odchodzeniu, rozstawaniu się „ja” i „świata”. Tytułowy wiersz otwierający tom wyjaśnia właściwie wszystko: Góry dymią chmurami / morze chmur pod stopami / czym się stanę gdzie będę / gdy pod ziemią zasiędę // Będę dymem i cieniem / będę trawy korzeniem / i imieniem bez brzmienia / i wargami kamienia. Ustylizowany na staropolszczyznę czasownik „zasiędę” nadaje wprawdzie wierszowi pewną dystansową lekkość, brzmi niemal autoironicznie – ale nie zmienia to faktu: mamy do czynienia z egzystencjalnym wyznaniem najgłębiej osobistym.   [Czytaj]
Z POCZEKALNI
Urszula Kozioł


O LUDZIACH W WIEKU PROTEZOWYM (CZYLI O PROTEZACZACH).
Wychodząc ze stadium, w którym człowiek miewa z życiem twardy orzech do zgryzienia, wielu ludzi niejako automatycznie, po zjedzeniu chleba z niejednego pieca, staje się protezaczami. Mało kogo wówczas obchodzi, że taki protezacz, stając, dajmy na to, oko w oko z jakąś nieprzyjazną sobie, bo okrągłą jak piłka i gumową jak piłka bułą z wetkniętą do środka łyżką sałatki czy wędliny, czuje się jak wspinacz amator, który raptem ma się zmierzyć z Mount Everestem.   [Czytaj]
DLACZEGO PLATFORMA OBYWATELSKA MUSI STARAĆ SIĘ BARDZIEJ
Mariusz Urbanek
Wiadomo już, co Donald Tusk powiedział posłom w swoim exposé, ale wiadomo też, że sejmowa mównica, nawet w chwili wygłaszania exposé, nie jest miejscem, w którym mówi się wszystko. Przewodniczący Platformy Obywatelskiej zarówno po wyborach, jak i wygłaszając swoje wystąpienie, miał prawo cieszyć się ze zwycięstwa swojej partii, ale w zaciszu partyjnych gabinetów powinien przekonać swoich współpracowników, że przez najbliższe cztery lata będą stąpać po cienkiej linie zawieszonej nad przepaścią.   [Czytaj]
Polska–Niemcy: niezrozumienie i nierównowaga
Magdalena Latkowska, Julia Walter





Rzadko kiedy ton komentarzy prasowych w niemieckich mediach bywa tak jednolity, jak miało to miejsce w czerwcu br., gdy szefowie rządów dwudziestu siedmiu krajów członkowskich Unii Europejskiej zebrali się na szczycie UE w Brukseli. Z niemal każdej niemieckiej gazety i niemal każdego programu telewizyjnego popłynęło identyczne przesłanie: Polacy, uzależniając swoje poparcie dla Traktatu Konstytucyjnego od zgody na tzw. system pierwiastkowy w Radzie Europy, blokują proces integracji.   [Czytaj]
Paternalizm czy partnerstwo?
Klaus Bachman





Małgorzata Latkowska i Julia Walter mają rację. Powiem więcej: mają znacznie więcej racji, niż wolałyby mieć, bo ta racja niemal całkowicie odwraca ich argumentację. Media zachodnioeuropejskie w ostatnich dwóch latach brały Polskę poważnie. Właśnie dlatego atakowały polski rząd.   [Czytaj]
wiersze
Günter Eich





Upamiętnienie


Bagna, do których zmierzamy,
są osuszone,
ich torf ogrzewał nasze wieczory.
Czarny pył roznosi wiatr.
Wydmuchuje imiona z nagrobnych płyt
i zapisuje nasze
dziś.   [Czytaj]
DIALOG Z KRZYSZTOFEM MICHALSKIM
Magdalena Bajer


Najnowszemu tomowi esejów Krzysztofa Michalskiego Płomień wieczności. Eseje o myślach Fryderyka Nietzschego (ZNAK, Kraków 2007) było poświęcone jedno z tegorocznych spotkań we wrocławskim Salonie Profesora Dudka. Filozof przedstawiał tam swoje poglądy na kwestie wiążące się z tematem wieczności. Poniższa rozmowa, inspirowana problematyką spotkania, odbyła się po tym wieczorze. Zanim przejdę do niej – krótkie wprowadzenie dotyczące samej książki.   [Czytaj]
ZAĆMIENIA: NIETZSCHE I POUND
Jacek Gutorow








O PEWNEJ SPRZECZNOŚCI
W szkicu Geneza i genealogia Paul de Man dowodzi istnienia poważnej sprzeczności tkwiącej w pierwszej książce Friedricha Nietzschego. Mówiąc najogólniej, jest ona wynikiem retoryki samego tekstu, który z jednej strony zwraca się przeciwko genetycznej koncepcji tekstu literackiego (a więc takiej, dodaje de Man, która zorientowana jest na źródłowość i celowość tekstu i daje przywilej momentom referencjalnym), z drugiej jednak strony sam wpada w pułapkę genetyczności.   [Czytaj]
Post-Katyń
Magdalena Nowicka
Rok temu siedziałam w stołówce Minerwa na Uniwersytecie w Tampere ze znajomym Finem. Rozłożył na całym stole najbardziej prestiżowy fiński dziennik „Helsingin Sanomat”, wydawany od 1889 roku wciąż w tradycyjnym formacie broadsheet. Pokazał na obszerny artykuł w dziale Kulttuuri. Zrozumiałam dwa słowa: Wajda oraz Katyń. Jak tylko dostrzegłam ilustrujące tekst zdjęcie Magdaleny Cieleckiej na planie filmu, rzuciłam, że to jedna z najpiękniejszych polskich aktorek. Fin wpatrywał się w bladą i zmęczoną twarz kobiety w okupacyjnym, zgrzebnym berecie. Wreszcie spytał: Nie macie ładniejszych?   [Czytaj]
SŁOWNIK IV RZECZYPOSPOLITEJ
MARIUSZ URBANEK


Aksamitny kapelusz – noszone na głowie urządzenie zagłuszające sygnał niektórych rozgłośni radiowych; także znak rozpoznawczy osób, które nie słuchają Radia Maryja (porównaj: moherowe berety). Nie przyjęło się ze względu na brak wystarczającej ilości jedwabiu.   [Czytaj]
ZA WIZERUNEK POLSKI ODPOWIADA NIE TYLKO RZĄD

Z Konradem Szymańskim, posłem do Parlamentu Europejskiego, rozmawia Stanisław Lejda

Jaki jest dziś obraz Polski w świecie? Gdy czyta się polską czy zagraniczną prasę, można dojść do wniosku, że tak źle o naszym kraju – może poza czasami socjalizmu – nie pisano.
– W okresie socjalizmu wcale nie pisano o naszym kraju tak źle. Do czasów rewolucji konserwatywnej lat 80., do dobrego tonu wielu elit zachodnich należała przecież fascynacja marksizmem… Ale do rzeczy. Polska dziś jest przedstawiana karykaturalnie, a czasem tylko z brakiem zrozumienia. Karykatury – np. obawa przed autorytaryzmem – biorą się z niemądrych, a często kłamliwych głosów polityków opozycji, którzy nie potrafią się powstrzymać przed używaniem zagranicznej trybuny do atakowania swojego rządu.   [Czytaj]
NIE MUSIMY MÓWIĆ, ŻE MAMY DOBRY RZĄD, BO TO POLSKI RZĄD
Z Józefem Piniorem, posłem do Parlamentu Europejskiego, rozmawia Stanisław Lejda
– Jaki jest obraz Polski w świecie? Gdy się poczyta polską czy zagraniczną prasę, łatwo dojść do wniosku, że tak źle o naszym kraju – może poza okresem socjalizmu – nie pisano.
– Myślę, że ten wizerunek jest w tej chwili niestety bardzo zły. Potwierdza obraz Polski z XVIII wieku, kraju skorumpowanego, dewocyjnego i zacofanego.   [Czytaj]
Dlaczego liberałowie powinni wystrzegać się lewicy
Damian Leszczyński

Do napisania tego artykułu skłonił mnie tekst Adama Chmielewskiego Dlaczego polscy liberałowie potrzebują lewicy („Odra”, nr 7-8/ 2007), w którym autor, odnosząc się do polskiej sceny politycznej, pyta o wzajemny stosunek liberalizmu i lewicowości, próbując znaleźć płaszczyznę możliwej współpracy między nimi. Tekst ten, pełen interesujących spostrzeżeń i wniosków, skłania także do pewnych pytań i polemicznych uwag, zwłaszcza w kontekście diagnozy sytuacji politycznej w naszym kraju.   [Czytaj]
Boski żart tożsamości
Z prof. Tymoteuszem Karpowiczem rozmawia Ewa Sułkowska-Bierezin
Towarzystwo Norwidowskie organizuje już trzecią międzynarodową konferencję. Niewątpliwie istnieje wspólny mianownik, formuła, według której te konferencje po sobie następowały: Norwidowska, Leśmianowska i – teraz – Przybosiowska. Jaki jest ten wspólny mianownik?
– Tym wspólnym mianownikiem jest nowatorstwo, odkrywanie nieznanych dróg, niepowtarzalność, spotkanie z modelem, którego nie było i który w przyszłości nie może być powtórzony, bo wyczerpuje się on w swoim „pierworodnym” procesie twórczym. Jest „modelem”, ale nie do kontynuowania.   [Czytaj]
Mistrz prozy apokaliptycznej
Jacek Dobrowolski


Autor Melancholii sprzeciwu (wyd. węgierskie – 1989), uznanej w Niemczech w 1993 roku za najlepszą powieść zagranicznego pisarza, otrzymał w 1998 roku nagrodę Sándora Máraia, a największą węgierską Nagrodę Kossutha w 2004. Jest prawie nieznany w Polsce, choć jego książki od lat tłumaczy się na główne języki świata. Szatańskie tango, wydane w Polsce przez W.A.B. niemal 20 lat po ukazaniu się na Węgrzech, było dotychczas jedyną jego powieścią dostępną po polsku. Generalnie recepcja współczesnej literatury węgierskiej, zdaniem wielu, najciekawszej w Europie Środkowej, jest u nas bardzo spóźniona. Na szczęście w ostatnich latach ukazały się kolejne książki Sandora Maraia i noblisty Imre Kertésza, a także Petera Esterhazyego i Attyli Bartisa.   [Czytaj]
BACH I MONTEVERDI NA HERBATCE U WILLIAMSA
Monika Pasiecznik
42. Festiwal Muzyki Oratoryjno-Kantatowej Wratislavia Cantans


ANGLIA – KRAJ BEZ MUZYKI?
Losy angielskiej muzyki nie toczyły się gładko. Zważywszy na ogromne dokonania Brytyjczyków w nauce, technice, handlu, wewnętrznej organizacji państwa, zważywszy na bogatą literaturę, a także ogólnie wysoki stopień cywilizacji i zamożności, a wreszcie przodującą rolę, jaką odgrywało w XIX wieku to największe w dziejach świata imperium, zdumiewać może fakt, iż właśnie w okresie największego rozkwitu kraj ten nie wydał ani jednej znaczącej indywidualności kompozytorskiej – pisze Andrzej Tuchowski w swej monografii Benjamina Brittena.   [Czytaj]
Niewidzialna, ale wolna Natalia LL
Anna Markowska
Zmaganie się z niewidzialnością to zwykła troska artysty. Historia recepcji sztuki Natalii LL jest jednak nawet z punktu widzenia tej codziennej, uciążliwej oczywistości niezwykle dramatyczna. Po pierwsze, skazywanie na niewidzialność odbywało się jawnie, z dobitnym ukazywaniem wartości, którym artystka zagrażała. Po drugie, akces do widzialnych odbył się pod pewnymi warunkami, w których interpretacja i oficjalna wykładnia sztuki Natalii LL miały ją uratować przed nią samą. Wiodące dyskursy historii sztuki nie okazały się więc tym razem po prostu „okularami”, które pomagają nam opisać i uporządkować rzeczywistość. Gdyby porównać je do narzędzi, byłyby to raczej nożyczki chirurgiczne, siekiera czy sekator.   [Czytaj]
Raz, dwa
Mieczysław Orski
Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Raz. Dwa. Trzy. Korporacja Ha!art, Kraków 2007, s. 220.


Hubert Klimko-Dobrzaniecki napisał do tej pory trzy książki, spośród których największe uznanie i rozgłos zdobyła druga, zatytułowana Dom Róży. Kryśuvik, będąca literackim podsumowaniem doświadczeń autora zdobytych podczas jego pracy w domu opieki ze starszymi ludźmi w Reykjaviku.   [Czytaj]
Nowe sytuacje Malta 2007
Joanna Roszak, Monika Roszak


Przyjemnie czujemy się z wrażeniem, że jeden z ciekawszych spektakli tegorocznej Malty to monogram Katarzyny Pawłowskiej z poznańskiego zespołu Usta Usta (reżyseria: Katarzyna Pawłowska, Maciej Adamczyk). Nie ma to jednak nic wspólnego z klasyczną Schadenfreude (na Malcie pokazano dziesiątki spektakli grup z całego świata, a Usta Usta mamy w Poznaniu na co dzień). Spektakl OUN – dowcipny, ironiczny wobec aktorskiego fachu – koncentrował się na fobiach i innych zaburzeniach Obwodowego Układu Nerwowego. W teorii i praktyce.   [Czytaj]
Koalicje możliwe matematycznie i niemożliwe politycznie
Z prof. Andrzejem Antoszewskim, politologiem z Uniwersytetu Wrocławskiego, o tym, po co właściwie będą wybory 21 października, o wypychaniu organizacji skrajnych i o premierze z Krakowa rozmawia Mariusz Urbanek


– Panie profesorze, właściwie po co nam te wybory?
– Mamy do czynienia z sytuacją patową, a w takiej sytuacji zwykle przeprowadza się wcześniejsze wybory. Mniejszościowy rząd PiS rzeczywiście nie miał żadnych szans, by dalej rządzić, bo opozycja była w stanie zablokować każde posunięcie rządu Jarosława Kaczyńskiego. Na dłuższą metę była to sytuacja nie do utrzymania. Ale zupełnie innym pytaniem jest, czy te wybory cokolwiek w tym względzie zmienią.   [Czytaj]
Poszerzenie pola walki
Adam Chmielewski
W jednym z filmów Woody’ego Allena nowojorska rodzina o poglądach zdecydowanie liberalno-demokratycznych toczy spór polityczny z synem, który jako jedyny głosi poglądy skrajnie republikańskie. Pod koniec filmu okazuje się, że syn-republikanin cierpi na guza mózgu. Gdy guz, szczęściem niezłośliwy, zostaje usunięty, młodzieniec wraca do zdrowia nie tylko fizycznego, ale i politycznego: po operacji bowiem opowiada się po stronie poglądów liberalno-demokratycznych, jak reszta rodziny.   [Czytaj]
Totalitaryzm prężny i krzepki
Krzysztof Uściński


Jeśli wierzyć Jędrzejowi Śniadeckiemu, od trzech przynajmniej stuleci zaniedbujemy siły ciała i zdrowie. Mamy też po wielkiej części takich ludzi, jakich hodujemy, to jest ciała wątłe i niezdrowe, a naukę niedobrze strawioną albo nie na właściwym zasianą gruncie. Legendarny mocarz Staszko Ciołek, Powała z Taczewa skręcający w palcach tasaki i Jagienka sempiterną gniotąca orzechy, straszliwy w ręcznym boju pan na Mysikiszkach, mistrz Stanisław „Zbyszko” Cyganiewicz i Agatka Wróbel zwiewna inaczej – to wyjątki. Nic więc dziwnego, że dzieje sportu w Polsce są dla potomków Piasta Kołodzieja kwestią równie ważną, jak dla Czechów wpływ żeglugi bałtyckiej na politykę Przemyślidów, to znaczy mogą sobie o nich pogawędzić, ale już pisać – niekoniecznie.   [Czytaj]
ŻADNEGO PRAWA, NIGDZIE
Willy Cohn
Dziennik o upadku Żydów wrocławskich 1933–1941
(fragmenty)

1 stycznia 1938 roku. Sobota. Wczoraj (…) synagoga, potem z rabinem Lewinem powrót do domu; on zawsze jest wszystkim zainteresowany. Rozmawialiśmy między innymi o sprawach seminarium . (…) Potem czytałem sidra o plagach, jakie nawiedziły Egipt. Na kolacji zjawił się Bernhard Rothmann; przeczytałem wiersz Johannesa Trojana o winach z rocznika 1888 ; zaczęliśmy rozmawiać o roku moich urodzin. Jak wiadomo, wina z tego rocznika były bardzo kwaśne. (…)   [Czytaj]
wiersze
Tadeusz Dąbrowski


słowo


1.
zasłania dokładnie
tyle ile odsłania


jakby się bało
że kiedy ujrzysz
zwariujesz

  [Czytaj]
GROTOWSKI I MILCZENIE
Ludwik Flaszen
***
To , co powiem, będzie może od rzeczy. Czuję się tu przed wami jak widmo przeszłości, widmo, które nie tylko nie przepada, ale i nie milczy. Ach, te nieuchronne odwołania do Dziadów. Czas przypomnieć ojców dzieje…
Dzieje ojców – a może już i dziadków – współczesnego teatru, już może zapominanych czy niszowych, jak to się powiada w Waszej nowomowie.
Ludwik Flaszen
Od Red.: Poniższa wypowiedź została wygłoszona podczas sesji na festiwalu Malta w Poznaniu w czerwcu br.   [Czytaj]
„Przepełniony tęsknotą” – Bogdan Czaykowski
Jacek Łukasiewicz





Zmarł w Vancouver Bogdan Czaykowski – po długiej nowotworowej chorobie. Urodzony w 1932 roku w Równem, dzieckiem wywieziony do Kazachstanu, potem, gdy opuścił ZSRR z armią Andersa, przez Persję, Indie dostał się do Anglii. Przez wiele lat był profesorem uniwersytetu w Kanadzie, nad brzegiem Pacyfiku. Wcześniej był jednym z twórców, a w latach 1960–1962 redaktorem naczelnym londyńskich „Kontynentów”.   [Czytaj]

Zagroda, Góry i Sny

Bogusława Latawiec
Tom Goryczka, słodyczka, czas opowieści Michała Jagiełły (Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2007) to książka o rodowodzie dwoistym – poetyckim i epickim. Tytułowa „opowieść” zakotwiczona jest w rzeczywistości społecznej wojennej i powojennej, najchętniej jednak autor prowadzi nas szlakami wysokogórskimi, kreśląc z dużym znawstwem psychologicznym sylwetki ludzi gór, portretując zarówno tych, którzy się spotykają z własną śmiercią, jak i tych, którzy innych przed nią ratują. Światy górskie i światy życia społecznego są odtwarzane tu z wielką dbałością o prawdę realnej przestrzeni, prawdę konfliktów politycznych, relacjonowane językiem czę-sto prostym, bliskim „formie bardziej pojemnej” Miłosza.   [Czytaj]
O KRYTYCE PRZY MUZYCE
Grzegorz Filip
Krytyka muzyczna, czyli wielkie bum


Dyskusje o krytyce muzycznej nie pojawiają się u nas zbyt często, choć przecież byłoby o czym porozmawiać. Opublikowany kilka lat temu tekst Elżbiety Szczepańskiej-Lange zaczynał się słowami: Polska krytyka muzyczna dokonuje powoli swego żywota. Autorka oczekiwała pojawienia się charyzmatycznej postaci, dysponującej niezależnością sądu, niezłomnymi kryteriami i odpowiednio wysokim poziomem intelektualnym, osoby, która przy tym sama wykreuje się w mediach. Dysponujemy grupą świetnych krytyków, ale nie mają oni gdzie pisać – twierdziła Szczepańska. Dlatego krytyka umrzeć nie chce, a żyć nie potrafi. Porządkowanie wartości, kryteriów, ustalanie hierarchii w sztuce muzycznej odbywa się więc na schodach filharmonii, a nie w gazetach i czasopismach.   [Czytaj]
Przymierze prawa z moralnością O Bezmiarze sprawiedliwości Wiesława Saniewskiego
Jan Olszewski
Ten film podważa naszą wiarę w wymiar sprawiedliwości. Takie rzeczy robiło się już dawniej, starsi kinomani pamiętają francuskiego reżysera André Cayatte’a, który przed półwieczem atakował sądownictwo swego kraju. Jego filmy (Wszyscy jesteśmy mordercami, Przed potopem) były wówczas cenione, dziś czuje się w nich głównie publicystykę. Czy mamy prawo sądzić, że Saniewski pragnął czegoś więcej? Chyba tak – przynajmniej od momentu, gdy w napisach końcowych czytamy, iż fabuła filmu oparta jest na faktach. Innymi słowy – że postacie, wydarzenia, sytuacje istniały, zanim jeszcze kino się nimi zainteresowało; że były częścią świata, który trwa wokół nas. Więc bardzo możliwe, że Saniewski po prostu opowiada o ludziach uwikłanych w kryminalną aferę, od której nie sposób było się uwolnić. I że z ich doświadczeń chce wywieść pewne prawdy uniwersalne.   [Czytaj]
WSPÓLNOTA LUDZI NIEJEDZĄCYCH POPKORNU
Mariusz Urbanek



Na festiwal Era Nowe Horyzonty przyjechało do Wrocławia kilkanaście tysięcy młodych i nieco starszych ludzi. Śpią w akademikach, w namiotach, żywią się w sposób, który ich matki przyprawiłby o łzy, litrami pochłaniają napoje energetyzujące i z każdym dniem wyglądają na bardziej rozpalonych gorączką. Ale to wszystko nie jest ważne, przez jedenaście dni festiwalu liczy się tylko to, żeby zobaczyć jak najwięcej z 231 filmów pełnometrażowych i ponad setki krótkich, które znalazły się w programie. Bardzo wiele z nich zostanie pokazanych w Polsce tylko dwa razy. Pierwszy i ostatni.   [Czytaj]
LUSTRACJI NIE MOŻNA JUŻ UNIKNĄĆ
Z prof. Włodzimierzem Suleją, dyrektorem wrocławskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, rozmawia Stanisław Lejda






Gdy pyta się Polaków o lustrację, większość zdecydowanie opowiada się za ujawnieniem współpracowników dawnej Służby Bezpieczeństwa. Ale gdy uchwalono nową ustawę lustracyjną, natychmiast pojawiły się protesty różnych środowisk, m.in. naukowych i dziennikarskich. Skończyło się zaskarżeniem ustawy do Trybunału Konstytucyjnego.
– To najlepszy dowód na to, że transformacja, która nastąpiła i cały czas jeszcze trwa, rzeczywiście wprowadziła Polskę w sferę demokracji. Ale czy zasady demokratyczne się praktykuje i jak się je praktykuje – to już inna sprawa.   [Czytaj]
WSZECHDZIECINADA, KALEJDOSKOP I PRZEWIDYWALNA NIEPOWTARZALNOŚĆ
Tomasz Kozłowski
Pierwszego czerwca, punktualnie o godzinie 8.46, poderwało mnie z błogiej, porannej drzemki brzęczenie telefonu. Dzwoniła moja mama – rzecz jasna z życzeniami. Choć, jak to niektórzy powiadają, dawno już ze mnie stary koń, w tej właśnie chwili, mimo niedobudzenia, na nowo poczułem się jak dziecko, w dobrym znaczeniu tego słowa, bez upupiania, głaskania po główce czy innych protekcjonalizmów. Raczej jako ktoś, o kogo inni nadal się troszczą, choć dzielą ich dziesiątki czy setki kilometrów. Bardzo miły początek dnia.   [Czytaj]
Patrzę na przyszłość Polski z niesłychanym pesymizmem
Z Rozmów Hanny Marii Gizy z Jerzym Giedroyciem (fragmenty)
Wieść o wybuchu Powstania Warszawskiego zastała pana
we Włoszech, prawda? Jak pan ją przyjął?

– To nie było dla mnie zaskoczenie. Wszyscy o tym wiedzieli doskonale. Otoczenie Andersa i tak dalej, wszyscy byli dokładnie poinformowani o tych wszystkich wahaniach i hamletyzowaniu Sosnkowskiego. Podjąłem wtedy decyzję, żeby rozmówić się z Sosnkowskim. Pojechałem do Rzymu i odbyłem z nim dramatyczną rozmowę. Wybuch Powstania Warszawskiego to była zbrodnicza historia, poszedłem więc do Sosnkowskiego z propozycją, żeby skakał na Warszawę. Uważałem, że trzeba ratować legendę Wojska Polskiego i legendę Naczelnego Wodza. Legenda odgrywa ogromną rolę w życiu narodu. I tutaj – przyznaję – wzorowałem się na Piłsudskim. Zdarza się, że coś wygląda romantycznie, a w rezultacie okazuje się bardzo przyziemne.   [Czytaj]
WIERSZE
Janina Katz



Dochodzenie


W końcu doszłam do siebie.
Ale szłam dość długo.
Minęłam trzy pogrzeby.
Pobojowisko miłości.
Czyjeś szczęście w nieszczęściu.
Roześmiane dzieci.
Dwie palmy nad morzem.
Trzy pałace z piasku.
Domek z kart.
Mężczyznę. Kobietę.
Wojnę. Pokój. Książki.   [Czytaj]
NOTATKI NIEUPORZĄDKOWANE
Bohdan Osadczuk
Kiedyś zazdrościłem Lemowi jego tekstów w „Odrze”. I kiedy go już nie ma wśród nas – a bardzo by się przydał na dzisiejsze czasy – zdaję sobie sprawę, że zastąpić mistrza w jego polemicznych uwagach nie potrafię i nawet nie będę próbował. Z drugiej strony sądzę, że mogę to i owo z moich obserwacji Zachodu i Wschodu przytoczyć – i że to do pewnej miary stanowiłoby jakąś kontynuację rozmyślań Lema. Obaj jesteśmy z Galicji – on ze stolicy, czyli ze Lwowa, a ja z prowincji, bo z Kołomyi, choć stolica Pokucia ongiś, zwłaszcza za czasów austriackich, nie była zatęchłą dziurą i miała się czym pochwalić.   [Czytaj]
Miłość i śmierć według Süskinda
Piotr Nowak
Najnowszą książkę Patricka Süskinda , autora głośnego Pachnidła (Das Parfum), otwierają rozważania na temat powinowactw pomiędzy naturą czasu i miłości. Miłość bowiem, podobnie jak czas, lubi mylić drogi, skrywać się. Jest czymś dobrze znanym, pod warunkiem, że nikt nas o nią nie pyta. Miłość należy przeżywać, nie zaś dociekać, czym ona jest, kogo warto pokochać, a kogo kochać nieostrożnie i „głupio”. Z chwilą jednak, gdy zaczynamy myśleć o miłości albo miłości szukać, tak jak szuka się tylu różnych rzeczy w świecie, sama miłość umyka nam z pola widzenia; staje się tajemnicza i niedosiężna. Mówiąc krócej, tam, gdzie myślimy o miłości, miłości nie doświadczamy.   [Czytaj]
Opowieść – trudna do opowiedzenia
Life is a story Izabelli Gustowskiej
Multimedia domagają się, byśmy na nowo określili sposób funkcjonowania realizmu. Niezwykła do potęgi wystawa Izabelli Gustowskiej (ur. 1948) stwarza iluzje, symuluje. Natura reprezentacji objawia swoją nieciągłość. Gustowska posługuje się techniką wideo, jej projekty wychylają się ku performensowi. Całkiem ciemne sale Muzeum Narodowego w Poznaniu, które pierwsze pokazywało wystawę Life is a story (to cytat z Julii Kristevej), kryły obiekty, filmy, instalacje. To wystawa raz głośna, raz szepcąca, synestezyjna i oniryczna, niezwykle podmiotowa. I zjawiskowa, jak i sama autorka. Prace Gustowskiej – polimorficzne i czułe – składają się w poemat, który trudno opowiedzieć. Tak jak wiersz powstaje po to, by dać czemuś wyraz w jedyny sposób, niemożliwy do sparafrazowania, podobnie i wystawa Izabelli Gustowskiej.   [Czytaj]
Z cyklu Wiersze zen
Jerzy Harasymowicz


Ławka


Długo siedzimy
wróbel i ja
ławka boi się ruszyć

  [Czytaj]
COŚ TRZECIEGO
Monika Pasiecznik
Jeśli wyobrazić sobie Beethovena, nagle powracającego i słuchającego, jak brzmi jego utwór zgodnie z najbardziej nowoczesnym stanem duszy i wysublimowaniem nerwów, które stanowią sławę naszych mistrzów w wykonaniu, prawdopodobnie przez czas długi pozostawałby niemy i wahający się, czy ma podnieść rękę do przekleństwa, czy do błogosławienia, w końcu jednak rzekłby może: „Niech tam! Niech tam! Nie jestem to ja, ani nie ja, tylko coś trzeciego – wydaje mi się, że tak być powinno, choć właściwie tak być nie powinno”.

Fryderyk Nietzsche, Wędrowiec i jego cień
  [Czytaj]
KONTAKT-blog
Tomasz Mościcki
Piątek, 25 V 2007. Na walizkach.
To już mój dziesiąty KONTAKT. Przybyłem do Torunia po raz pierwszy w 1998 roku. Odchodziła Krystyna Meissner, nadchodziła Jadwiga Oleradzka. Pamiętny był ten festiwal dla wszystkich. Dla mnie, nowicjusza był czymś zdumiewającym. Skandal artystyczny gonił skandal.   [Czytaj]

WYSPY SZCZĘŚLIWE REPORTAŻU

Michał Mońko

A cóż jest prawda?
Poncjusz Piłat, prokurator Judei


Lata reporterskiej włóczęgi skłaniają do refleksji nad naturą reportażu. Czym jest reportaż? Studentów dziennikarstwa uczę, że reportaż jest żywym opisem prawdziwych wydarzeń, których reporter był świadkiem albo uczestnikiem. A kim jest sam reporter? Na to pytanie odpowiedź nie jest łatwa. Literacki obraz reportera każe wierzyć, że reporter jest kimś, komu towarzyszy odkrywanie, zdziwienie i prawda. Nade wszystko – prawda. Tymczasem legitymacja prasowa coraz częściej jest licencją na zmyślanie, a nie na odkrywanie prawdy.   [Czytaj]

TEMAT TABU

Zdzisław Adamiec
Do Lwowa Stanisław Nicieja przyjechał na sześciomiesięczne stypendium. Jako jeden z pierwszych historyków polskich po wojnie prowadził poszukiwania archiwalne we Lwowie. Zbierał materiały do biografii Adama Próchnika. Urzędnicy kazali mu czekać całymi tygodniami na dostęp do archiwów i bibliotek naukowych. Nie mając co robić, rozpoczął wędrówki po mieście.   [Czytaj]

Dlaczego polscy liberałowie potrzebują lewicy?

Adam Chmielewski
Jak każdy kraj o realno-socjalistycznej przeszłości, Polska boryka się z dwoma widmami. Jedno z nich to widmo przeszłości, drugie – widmo przyszłości.


DUCHY PRZESZŁOŚCI – DUCHY MODERNIZACJI
Modny od pewnego czasu w Polsce filozof słoweński Slavoj Žižek pisał: Jak uciec przed tymi dwoma widmami, to znaczy przez duchami historycznej przeszłości oraz przed duchami rodzącymi się dzięki pośpiesznej kapitalistycznej modernizacji?   [Czytaj]
Dwa sezony. Irlandia okiem gastarbeitera
Wojciech Walczak
Latem 2005 r. przez dwa miesiące pracowałem w Irlandii, w hotelu, jako tzw. banquetting assistant. Moja praca polegała głównie na przygotowywaniu sal do wesel i konferencji oraz na obsługiwaniu w ich trakcie. Latem 2006 wróciłem do Westport, małego miasteczka na zachodzie Irlandii, by pracować na tym samym stanowisku, w tym samym hotelu, tym razem przez trzy miesiące.
Zbliża się kolejne lato i kolejna podróż. Nim jednak ponownie znajdę się, jako trybik w turystycznej maszynie, nad atlantyckim wybrzeżem – chciałbym dwa ubiegłe wyjazdy podsumować.   [Czytaj]
Inteligenckie narowy<
Z Krzysztofem Zanussim o jego inspiracjach, lękach i skutkach demokratyzacji sztuki rozmawiają Ewa Michalska i Jakub Mazurkiewicz <
– Susan Sontag dzieliła sztukę filmową na: refleksyjną i emocjonalną. Emocjonalna trafia bezpośrednio do widza, starając się wciągnąć go w wykreowany przez artystę obszar i wywołać w nim uczucie empatii. Refleksyjna stwarza dystans i działa na uczucia odbiorcy jak bomba z opóźnionym zapłonem. Do której z tych rodzajów sztuki pan zaliczyłby swoje filmy?
– Pewnie ta druga charakterystyka jest mi bliższa.   [Czytaj]
Obrazki z cieni
Hans Christian Andersen
Poranek. Władza poety. Jaskinia Baumanna


Około trzeciej nad ranem, gdy służąca obudziła mnie na wschód słońca, niemal wszyscy już byli na dworze, otuleni w peleryny i pledy, z głowami omotanymi w szale; dziwaczna, barwna grupa ludzi, którzy przyjechali tu z najróżniejszych stron. Wszystkich zaprzątała jedna myśl: zaraz wzejdzie słońce.   [Czytaj]
Andersen – nie tylko baśnie
Bogusława Sochańska
W osiemnastotomowym, komentowanym wydaniu dzieł zebranych Hansa Christiana Andersena, które ukazało się w Danii w latach 2003–2007 z okazji 200. rocznicy urodzin pisarza, baśnie i opowieści zajmują tylko trzy tomy . Pozostałych piętnaście opasłych woluminów zawiera powieści (trzy tomy), dramaty (cztery tomy), wiersze (dwa tomy), opisy podróży (również dwa), pisma rozproszone i autobiografie (trzy tomy). Wydanie nie obejmuje dzienników, które ukazały się wcześniej w innym, 10-tomowym wydaniu; autorzy jubileuszowego wydania przyjęli zasadę umieszczenia w nim tekstów, które sam autor przeznaczył do druku. Wyjątek stanowi pierwsza spośród trzech autobiografii pisarza, o której za chwilę.   [Czytaj]
>Pożegnanie Richarda Rorty’ego (1931 – 2007)
Jürgen Habermas
RCHIDEE I SPRAWIEDLIWOŚĆ

Niemal dokładanie przed rokiem nadchodzi wiadomość mailowa. Jak robił to często w ostatnich latach, Rorty pisze zrezygnowany o „wojennym prezydencie” Bushu, którego polityka głęboko go przygnębia, jego, patriotę, który całe życie chciał ulepszać swój kraj. Dopiero po dwóch, trzech akapitach sarkastycznej analizy przychodzi nieoczekiwane zdanie: Alas, I have come down with the same disease that killed Derrida. I jakby chcąc zmniejszyć strach czytelnika, dodaje w żartach, że zdaniem córki ten rodzaj raka bierze się z nadmiaru lektury Heideggera.   [Czytaj]

PRZEMEK I JEGO PAN


MARIUSZ URBANEK
Stan przejściowy

PRZEMEK I JEGO PAN

Prezentujemy dziś PT Czytelnikom „stanu przejściowego” pamiętnik, znaleziony na trawniku pod oknami hotelu sejmowego. Prawdopodobnie został wyrzucony. Jest to pamiętnik pisany przez kogoś o imieniu Przemek. Publikujemy go, bo może ktoś z Czytelników rozpozna autora albo mitycznego Pana, który jest przedmiotem uwielbienia Przemka.
  [Czytaj]
MARSZBATALION ALBO ZUPEŁNIE INNA BAJKA
Radosław Wiśniewski
1.
Nad polską poezją krążą rozliczne widma. Ostatnio jest to widmo zaangażowania społecznego, do głoszenia jakiego poezja ma się podobno dobrze nadawać. Wcześniej były to widma i upiory różnych proweniencji; wydaje się, że częstotliwość objawiania się tych widm jest wprost proporcjonalna do spadku ich mocy sprawczych i obniżenia się zainteresowania w Polsce samą poezją. Krytyka jej wydaje się w rezultacie niektórym obserwatorom zupełnie bezradna, pozbawiona szerszej wizji, zredukowana do recenzenctwa.   [Czytaj]
CO POPIÓŁ? CO DIAMENT?
z metropolitą lubelskim arcybiskupem Józefem Życińskim, Wielkim Kanclerzem KUL rozmawia Magdalena Bajer
– W okresie pierwszej „Solidarności” powtarzaliśmy często słowa Norwida: Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament – wiekuistego zwycięstwa zaranie. Kiedy przyszło zwycięstwo, wielu wątpi, czy będzie wiekuiste. Grzebiemy w popiele i rzadko znajdujemy diamenty, a w każdym razie rzadko to ogłaszamy. Gdzie ksiądz arcybiskup widzi dzisiaj diamenty?
– W młodym pokoleniu Polaków, zwłaszcza pośród studentów, słyszę często bardzo głębokie zasadnicze pytania – nie o to jak szybko zrobić karierę, na skróty osiągnąć sukces, ale o to jak nadać sens swemu życiu. A potem idą do bezdomnych i opiekują się nimi, angażują w ruch hospicyjny, mają masę mądrych planów ważniejszych od natychmiastowego sukcesu. My łatwiej zauważamy popiół, szczególnie jak wiatr zadmi   [Czytaj]


Jan M. Piskorski
LUSTRACJA – LOGIKA PRAWORZĄDNOŚCI W ZDERZENIU Z LOGIKĄ WSCHODU


Nam, zachodnim Europejczykom, wszystkie gadki o spiskach i sprzysiężeniach politycznych wydają się dziecinnym wymysłem dobrym dla teatru lub powieści, konstatował w najbardziej polskiej spośród swoich powieści Józef Conrad. Inaczej miało być w przypadku Rosji, gdzie panował zrodzony w cieniu carskiej autokracji klimat stałych podejrzeń i strachu. W oczach Zachodu, powieść o szpiclowaniu i carskich wyżłach policyjnych, kończy się brutalną sceną w Genewie: w czasie zebrania rosyjskich emigrantów niejaki Nikita, podwójny agent, w przystępie rzekomego oburzenia, rozbija bębenki w uszach Razumowowi. Niepojęta dla zachodniego Europejczyka logika Wschodu wpierw rzuciła młodego studenta w ramiona carskiej ochrany, potem pozbawiła go godności i wszelkiej przyjemności życia, po czym unicestwiła akurat w chwili, kiedy postanowił się wyrwać z jej kleszczy.   [Czytaj]

MIĘDZY KONSUMENTEM A OBYWATELEM

Radosław Kossakowski
Świat się zmienia, bez dwóch zdań. Stare odchodzi, nowe przychodzi. Mówi się dziś o stanie wiecznej teraźniejszości, hedonistycznym „tu i teraz”, co może sugerować istnienie stabilności opartej o „tożsamość”. Metafory takie, choć zgrabne, nie są jednak do końca realistyczne. Świat pędzi. Im dalej, tym szybciej. A przy dużej szybkości łatwiej o wypadek na ostrym zakręcie. Trudniej także zauważyć to, co przemyka obok w zwolnionym tempie.   [Czytaj]
JEAN-MICHEL MAULPOIX
Krystyna Rodowska
JEAN-MICHEL MAULPOIX (1952) jest współczesnym poetą francuskim, krytykiem, eseistą, historykiem literatury i wykładowcą uniwersyteckim. Doktoryzował się z „liryzmu” w poezji – pojęcia, które w wersji „nowy liryzm” albo „liryzm krytyczny” przyjęło się we francuskiej krytyce literackiej dzięki jego książkom eseistycznym. Prowadzi wykłady z poezji na Uniwersytecie Paris X-Nanterre, gdzie powołał do życia pod swoim kierownictwem „obserwatorium poezji współczesnej”, skupiające grupę badaczy literatury.   [Czytaj]
Wiersze
JEAN-MICHEL MAULPOIX
Wiemy ze słyszenia, że istnieje miłość.
Siedząc na skale bądź z rękoma na karku leżąc na łące wypełnionej brzęczeniem owadów, pod osłoną czerwonego parasola, innym razem zaś klęcząc w chłodnym
półmroku kościoła czy ślęcząc w czterech ścianach pokoju, przykuci do wiklinowego krzesła, z głową pochyloną nad prostokątem białego papieru, marzymy o ujściach rzek wpadających do morza, o wzburzonych falach, przybojach, o raptownych ciszach na morzu, o przypływach i odpływach. Wsłuchujemy się w nigdy niemilknący śpiew morza, wzbierający i opadający w naszych głowach, tak jak powraca i odpływa ta osobliwa tęsknota za niebem, za miłością, za tym wszystkim, czego nigdy nie dotkną nasze dłonie.   [Czytaj]
ANDY WARHOL – DWADZIEŚCIA LAT PÓŹNIEJ
Małgorzata Pośpiech
Jeśli chcecie wiedzieć, kim jest Andy Warhol, po prostu patrzcie na powierzchnię moich obrazów, na moje filmy i na mnie. To jestem ja.


Październik 2006

Płótno rozpostarte na drewnianej podłodze. Obok puszki i wiaderka z farbami, i pędzle. Grube ziarno taśmy wideo przeniesione na duży ekran rozmazuje wyrazistość postaci na ekranie w Z pamiętników Fabryki (1972). Warhol pochyla się nad nim, pewnym, szybkim ruchem kładzie farbę na płótno i wyłania się zarys twarzy, kreski oczu, cień podbródka, linia włosów. Zmiana koloru i powstaje zarys policzków.   [Czytaj]
Bogusława Latawiec
STWORZENI JESTEŚMY PRZEZ PAMIĘĆ

Kluczowe przesłanie niezwykłej powieści Wiesława Myśliwskiego Traktat o łuskaniu fasoli brzmi: ...pamięć jest takim lecącym do nas światłem gwiazdy, naftowej lampy (...) może wszystko jest pamięcią. Cały ten nasz świat odkąd jest (...) Czyją? Tego nie wiem. Pamięć to jedyny świadek, że byliśmy. Zależymy od pamięci, jak las od drzew, a rzeka od brzegów (...). Stworzeni jeste-śmy przez pamięć.   [Czytaj]
Mariusz Urbanek

OSWAJANIE OBCEGO MIASTA

Mogłoby się wydawać, że po monumentalnej Encyklopedii Wrocławia Wydawnictwa Dolnośląskiego, po trzytomowej Historii Wrocławia, autorstwa Cezarego Buśki, Mateusza Golińskiego, Michała Kaczmarka, Leszka Ziątkowskiego, Teresy Kulak i Włodzimierza Sulei, wreszcie po Mikrokosmosie Normana Daviesa i Rogera Moorehouse’a, nic nowego o Wrocławiu już się powiedzieć nie da, a nawet nie trzeba. Obce miasto Gregora Thuma dowodzi, że nie tylko było miejsce dla kolejnej książki, ale właśnie takiej książki brakowało.
  [Czytaj]
ZAGRANICZNE SYGNAŁY LITERACKIE marzec 2007
Urszula Kozioł
Theodor Adorno (1903–1969) napisał wstęp do rozprawki o aforyzmie jako rodzaju filozofowania, której autorem był Heinz Krüger, jak czytamy w ,,Corriere…” (10.01.07). Rzecz, choć napisana dawno, bardzo jest na czasie, aforyzm bowiem znów wchodzi w modę, włoskie czasopisma chętnie wprowadzają go na swe łamy. Ta forma wypowiedzi ma długą historię, wywodzi się z Aforyzmów medycznych Hipokratesa (V–IV w. przed Chrystusem). Takie konotacje aforyzmu jak zwięzłość, bystrość, cięty dowcip czy krótkość znają wszyscy. Natomiast Krüger (którego promotorem był właśnie Adorno) postanowił ukazać, że aforyzm stanowi ogniwo z myślą filozoficzną, jest niejako przejściem między wielkimi systemami wiary i wiedzy, jako że jest sposobem filozofowania.   [Czytaj]
INFORMACJE, KOMENTARZE luty 2007
Red.
13 grudnia ub. r. podczas obchodów 25. rocznicy wprowadzenia w Polsce stanu wojennego prezydent Lech Kaczyński w przemówieniu wygłoszonym we wrocławskiej hali dawnego Pafawagu podkreślił olbrzymią rolę wrocławian w walce z komunizmem i uhonorował odznaczeniami wielu działaczy Solidarności. Niestety na liście odznaczonych zabrakło paru ważnych nazwisk z Wrocławia, w tym jednego z przywódców ruchu Józefa Piniora. Zgrzytem, skrytykowanym m.in. przez Władysława Frasy-niuka, było umieszczenie na tablicy pamiątkowej napisu, schlebiającego nowej władzy: W tym miejscu (...) wrocławianie stawili opór komunistycznemu reżimowi w obronie Rzeczpospolitej solidarnej. Zdaniem przywódcy Solidarności stanu wojennego napis powinien brzmieć: Tu była twierdza Solo-idarności. Niestety kolejnym niewypałem był okolicznościowy koncert, pełen tromtradacji i grafoma-nii, emitowany w TVP – jak zazwyczaj przy takich okazjach powierzony Romanowi Kołakowskiemu; tym razem prasa nie tylko lokalna, ale i krajowa nie zostawiła na tym żałosnym widowisku suchej nitki.   [Czytaj]
INFORMACJE, KOMENTARZE styczeń 2007
Red.
W drugiej turze wyborów samorządowych wybrano wielu prezydentów wielu miast, burmistrzów i wójtów. Frekwencja była niższa niż w pierwszej turze, wyniosła ponad 39 proc. Wyjątkiem była Warszawa, gdzie do końca toczył się ostry bój między kandydatem PiS-u Kazimierzem Marcinkiewiczem a PO – Hanną Gronkiewicz-Waltz, która odniosła zwycięstwo i będzie rządzić w stolicy przez najbliższe cztery lata. Dla byłego premiera szukano w grudniu miejsca w przebudowywanym zgodnie z zapowiedziami Jarosława Kaczyńskiego rządzie.   [Czytaj]
INFORMACJE, KOMENTARZE grudzień 2006
red.
W wyniku wyborów do sejmików wojewódzkich najwięcej głosów zgromadziła Platforma Obywatelska (27,18 proc.) przed Prawem i Sprawiedliwością (25,08 proc.) oraz koalicją Lewica i demokracji (14,25); w wyborach do powiatów górą był PiS (18,20) przed PO (12,27) i PSL (11,51), jak również do gmin: PiS (16,18) przed PO (13,89) i LiD (8,78). W wyborach na prezydentów miast w pierwszej turze zwyciężyli m.in. Rafał Dutkiewicz we Wrocławiu, Wojciech Szczurek w Gdyni i Piotr Uszok w Katowicach. W wielu miastach odbędą się dogrywki.   [Czytaj]
ODRZAŃSKIE WERSETY
Paweł Mackiewicz
Czytający poezję przywykli sądzić, że wiersze pisze się po to, by ująć w słowa intuicje, których w żaden inny sposób nie da się wyrazić. Wiadomo też, że wiersz może (a dobry wiersz powinien) inspirować do dalszych pisarskich rozważań, lub być istotnym ich uzupełnieniem. Zwykły mariaż poezji i gatunków niepoetyckich zyskuje szczególną postać w książkach, które łączą wypowiedzi liryczne i prozatorskie. Wystarczy przywołać wydane w ostatnich latach: Ziemca Kazimierza Brakonieckiego (Wspólnota Kulturowa „Borussia”, 2005) czy Gęstwinę (Wydawnictwo Twój Styl, 2001) Bogusławy Latawiec. Wiersze wplecione zostały w eseistyczne przemyślenia autora pierwszej z książek: filozoficzne, historiozoficzne, kulturowe, oraz w narrację fabularną – częściowo autobiograficzną – prowadzoną przez autorkę drugiej. Utwory liryczne i prozę (lub esej) w obydwu tomach wolno porównać do monodii: głos z wiersza i głos z prozy brzmią w nich unisono.
  [Czytaj]





o odrze
kronika pocztówki literackie prenumerata lista mailingowa
archiwa 1996-8